środa, 12 sierpnia 2015

Co tam Panie w wielokranie? #1 - letnie smaki


Jeśli interesujecie się piwem rzemieślniczym jakiś czas, zapewne wiecie, że piwo w multitapie może się nieco różnić od tego z butelki. Ponadto niektórych piw można spróbować tylko w multitapach, niekiedy swojsko nazywanych u nas wielkoranami. Dlatego dziś na blogu rusza nowy cykl krótkich recenzji piw prosto z kranu.

"Żar leje się z nieba" jak mówi jeden z bohaterów Hydrozagadki. Faktycznie upały nie dają o sobie zapomnieć, a na taką pogodę nie ma nic lepszego jak orzeźwiające piwo. Dlatego w pierwszym odcinku nowej serii znajdują się tylko i wyłącznie jasne, rześkie i odświeżające piwa. Ostatnio coraz większą popularnością cieszą się kwasy i to one mają duży udział w tym wpisie. Czyżby "sour is a new hoppy"?
TO ØL/Pinta - Kwas Alfa (sour rye pale ale) – Hoppiness/Warszawa - tego piwa nie trzeba nikomu przedstawiać. Pierwsze z serii kwasów z Pinty cieszy się bardzo dużą popularnością i według mnie zupełnie zasłużoną. Do tego wynalazku dodano bakterie kwasu mlekowego, który nadaje specyficznej kwaśności. Bakterii Lactobacillus Helveticus dodaje się też do produkcji sera Ementaler. Piwo jest chmielone nowozelandzkim chmielem Green Bullet.  O piwie mówiliśmy trochę w czasie Warszawskiego Festiwalu Piwa. Wtedy nasze koleżanki określiły zapach jako „skarpeta piwowara” – cóż, bardzo obrazowo ale raczej mało zachęcająco. ;) Faktycznie w aromacie czuć kwas, jakby lekko mleczny. W smaku również wyczuwalna kwaśność chociaż nie jest tak mocna jak mogłoby się wydawać. Gdzieś tam w tle lekkie akcenty cytrynowe, dobrze wyczuwalna jest też żytnia podbudowa słodowa. Piwo wysoko nasycone i bardzo pijalne. Na gorące dni jest w sam raz.

Artezan – Jam Session (berliner weisse) – Hoppiness/Warszawa – jeżeli się nie mylę to chyba pierwsze piwo w tym stylu uwarzone przez polski browar. Berliner Weisse bywa nazywane szampanem północy jednak o ten zaszczytny tytuł walczy z naszym grodziskim. Jam Session to piwo wiśniowe więc może niektórym skojarzyć się z lambikiem, ale to jednak coś innego. Pachnie przede wszystkim owocami wiśni, a konkretnie jakby nieco sfermentowanym kompotem wiśniowym. Występuje również zapach kwaskowaty. W smaku przyjemnie owocowe i kwaskowe – przede wszystkim wiśniowe. Goryczki tu nie ma żadnej ale nie o to tutaj chodzi. Również wyczuwalne są akcenty taninowe. Wyższe wysycenie i bardzo dobra pijalność gwarantują, że w upalne dni będzie jak znalazł. Piwo świetnie orzeźwia i to się liczy.

Szpunt – Master Exploder (american pale ale) – Same Krafty/Warszawa – co prawda na podwójną premierę nowych piw z browaru Szpunt się nie załapałem, ale wkrótce nadrobiłem chociaż część zaległości. Piwo chmielono po amerykańsku więc wiele sobie obiecywałem po nowym Szpuncie. W aromacie faktycznie czuć było cytrusy i owoce tropikalne. W smaku jednak ujawniła się wada tego piwa – zapach masła wskazujący na diacetyl. Nie dominował bardzo smaku ale był wyczuwalny. Goryczka średnia do wysokiej, jednak była dość nieprzyjemnie zalegająca. Długo utrzymywała się w ustach i zostawiała niemiły posmak. Master Exploder nie należy więc do czołówki piw w stylu APA. Szkoda, że nie posmakowałem drugiego piwa w tym stylu od Szpunta czyli Summer Time. Master Exploder wymaga poprawy i wierzę, że w browarze przyłożą się do kolejnych warek.

Pracownia Piwa – Big Chmielowski (american pale ale) – Degustatornia/Gdańsk - podczas ostatniej wizyty w Gdańsku wpadłem na chwilę do tamtejszej Degustatornii aby sprawdzić jak się mają krafty na Wybrzeżu. Spróbowałem znanego i dostępnego już od długiego czasu american pale ale z Pracowni Piwa. Big Chmielowski ma stały, dobry poziom. W aromacie feria cytrusów, owoców tropikalnych i lekki aromat słodowy. W smaku również przede wszystkim słodycz owoców cytrusowych, mango i grejpfruta. Goryczka nie jest tak wysoka (28 IBU) ale i tak bardzo dobrze komponuje się z walorami smakowymi. Do tego odpowiednio uśrednione wysycenie. Słodycz owoców jest odpowiednio skontrowana wytrawnością słodów. Również dobry wybór na letnie orzeźwienie.

Jak więc widać różne wariacje na temat piw kwaśnych mają wzięcie. American pale ale również nadają się na ten skwar za oknem a trzeba przyznać, że ten styl jest bardziej popularny wśród piwowarów. Ja trafiłem całkiem nieźle - na cztery piwa, trzy były bardzo dobre. Upały nie skończą się chyba tak szybko, więc na pewno będzie jeszcze szansa posmakować tych piw. A ja liczę, że pojawią się nowe - zwłaszcza wśród kwasów.

czwartek, 11 czerwca 2015

Reden Krzyż Południa - APA wśród gwiazd

Szczerze mówiąc nie miałem w planach degustacji tego piwa. Ot, kolejne american pale ale. Jednak browar Reden nie gościł jeszcze na naszym blogu. Skorzystajmy więc z okazji i zobaczmy co ten chorzowski browar ma do zaoferowania.


Pewnego ciepłego, wiosennego wieczoru naszła mnie ochota na piwo. Niestety wieczór był już dość późny i sklepy z piwem kraftowym były już pozamykane. Niechętnie wybrałem się do niedalekiego sklepu spożywczego, gdzie jedna półka w lodówce zarezerwowana była dla piw rzemieślniczych lub "okołorzemieślniczych". Jedynym piwem na składzie, którego jeszcze nie piłem był właśnie Krzyż Południa z browaru Reden. 

Krzyż Południa to nazwa bardzo adekwatna do tego piwa. Pochodzi ona od gwiazdozbioru o tej samej nazwie. Fanów astronomii uprzedzam, że nie jest on widoczny na naszej półkuli. No, a przynajmniej obecnie nie jest. Widoczny jest na półkuli południowej i ma obecnie bardzo ważne znaczenie patriotyczne dla wielu państw tamtej części świata. Na swoich flagach umieściły go Brazylia Papua Nowa Gwinea, Samoa... i Nowa Zelandia.

Fani kraftu już zapewne uśmiechają się pod nosem. Tak dobrze myśleliście. Nowa Zelandia jest tez obecna w tym piwie. Nowozelandczycy tak poważają ten gwiazdozbiór, że nazwali nim nawet chmiel ;). Jest on uniwersalny - można go dodawać i na goryczkę i na aromat. Southern Cross charakteryzuje się aromatami skórki cytryny i igieł sosnowych. Oprócz tego w składzie piwa znalazły się słód pale ale, pszeniczny i karmelowy jasny.

Piwo ma barwę bursztynową, nieco ciemnozłotą. Piana jest raczej mało obfita, drobnopęcherzykowa (później jednak pojawiają się dziury i poszarpania. Po jakimś czasie pozostaje tylko delikatna obrączka z piany, która oblepia szkło. Piwo jest klarowne.


W aromacie piwa faktycznie wyczuwalne są cytrusy, trochę jak przy amerykańskim chmielu. Ten aromat jest jednak bardziej delikatny niż w APA chmielonych amerykańskim chmielu. Gdzieś na drugim planie bardzo słabo wyczuwalne nuty leśne i żywiczne.

W smaku podobnie - również wyczuwalne cytrusy, akcenty słodowe. Nie ma już tutaj aromatów leśnych i żywicznych. Jakby cała para poszła w aromat a nie w smak. Goryczka jest wyczuwalna - średnia do średnio-wysokiej. Zalety chmielu Southern Cross wyszły tutaj w całej okazałości, brakuje tylko tej nuty żywicznej. Wysycenie średnie, jest w porządku jak na ten styl. Odczucie dość lekkie ale nie wodniste. Całkiem dobra pijalność.

Podsumowując - nie jest to piwo które sięga gwiazd. American pale ale na nowozelandzkim chmielu, które jest całkiem dobre w smaku. Nie spodziewajcie się raczej wielkich doznań smakowych. Piwo można wypić z przyjemnością. Nie ma w nim żadnej wady ale też nie w nim nic co sprawiłoby, że zapamiętam je na dłużej.

sobota, 28 marca 2015

Piwa dobre i tanie


Było kiedyś takie powiedzonko - "dlaczego tanie wina są dobre? Bo są dobre i tanie". W niektórych przypadkach można je, w drodze analogii, zastosować do tematu piwa. I dlatego przedstawię wam kilka niedrogich, a jednocześnie smacznych piw.

Nie samymi, drogimi przyznajmy, piwami rzemieślniczymi człowiek żyje. Czasem strudzony wędrowiec trafia na złe ziemie, gdzie kupić się ich zwyczajnie nie da. Innym razem, dziura budżetowa nakazuje zaciśnięcie pasa. Nawet gdy fundusze nie są tak bardzo ograniczone, zdarzają się sytuacje, kiedy z czystym sumieniem można sięgnąć po tańsze piwo. W moim przypadku są to głównie imprezy - czy to domówka, czy grill nad Wisłą, czyli sytuacje w których na smaku piwa skupić się trudno (choć jak to pisał pierwszy polski encyklopedysta, Benedykt Chmielowski: "smoka pokonać trudno, ale starać się trzeba").

Bywa, że sięgam więc po piwa tańsze, ale rozum i godność beer geeka każą mi wybierać te, które wyróżniają się smakiem na tle konkurencji. To pierwszy warunek. Aby spełnić drugi - "taniości", przyjąłem umowną, acz nieprzekraczalną granicę 5 zł za jedno piwo. 

Bojanowo - Bojan strażackie



Jasny, dość lekki lager doprawiony amerykańskim chmielem Amarillo. I to właśnie chmielenie wyróżnia to piwo na tle nie tylko innych propozycji z grupy BRJ, ale też spośród innych lagerów dostępnych w supermarketach, czy sklepach osiedlowych. Efektem jest przyjemny zapach cytrusów i żywicy, który dominuje nad słodową, zbożową bazą. W smaku chmiele znów są wyraźnie wyczuwalne, wnosząc sporo owocowego orzeźwienia, a wszystko wieńczy niezbyt mocna, ale wyczuwalna goryczka. To w końcu jasny lager, więc nie mam pretensji, zwłaszcza że goryczka ma przyjemny, ziołowo-miętowy profil.

     

Poszczególne warki, jak wszystkich piw z Bojanowa, bywają nierówne. Czasem aromatu chmielowego jest mniej, czasem więcej. Zdarza się też obecność żelaza, choć na szczęście nigdy na poziomie, który by to piwo dyskwalifikował. Butelkę testową kupiłem za 3,39 złotych i w tej cenie trudno o lepszy wybór.

Fortuna - Miłosław Pilzner


     

Kolejne piwo, które bywa mocno nierówne, ale którego udane warki są niezłym wyborem w ograniczonym budżecie. Za około 3 złote otrzymujemy niezłego pilsa, doprawionego chmielem z rodziny Golding, który faktycznie można wyczuć w aromacie. Piwo pachnie nutami ziołowo-trawiastymi, ale i owocowymi, czy kwiatowymi. W smaku jest dość orzeźwiające, choć tu już udział chmielu jest zdecydowanie mniejszy i to zbożowy, słodowy aspekt piwa wybija się na pierwszy plan. W tle pojawia się również nieco masełka, choć akurat w pilsach jest to, moim zdaniem, do zaakceptowania. Zwłaszcza gdy, jak w tym przypadku, nie przeszkadza w piciu.

Wspomniana nierówność i pojawiające się niekiedy wyraźniejsze wady (głównie żelazo), sprawiają że trzeba do pilsa z Miłosławia podchodzić z rezerwą. Niemniej stanowi on mój częsty wybór kryzysowy na największym bezpiwiu, gdy w okolicy nie ma nic prócz Żabki.

Kormoran - Warmińskie Rewolucje



W przeciwieństwie do poprzednich piw, w Warmińskich Rewolucjach nigdy nie natknąłem się na wady, co sprawia, że jest to pewny i co najważniejsze, bardzo dobry wybór. Browar Kormoran oferuje lagera w cenie oscylującej wokół 4 złotych, który zachęca bardzo przyjemnym ziołowo-owocowo-słodowym aromatem. W smaku, oprócz słodów pojawiają się również wyraźne akcenty chmielowe. W pierwszej chwili po wzięciu piwa do ust daje o sobie znać specyficzna, orzeźwiająca i delikatna kwaśność kojarząca mi się z dojrzałymi jabłkami. Następnie do głosu dochodzi ziołowa, całkiem wyraźna jak na lagera goryczka. Piwo świetnie nadaje się do gaszenia pragnienia, upodobałem je sobie zwłaszcza w sezonie letnim.

Wąsosz - Polka Pils


     

Czyżby porządny, lekki pils za 3 złote? Jeśli dorzucimy kilkadziesiąt groszy (w moim wypadku 40) - tak! W aromacie dominuje zbożowość słodów i ziołowe aromaty polskich chmieli. Pojawia się też w tle nuta maślana, ale wszystko w granicach stylu i w ramach dopuszczalności mojego nosa. Piwo jest bardzo lekkie i orzeźwiające. Nic dziwnego, w końcu ekstraktu, a co za tym idzie i alkoholu, nie jest w nim zbyt wiele. Orzeźwiające walory Polki zwiększa wyraźna, ziołowa goryczka, która mogłaby być nawet jeszcze ciut mocniejsza. Wciąż jednak uważam Polkę za udanego pilsa, w dodatku w niewysokiej cenie i o w miarę stabilnej jakości.

Żywiec - Żywiec APA



O koncernowym, żywieckim american pale ale była już na blogu mowa, a ostatnio miałem okazję pić warkę z terminem do sierpnia 2015 roku i wydaje mi się, że znacząco się nie pogorszyła. Nadal jest to dość lekkie, nieco wodniste APA, o przyjemnym aromacie owoców cytrusowych, które dają o sobie znać również w smaku. Oczywiście, jest słabsze od wielu rzemieślniczych piw w tym stylu, ale po pierwsze - kosztowało mnie dokładnie 3,99 złotych i mogę je kupić w wielu większych i mniejszych sklepach, po drugie - jestem w stanie wskazać co najmniej kilka uwarzonych w Polsce APA, które były od tego z Żywca (a właściwie z Cieszyna) zdecydowanie słabsze. I przynajmniej dwa razy droższe. W każdym razie jest to również niezły, budżetowy wybór, w dodatku coraz łatwiej dostępny w skali kraju.

     

Macie jakieś swoje typy piw, które są jednocześnie tanie i smaczne? Jeśli tak, to dajcie znać w komentarzach pod tekstem, albo na naszym facebooku!

czwartek, 26 marca 2015

Chmielogród Rudobrody Mag - maślana klątwa

Niecodziennie przychodzi do mnie przesyłka aż z Chmielogrodu, w dodatku zawierająca eliksir według receptury samego Rudobrodego Maga. Jego magia okazała się jednak mocno kapryśna. 



Zacznijmy jednak od początku. Zalew spamu, który wpada do naszych skrzynek na listy staje się ostatnio niezwykle przytłaczający i powoduje, że łatwo można przegapić ważne przesyłki. Myślałem, że problem unormuje się nieco po wyborach samorządowych, ale oczywiście nic takiego nie miało miejsca. Kilka dni temu wybrałem się sprawdzić pocztę i po otwarciu drzwiczek spadła na mnie lawina reklam i wszelkiego rodzaju śmieci. Szybko przejrzałem je i wrzuciłem do nieodległego śmietnika i jak się okazało, wśród ulotek, które skończyły wśród śmieci, musiało też być awizo z poczty. Na szczęście mój współlokator jest bardziej skrupulatny przy przeglądaniu zawartości skrzynki, a może większy druczek z poczty bardziej rzucił mu się w oczy. W każdym razie okazało się, że oczekuje na mnie przesyłka. Oczywiście prosto z browaru Chmielogród, któremu w tym miejscu chciałbym bardzo podziękować.

Na początek kilka słów o tej inicjatywie. Jako wielbiciel gier RPG, czy to w wersji komputerowej, czy też tej prawdziwej - papierowej, a także pochłaniacz książek fantasy, strasznie jaram się etykietami, historyjkami i całą otoczką jaką tworzą włodarze Chmielogrodu. Bardzo spodobał mi się również nowy design etykiet tego browaru, który możecie porównać z recenzowanym przez Mateusza jakiś czas temu piwem Foszasty Olbrzym. Grafiki to już naprawdę pierwsza klasa, spokojnie mogłyby zdobić chociażby okładkę jakiejś książki w klimacie fantasy.

Dlatego też, kiedy przeczytałem o przenosinach inicjatywy do Witnicy, przeraziłem się niczym Bilbo Baggins podczas pierwszego spotkania ze Smaugiem. Niestety, browar ten ma spore problemy z wadliwymi piwami, zwłaszcza z diacetylem powodującym charakterystyczny, maślany zapach i smak, a także z objawiającym się co jakiś czas żelazem. Oczywiście nie wszystkie tam uwarzone piwa można od razu spisać na straty, ale te wady pojawiają się zatrważająco często i obawiałem się, że i tym razem nie uda się ich uniknąć. I się nie udało, ale o tym za moment.

Piwo ma kolor ciemnego złota i jest nieco zmętnione. Mag może i ma rudą brodę, ale skrywa ją pod czapą białej, całkiem trwałej i urodziwej piany, która opada do warstewki utrzymującej się niemal do końca picia.

W aromacie pojawiają się elementy niezwykle pożądane, takie jak tropikalne owoce i żywica, oraz te których w piwie być nie powinno - wyczuwalny jest zarówno maślany diacetyl, jak i zapach żelaza. Wady te nie są może szczególnie intensywne, skutecznie utrudniają jednak rozkoszowanie się wonią amerykańskiego chmielu Simcoe.

O ile zapach rokował jeszcze, że mimo pewnych wad piwo może okazać się smaczne, tak pierwszy łyk szybko te przewidywania zweryfikował. Niestety, moim pierwszym i początkowo jedynym skojarzeniem była brzoskwiniowa maślanka, w którą ktoś magicznie przemienił ten pięknie wyglądający trunek. Do masełka można się na szczęście przyzwyczaić, gdyż nie występuje w aż takim natężeniu, które bardzo utrudniałoby picie. Ujawniają się wtedy również zalety eliksiru Rudobrodego Maga, który okazuje się być całkiem solidnie owocowy i dość lekki. Byłby też dość przyjemny w piciu (jeśli już przeboleje się ten diacetyl), gdyby nie nieprzyjemna, długo zalegająca goryczka, która jest zdecydowanie zbyt absorbująca jak na ten, z założenia łagodny, styl. Mam również nieodparte wrażenie, że w tle ponownie pojawiają się posmaki żelaziste.

Gracze Warhammera z pewnością pamiętają zjawisko Przekleństwa Tzeentcha. W tej papierowej grze RPG, czarodziej mógł paść ofiarą złych mocy, które powodowały wystąpienie nieprzewidzianych zjawisk, często nieprzyjemnych lub katastrofalnych, obok zwykłych efektów rzuconego zaklęcia. Rudobrodego Maga dopadło chyba właśnie takie przekleństwo, bo gdyby nie wyraźnie dające o sobie znać wady, piwo z Chmielogrodu mogłoby być całkiem niezłym american pale ale. Może w kolejnych warkach uda się pokonać przeciwności, tym razem magia okazała się być zbyt słaba.

czwartek, 5 marca 2015

Maorys wśród Kłosów - recenzja podwójna


Browary regionalne zaczynają ostatnio coraz odważniej zagłębiać się w nowofalowe style i eksperymenty, będące do tej pory głównie domeną rzemieślników. Z jakim skutkiem? Odpowiedzi poszukam sprawdzając nowe piwa z browaru Kormoran i Bojanowo.

Na pierwszy rzut oka przedstawiane dziś piwa sporo ze sobą łączy, ale i niemało dzieli. Zarówno Kłos Wielozbożowy, jak i Maorys opierają się na słodzie żytnim, oba mają być również solidnie doprawione aromatycznymi odmianami chmielu. O ile jednak browar Bojanowo Maorysa jasno opisuje jako IPA, tak Kormoran stylu swojego najnowszego piwa nie określa. Chwali się za to wielością odmian zbóż i amerykańskim chmielem Citra, który już w niejednym piwie pokazał swoją moc. W Bojanowie, oprócz polsko-niemieckiego Magnum i amerykańskiego Mosaic, sypnięto również nowozelandzkich odmian chmielu o egzotycznych nazwach Kohatu i Motueka. 

Kłos Wielozbożowy



Lektura składu Kłosa Wielozbożowego moje skojarzenia od razu kieruje gdzieś w stronę mickiewiczowskiej Inwokacji, "Do tych pól malowanych zbożem rozmaitem, Wyzłacanych pszenicą, posrebrzanych żytem". Świerzopu, gryki i dzięcieliny brak, jest za to jęczmień, płatki owsiane, orkisz, płaskurka i samopsza. Czyli trudnych słówek, które wymagają objaśnienia, jest niemal równie wiele co we wstępie do Pana Tadeusza. Jęczmień i owies jeszcze trudności nie nastręczają, a o orkiszu wiedziałem tyle, że istnieje, natomiast informacji na temat płaskurki i samopszy musiałem już poszukać. Okazuje się, że podobnie jak orkisz, są to odmiany pszenicy, które według informacji na stronie internetowej browaru Kormoran, pochodzą z ekologicznych upraw Warmii i Mazur. Ekologicznie, zielono i regionalnie - fajnie!


  

To złociste, zbożowe musli doprawiono chmielem i to naprawdę solidnie. W efekcie piwo pachnie przede wszystkim cytrusami, zwłaszcza grejpfrutami, a także przypiekanym zbożem. Połączenie świeże, rześkie i zachęcające do wzięcia każdego kolejnego łyku. W ustach ujawnia się żytnia gładkość i pełnia, a następnie smak nieco podobny do owsianki i spora dawka orzeźwiającej owocowości. Wszystko wieńczy grejpfrutowo-trawiasta goryczka, o nieprzesadnej, acz zauważalnej intensywności. Gdybym miał to piwo opisać jak najbardziej syntetycznie, stwierdziłbym iż jest to żytnie american pale ale. Bardzo dobre żytnie american pale ale, które latem może stanowić dobrą alternatywę dla lekkich pilsów czy weizenów. 

Bojan Maorys



Gdyby ktoś, powiedzmy pół roku temu, powiedział mi, że browar Bojanowo wypuści na rynek żytnie IPA z dodatkiem nowozelandzkich chmieli, to popukałbym się w czoło. No i teraz miałbym się z pyszna, bo taką właśnie propozycję przedstawił ostatnio wielkopolski browar należący do grupy BRJ. 


Internety wydały sporo peanów pochwalnych na cześć etykiety tego piwa i nie pozostaje mi nic innego jak się do nich przyłączyć. Brawo, tak pieczołowicie i atrakcyjnie dla oka powinny być zaprojektowane wszystkie etykiety piw rzemieślniczych. Równie ciekawie jak etykieta prezentuje się samo piwo. Jest zupełnie nieprzezroczyste, wygląda niemal jak kisiel czy miód. Jest również gęste, choć na szczęście nie aż tak bardzo jak te dwie substancje. 


W aromacie pojawiają się ciekawe nuty owocowe - są i cytrusy i delikatna nutka winogron, jest też sporo karmelu i nieco masła na dodatek. Jest to wada, którą warto poprawić, jednak nie wpływa aż tak drastycznie na odbiór piwa. W smaku orzeźwiające owoce tropikalne również mieszają się z karmelową słodyczą. Żyto robi robotę i sprawia, że piwo jest gęste i jakby "lepkie", a jeśli miałbym się jeszcze do czegoś przyczepić, to może tylko do nieco zbyt niskiej, według mnie, goryczki. Piwo niczego nie urywa, nie masakruje kubków smakowych, ale po dopracowaniu może być naprawdę solidną pozycją w ofercie browaru Bojanowo.

Oba sprawdzane piwa są naprawdę ciekawe i nietypowe, a przy tym całkiem udane. Spokojnie mogą stanowić argument na poparcie tezy, że browary regionalne pomysłowością i jakością swoich produktów nie odstają wcale od browarów rzemieślniczych i kontraktowych. Są też kolejnym znakiem świadczącym dobitnie, że większe browary również wkraczają na drogę piwnej rewolucji. A droga piwnej rewolucji jest drogą bez odwrotu! 

czwartek, 26 lutego 2015

Pivovaria Chytra baba z Radomia - APA poza kontrolą

Internetowe memy mają to do siebie, że niezwykle szybko zyskują popularność, która kończy się tak nagle, jak się pojawiła. Twórcy produktów z "realu" zwykle nie nadążają za internetową modą, a produkty nawiązujące do śmiesznych obrazków i filmików pojawiają się na rynku gdy chwała pierwowzoru dawno już wyblakła. Podobnie jest z Chytrą babą z Radomia.


Nagranie ukazujące mieszkankę Radomia, która zapewne nie mogłaby samodzielnie ustać w komunikacji miejskiej, a wykazała się niezwykłą sprawnością i wygimnastykowaniem przy sięganiu po kolejne butelki gazowanego napoju obiegło Polskę w grudniu 2012 roku. Czyli jak na internetowe warunki - wieki temu.

Film nie tylko dostarczył masy rozrywki internautom, ale sprowokował też kilka dość interesujących dyskusji. Jedni narzekali na polską pazerność, chciwość i małostkowość, ujętą niezwykle trafnie jako "cebulactwo" i nie można im się dziwić, w końcu napoje zostały wystawione w ramach wspólnej wigilii, na której mieli zebrać się mieszkańcy miasta i miały one posłużyć wszystkim, nie tylko tym którzy zdołają chapnąć najwięcej. Drudzy zauważali, że i władze miasta wykazały się brakiem rozsądku i oderwaniem od rzeczywistości, bo jak miałoby wyglądać dzielenie się napojami bez kubeczków?

Internet nie znosi nudy i film o chytrej babie dziś już tyle emocji nie wywołuje. Dlatego zdziwiłem się, kiedy na półce zobaczyłem piwo z radomskiego browaru Pivovaria, o nazwie Chytra baba z Radomia. Nazwa może i spóźniona o kilka lat, ale jak widać wciąż przykuwająca wzrok i myślę, że przyciągnie wielu klientów. Zwłaszcza, że etykieta jest, moim zdaniem, całkiem udana, a widoczna na niej ręka w oczywisty sposób odwołuje się do memu. 

Chytra baba z Radomia to przedstawiciel(ka) stylu American Pale Ale, można się więc było spodziewać zdecydowanego aromatu amerykańskich chmieli, nieprzesadnej goryczki i sporej lekkości picia. Piwo jest w kolorze miedzianym, lekko zamglone, choć do mętności mu daleko. Zwieńczone jest białą pianką, która mimo prób nie chciała się zbudować, a po chwili szybko opadła do pierścienia wzdłuż ścian kieliszka. 

Zapach Chytrej baby (przyznacie, nie brzmi to zbyt dobrze) jest zaskakujący. Gdyby zamknąć oczy, można by sobie wyobrazić... nie, nie Radom, a tropikalny ogród pełen dojrzewających owoców. Dawno nie wyczułem w piwie tak intensywnych nut mango, brzoskwiń i słodkich grejpfrutów. Piwowarzy najwyraźniej wcale nie byli chytrzy, a szczodrze sypnęli aromatycznych, amerykańskich chmieli.

Smak odpowiada aromatowi i jest niezwykle orzeźwiający, o zdecydowanie owocowym charakterze. Słodycz rządzi jednak tylko w pierwszej chwili, gdyż jest ona równoważona przez wyraźną jak na styl, ale dość krótko pozostającą w ustach goryczkę. Wysycenie jest dość niskie co mi szczególnie nie przeszkadza.

Chytra baba z Radomia to piwo pokazujące, że nawet w ramach dość zachowawczego stylu, jakim jest APA, wciąż można uwarzyć coś zaskakującego, a przy tym bardzo pijalnego. Gratulacje dla browaru Pivovaria za dostarczenie dużej porcji lata w chłodny, lutowy wieczór.

sobota, 15 listopada 2014

A ja pale ale - APA po sezonie

Browar Pinta pracuje na miano hipstera polskich browarów rzemieślniczych. Gdy nadchodzi zima i wszystkie browary zaczynają warzyć ciemne piwa, Pinta poszła pod prąd i zrobiła american pale ale. To pójście wbrew pogodowym trendom wyszło im jednak na dobre.

Pinta jest jednym z najpopularniejszych polskich browarów rzemieślniczych, (jeśli w ogóle można mówić o popularności takich browarów). Każde nowe piwo wypuszczane przez browar z Zarzecza jest niecierpliwie wyczekiwane. Tak było i tym razem. Piwo ma swoją oficjalną premierę na odbywającym się w ten weekend na Poznańskich Targach Piwnych, na których niestety nie mogę być. Na szczęście piwo jest też już dostępne w sklepach, więc gdy tylko pojawiła się informacja, że w moim ulubionym sklepie piwnym (nie, nie powiem jaki to ;) pojawiła się APA od Pinty od razu do niego pognałem – tak szybko, że sprzedawca nie zdążył jeszcze nakleić ceny na butelkach.

Etykiety Pinty zawsze dobrze wyglądają i nie inaczej jest tym razem. Zielono-żółte barwy przypominają minione, ciepłe letnie dni a szyszki chmielowe podkreślają jak ważny jest ten składnik i jak wiele wnosi do piwa – zwłaszcza do american pale ale.

Zajmijmy się jednak samym piwem. W jego skład wchodzą słody: Weyermann, pale ale, diastatyczny, jęczmienny i Caraamber. Użyto chmielów: Columbus, Chinook, Casacade, SImcoe. Zadano drożdży Safale US-05. Piwo ma 12 stopni Blg, które odfermentowało do 4% alkoholu. Goryczka na poziomie 41 IBU.


Pierwsze co rzuciło mi się w oczy po nalaniu piwa do szkła to fakt, że piwo jest dość mętne. Szklankę umyłem dokładnie, więc nie wydaje mi się, żeby miała na to wpływ pozostałość wody tym bardziej, że na ściankach nie odkładały się bąbelki. Piwo jest koloru ciemnego złota, można jednak mieć czasem wrażenie, że jest nawet nieco bursztynowe. Piana średniej wysokości, biała i tak kremowa, że niemal pozbawiona pęcherzyków, które jeśli są to bardzo drobne.

W aromacie piwa dają się wyczuć owoce tropikalne, a w dalszej kolejności zapach żywicy i cytrusów. Jest, więc tak jak powinno być – amerykańskie chmiele robią swoje. Aromat jest mocny i słodki. Podstawa słodowa również jest lekko wyczuwalna.

Pierwsze wrażenia po wypiciu kilku łyków – spora wytrawność. Jednocześnie piwo nie jest zbyt nagazowane, co sprawia, że jest faktycznie lekkie. Goryczka jest bardzo wyraźna i wysoka jednak trwa dość krótko. W smaku czuć chmielowość odpowiednią dla amerykańskich chmieli i słodowość, a estry owocowe są zaledwie lekko wyczuwalne. Nie ma w nim zbyt wiele treści. Smak w ustach jest równomierny - nie można wyróżnić jakichś konkretnych nut na początku lub na finiszu, oczywiście oprócz słabnącej goryczki. Chmielowość i słodowość utrzymują się od początku do końca.


A ja pale ale jest bardzo przyzwoitym przedstawicielem stylu APA, jednak zdecydowanie nie najlepszym. Piwo może być fajną odskocznią od pitych w tym sezonie piw ciemnych. Niestety, dość spora wytrawność może odrzucić niektórych koneserów piwa. Pinta przewracając nieco kalendarz wprowadziła trochę zamieszania tym piwem i być może z tego względu nie będzie ono na tyle docenione na ile zasługuje. Mimo wszystko, wypicie go sprawiło mi przyjemność i mogę je bez wątpliwości polecić. 

czwartek, 13 listopada 2014

Żywiec APA - idzie nowe!

Piwo, które dziś zrecenzuję, narobiło sporo zamieszania wśród fanów piw rzemieślniczych. Jedni nie mogli się doczekać na pierwsze polskie, koncernowe American pale ale, inni wieszali psy na Grupie Żywiec, że chce niskim kosztem podpiąć się pod zjawisko piwnej rewolucji. W tym zamieszaniu zapomniano trochę o najważniejszym - czyli o piwie.

Zainteresowanych przyczynami i prawdopodobnymi skutkami pojawienia się na rynku Żywca APA zapraszam do przeczytania mojego wpisu, w którym zastanawiałem się nad tymi aspektami. Teraz jednak, gdy piwo trafiło wreszcie do sklepów, a następnie w moje ręce, skupię się nad samymi jego walorami aromatycznymi i smakowymi. Bez taryfy ulgowej.

Piwo ma ładny, zgodny ze stylem, bursztynowy kolor i jest nieco zamglone. Piana jest średniopęcherzykowa, koloru białego i choć początkowo wysoka, to niestety dość szybko opada i właściwie nie zdobi ścianek szkła. Za jakość piany należy się więc mały minus.




American pale ale to styl wyróżniający się bardzo intensywnym, owocowym aromatem, do którego nie jest przywykły typowy konsument koncernowych lagerów. Stąd moje obawy, że być może w najnowszym Żywcu zapach nie będzie aż tak zdecydowany, a chmielenie raczej symboliczne. Nic bardziej mylnego! W Cieszynie, gdzie warzono to piwo, nie obawiano się dodania dużej ilości aromatycznego chmielu, dzięki czemu Żywiec APA pachnie naprawdę dobrze. Wyczuwalne są nie tylko nuty cytrusów i owoców takich jak mango, ale także akcenty igliwia i żywicy. Nie wyczułem też żadnych poważnych wad w aromacie, być może poza naprawdę nikłym diacetylem. Nie wpływa on jednak negatywnie na ogólny odbiór piwa.

Smak Żywca APA nie zachwyca niestety tak bardzo jak jego aromat. Dominują w nim poprawne nuty słodów i owoców cytrusowych, jednak całość jest nieco wodnista, a wysokie wysycenie szczypie w język. Na finiszu można wyczuć lekki smak żywiczny, a także przyjemną, grejpfrutową goryczkę, na przyzwoitym i niespotykanym w koncernowych piwach poziomie. W ogólnym odczuciu piwo to jest całkiem orzeźwiające i dość wytrawne.

Pochylając się przez chwilę nad goryczką, jej poziom oceniam na około 30 IBU, a więc zgodnie z zasadami stylu. Nie jest to moc, która powali fana piw rzemieślniczych w stylach IPA czy American IPA, jednak dla konsumentów "koncerniaków" goryczka może być wysoka i ciekawi mnie jak zostanie ona przez nich odebrana.

Żywiec APA to dla mnie pozytywne zaskoczenie. Intensywny, cytrusowy aromat i wyczuwalna goryczka to coś, co odróżni to piwo od lagerowej przeciętności dostępnej na półkach osiedlowych sklepików i marketów. Zaryzykuję nawet stwierdzenie, że nowe piwo Grupy Żywiec jest lepsze od niektórych kraftowych piw w tym stylu, których miałem okazję próbować. Czy będę wracać do Żywca APA? Pewnie tak, gdyż cena i dostępność sprawiają, że jest całkiem niezłym wyborem jako piwo na grilla czy imprezę. I w tym charakterze mogę to pijalne, sesyjne piwo z czystym sumieniem polecić.