środa, 2 września 2015

Piwna praca u podstaw


Ci, którzy w liceum uważali na polskim z pewnością pamiętają starcie literatów głoszących idee romantyzmu i przeciwstawiających się im pozytywistów. Mam wrażenie, że ostatnio ten spór przeniósł się na poletko piwowarstwa rzemieślniczego.

Na początek, jak mawiał mój znajomy student historii, zawsze warto przedstawić krótki rys historyczny. W dniach 7-9 sierpnia odbył się w Łebie Festiwal Prawdziwego Piwa. Pojawiło się na nim wiele browarów, liczących że letnia pogoda i wakacyjna miejscowość przyciągną tłumy spragnionych dobrych trunków. Tak się jednak nie stało, a festiwal zakończył się frekwencyjną klapą. Jako, że nie miałem w planach wybierać się do Łeby - nie mi oceniać przyczyny porażki (z resztą bardzo rozsądnie wypowiedział się o nich Michał Kopik z blogu Piwny Garaż), jednak cała dyskusja która przetoczyła się przez internet sprowokowała mnie do kilku przemyśleń, którymi chciałbym się teraz podzielić.

Rewolucja w skali mikro


Przede wszystkim - należy pamiętać, że cały rynek piwa kraftowego to mała myszka w porównaniu z wielkim słoniem, którym są piwowarskie koncerny. Piwna rewolucja, o której mówimy, to wciąż co najwyżej kilka procent sprzedaży piwa w skali całego kraju. Trzymając się "rewolucyjnych" skojarzeń - piwnej rewolucji nie tworzą tłumy na ulicach i zdobywanie Bastylii (w tej roli mógłby wystąpić na przykład w Tychach), a niewielkie grupy spiskowców gromadzących się w dusznych pomieszczeniach multitapów. Poza największymi miastami często bardzo trudno jest choćby o piwo z browaru regionalnego, nie mówiąc już o nawet najpopularniejszych kraftach. Nawet we wspomnianych aglomeracjach, knajpy i sklepy z dobrym piwem niezbyt często pojawiają się poza ścisłym centrum. Warto zdać sobie sprawę, że pozostało jeszcze wiele pracy przy krzewieniu kultury piwnej w Polsce i jak wiele jest jeszcze do zrobienia w kwestii uświadamiania konsumentów, że poza wysoko odfermentowanym, jasnym lagerem mają jeszcze inny wybór. Po latach koncernowej ściemy i wtłaczania ludziom do głów, że nie ma piwa lepszego niż korpolager, a korpolager niepasteryzowany jest w ogóle najlepszy na świecie, nie będzie to proste.

Przy okazji wszystkich pokrzykujących, że walec piwnej rewolucji rozjedzie koncerny uspokajam. Nie rozjedzie. Nigdy. Piwo rzemieślnicze było, jest i będzie dobrem luksusowym, które najprawdopodobniej nigdy nie przebije sprzedażowo tanich, koncernowych konkurentów. Analogii na rynku można znaleźć wiele.

Właśnie w maleńkości kraftowego rynku oraz braku powszechnej świadomości jego istnienia upatruję niewielkich szans na powodzenie takich festiwali jak ten w Łebie. Kompletnie nie znam się na winach i gdybym trafił na podobnego typu wydarzenie związane z winami, pewnie pokręciłbym się po okolicy, wypił może dwa kieliszki i wyszedł marudząc pod nosem coś o wysokich cenach. I tak właśnie zaczęłaby się i skoczyła zarazem przygoda z piwem rzemieślniczym dla większości przypadkowo przybyłych - niby miło, niby smacznie, ale po dwóch szklaneczkach z pewnością powróciliby do swojego Łebskiego czy Warki. Przynajmniej dopóki ceny na festiwalach nie byłyby znacząco niższe, ale w obecnym stanie rzeczywydaje się to być ekonomicznie nieopłacalne. Do kwestii festiwali jeszcze powrócę, a teraz sięgnę po kolejny przykład.

Niektórzy zapewne wiedzą, że mieszkam w pobliżu Leclerca na warszawskich Bielanach. Nie byłoby w tym nic niezwykłego, gdyby nie fakt, że ten hipermarket jest nadzwyczaj dobrze zaopatrzony w Polskie piwa rzemieślnicze i importy z Niemiec, Belgii, Czech, a czasem zdarzy się też coś z USA. Tuż obok stoją regały z piwami browarów grupy BRJ czy innych, regionalnych przedsiębiorstw. Sporo czasu spędziłem przy tamtejszych półkach, nie tylko wybierając piwo, ale też przyglądając się zachowaniom innych konsumentów. Wiecie po jakie butelki najczęściej sięgają klienci? Po te z piwami z browarów regionalnych. Czasem rzucą okiem po półkach pełnych rzemiosła w najprzeróżniejszych stylach, ale prędko wracają do znanych Ciechanów, Lwówków czy Raciborskich. Przyczyn jest kilka. Po pierwsze - nie ukrywajmy, cena dużo niższa niż wielu kraftowych wyrobów. Po drugie - znajomość takich marek jak Ciechan, które od kilku lat mają mocno ugruntowaną pozycję. Po trzecie wreszcie - brak jakiejkolwiek wiedzy na temat rzemieślniczego piwa.

Praca u podstaw, głupcze!


Jak tę wiedzę przekazać? Niektórzy, a zwłaszcza osoby, które same dość niedawno odkryły rzemieślnicze piwo, stawiają na ewangelizację. Wchodząc w rolę duchowych przewodników wskazują co pić wypada, a czego nie wypada, bardziej lub mniej jawnie kpiąc sobie z mniej zorientowanych w piwie. Wielu z nas pewnie przychodziło taki, bolesny dla naszych znajomych, okres bycia neofitą (ja również), ale w końcu trzeba powiedzieć sobie dość. Drogą do popularyzowania wiedzy o piwnym krafcie nie jest opowiadanie długich historii pochodzenia danego stylu piwa, rozpływania się o wspaniałych chmielach zza wielkiej wody, czy wszystkich grzechach piwowarskich koncernów. Nie traktujmy ludzi jak idiotów i zamiast dawać im rybę - dajmy wędkę. Zaproponujmy coś innego niż jasnego lagera, ale bez złośliwych uśmieszków pod nosem. Jeśli nie posmakuje - trudno. Nie każdy musi jarać się rzemieślniczym piwem, tak jak ja, czy zapewne Ty, drogi czytelniku, nie jarasz się winem, drogimi serami czy domowymi wędlinami.

Moim zdaniem, dla popularyzacji piwa rzemieślniczego najlepszą robotę robią nie wielkie festiwale, nie piwni blogerzy, a te wszystkie małe knajpki, multitapy i specjalistyczne sklepiki. To właśnie tam, osoby zupełnie nieobeznane z rzemieślniczym piwem mają okazję go po prostu spróbować. I bardzo często do niego wracają. Przykładem niech będzie warszawska Piwna Sprawa. Lokal położony u stóp osiedli potężnych wieżowców i goszczący przeważnie mieszkańców północnej Warszawy. Ileż razy byłem świadkiem sytuacji, kiedy do baru podchodziły osoby pytające o popularne, koncernowe lagery, a wracały do stolika ze szklankami Dwóch Smoków z Pracowni Piwa i wracały po jeszcze, Można? Pewnie, że można, wystarczy tylko zaproponować klientowi coś innego, pokazać mu że ma wybór. W knajpach jest to o tyle prostsze, że (przynajmniej w stolicy) ceny koncerniaków potrafią nie odbiegać znacząco od kosztu piwa kraftowego.

Jedną drogą - regionalizm


Ostatnią kwestią, którą chcę poruszyć jest panująca od dobrego pół roku lawina premier nowych piw i pojawiania się nowych browarów rzemieślniczych czy kontraktowych. Samo zjawisko oceniam bardzo pozytywnie, ale jakość tych piw jest niejednokrotnie po prostu dramatyczna. Pojawiają się głosy, że trzeba dać nowym inicjatywom czas, że mają prawo do pierwszych wpadek. Pewnie tak, ja mam natomiast święte, konsumenckie prawo tego typu inicjatywy olać i nie inwestować swoich pieniędzy w marnych piwowarów. No, żale wylane, można wracać do głównego tematu. Mianowicie tego, że na sklepowych półkach pojawia się ostatnio ogromna ilość nowych piw, najczęściej w bardzo podobnych stylach. Ludzi z wątrobą pozwalającą na spróbowanie wszystkiego już chyba nie ma, nieuchronnie będzie też spadać ciśnienie na organizację hucznych premier każdego wypuszczanego piwa. Jasne, największe hity takich browarów jak Pinta, AleBrowar czy Kingpin wciąż będą przyciągać tłumy, ale mniej uznani rzemieślnicy mogą nie mieć już tak różowo. Mam wrażenie, że wzrastać będzie za to liczba browarów, które stawiają przede wszystkim na dostępność lokalną. Doskonałymi przykładami są browar Dukla, czy cieszyński Fabrica RARA, które niełatwo dostać w Warszawie, czy też browaru Bazyliszek, którego piw próżno szukać poza stolicą. Drogą tą może wkrótce pójść więcej nowych browarów, które postawią na działanie lokalne i promowanie swojego piwa w najbliższym sąsiedztwie.

Wnioski z porażki festiwalu w Łebie oraz innych obserwowanych przeze mnie ostatnio zjawisk są proste. Piwna ewangelizacja po prostu się nie sprawdza. Wielkie festiwale są w stanie przyciągnąć tłumy tylko w dużych miastach, a i to wtedy gdy są odpowiednio nagłośnione i w dobrej lokalizacji. W przeciwnym wypadku mamy do czynienia z widokiem takim jak na przeciętnej premierze nowego piwa - te same twarze po jednej i po drugiej stronie baru. Wydaje mi się, że ciekawym pomysłem może być organizowanie mniejszych festiwali czy też targów, na których pojawiałyby się głównie browary rzemieślnicze związane z danym regionem kraju. Rozwiązanie to wydaje się mieć same plusy zarówno dla klientów, jak i dla wystawców. Moda na produkty lokalne, związane z danym regionem, wciąż trwa i z pewnością przyciąga wielu odwiedzających. Dla producentów wygodniej będzie z kolei przewieźć stoisko i beczki, dajmy na to 100 km, niż tłuc się przez całą Polskę na kolejny "ogólnokraftowy" festiwal.

Manifest piwnego pozytywizmu


Odpowiedź na fiasko działań ewangelizacyjnych widzę więc w dwóch zjawiskach.

Pierwsze z nich to praca u podstaw - pokazujmy że jest inny wybór niż korpolager, ale powstrzymujmy się od prawienia morałów o etycznej wyższości kraftu nad koncernami. Damn, to w końcu tylko piwo.

Drugą kwestią jest regionalizacja - wielkie festiwale zostawmy wielkim miastom, jest wiele innych imprez, które także mogą przyciągnąć nowych klientów. Niektóre browary pojawiają się na targach regionalnych, inne na imprezach typu Chmielaki Krasnostawskie. Może warto postawić na mniejsze festiwale, na których będą występować głównie browary powiązane z danym regionem. Możliwości jest wiele. 

Prędzej czy później rynek się nasyci i przynajmniej na jakiś czas rozwój kraftu zahamuje. A wtedy zwycięży ten, kto będzie miał silną pozycję i rozpoznawalną markę. Najwięksi - w skali całego kraju, nieco mniejsi - w regionie.

sobota, 25 lipca 2015

Czy w Warszawie wolno pić piwo nad Wisłą?

fot. Robert Parma (na licencji CC)

Kwestia zakazu picia alkoholu nad Wisłą, zwłaszcza na bulwarach wiślanych, jest od dłuższego czasu przedmiotem ożywionej dyskusji. Oto mój, poparty analizą kilku przepisów, głos w tej sprawie.

W ciepłe, letnie wieczory nad Wisłą pojawiają się prawdziwe tłumy ludzi, którzy chcą odpocząć nad rzeką. Na praskiej stronie rzeki rozpalane są grille i ogniska, a na schodkach po drugiej stronie wody czasem trudno jest znaleźć wolne miejsce. Wielu nad Wisłę zabiera ze sobą piwo, wino lub inny alkohol i to właśnie staje się przyczyną problemów. Bo o ile wszyscy wiedzą, że na miejskich plażach pić wolno, tak już spożywanie alkoholu na bulwarach wiślanych może się skończyć i nierzadko kończy się mandatem.

Dlaczego tak jest? Podstawą prawną, którą stosuje policja i straż miejska jest Ustawa z dnia 26 października 1982 r. o wychowaniu w trzeźwości i przeciwdziałaniu alkoholizmowi. Co prawda ten akt prawny powstał w najmroczniejszych czasach stanu wojennego, ale interesujący nas przepis, art. 14 ust. 2a, zakazujący "spożywania napojów alkoholowych na ulicach, placach i w parkach, z wyjątkiem miejsc przeznaczonych do ich spożycia na miejscu, w punktach sprzedaży tych napojów" został wprowadzony dopiero nowelizacją z roku... 2001! Sporo wcześniej, bo już w 1996 roku wprowadzono za to ust. 6 tego artykułu, stanowiący że: "w innych niewymienionych miejscach, obiektach lub na określonych obszarach gminy, ze względu na ich charakter, rada gminy może wprowadzić czasowy lub stały zakaz sprzedaży, podawania, spożywania oraz wnoszenia napojów alkoholowych".

Zajmijmy się na początek ustępem 2a. Jak widać, ustawa wcale nie zakazuje spożywania alkoholu w miejscach publicznych, a jedynie na ulicach, placach i parkach. W tym przypadku, określenie "miejsce publiczne" pozostaje (podobnie z resztą jak "cisza nocna") terminem stosowanym potocznie, a nie występującym w treści aktu prawnego. W przypadku nadwiślańskiego bulwaru kłopotem jest interpretacja słowa "ulica", którego ustawa po prostu nie definiuje. Pozostaje sięgnąć do innych aktów prawnych. Pewnych informacji może dostarczyć na przykład Ustawa o drogach publicznych, która definiuje ulicę jako drogę na terenie zabudowy lub przeznaczonym do zabudowy zgodnie z przepisami o planowaniu i zagospodarowaniu przestrzennym, w której ciągu może być zlokalizowane torowisko tramwajowe. 

Cóż, ta definicja niewiele wyjaśnia, prawda? Jest w niej jednak zawarte określenie "droga", które możemy odnaleźć w Ustawie o ruchu drogowym. Stanowi ona, że drogą jest wydzielony pas terenu składający się z jezdni, pobocza, chodnika, drogi dla pieszych lub drogi dla rowerów, łącznie z torowiskiem pojazdów szynowych znajdującym się w obrębie tego pasa, przeznaczony do ruchu lub postoju pojazdów, ruchu pieszych, jazdy wierzchem lub pędzenia zwierząt. Tutaj sytuacja jest już nieco jaśniejsza i to właśnie ta ustawa jest podstawą do uznawania bulwarów wiślanych za część ulicy, na której spożywać alkoholu nie wolno. Ponoć policja przy interpretacji bulwaru jako ulicy podpiera się również internetowym słownikiem. Dobitnie to świadczy o polskich służbach mundurowych.

Jest to jednak interpretacja dość wątpliwa - bulwary ciągną się bowiem dobrych kilka metrów poniżej jezdni, a i ich funkcja wyraźnie odróżnia się od roli standardowego chodnika, co w mojej opinii powinno przesądzać o ich całkowitej odrębności od jakiejkolwiek ulicy. Niestety, mimo poszukiwań nie odnalazłem żadnych komentarzy lub orzeczeń sądowych, które mógłbym w tym temacie przywołać, pozostaje więc zdać się na zdrowy rozsądek. 

fot. Aktron/Wikimedia Commons (na licencji CC)

Pozostaje jeszcze kwestia art. 14 ust. 6 Ustawy o wychowaniu w trzeźwości i przeciwdziałaniu alkoholizmowi, który nadaje gminom uprawnienie, między innymi, do wprowadzania czasowych lub stałych zakazów spożywania alkoholu w określonych miejscach i obszarach. Na szczęście nie jest to kwestia istotna w przypadku Warszawy - nie istnieje żaden akt prawa miejscowego, który regulowałby obszary czy miejsca gdzie spożywanie alkoholu jest zakazane. Z tego powodu, w Warszawie pić piwo można choćby na dziedzińcu kamienicy czy na klatce schodowej. Warto również wskazać, że ustawa zezwala radzie gminy na wprowadzenie takiego zakazu jedynie ze względu na szczególny charakter danego obszaru lub miejsca, gminy nie mają więc prawa wprowadzać zakazów nazbyt ogólnych albo nie wynikających z charakteru określonego miejsca. Ogólnie rzecz biorąc, w orzecznictwie sądów administracyjnych widać wyraźną tendencję do ograniczania swobody gmin w ustanawianiu miejsc i sytuacji, gdzie i kiedy spożywanie alkoholu jest zakazane.

Przepisy powodujące całe zamieszanie już znamy, pora na artykuł będący bezpośrednią przyczyną karania mandatem picia piwa na nadwiślańskich bulwarach. Zgodnie z art. 43(1) ust. 1 ustawy "Kto spożywa napoje alkoholowe wbrew zakazom określonym w art. 14 ust. 1 i 2a-6 albo nabywa lub spożywa napoje alkoholowe w miejscach nielegalnej sprzedaży, albo spożywa napoje alkoholowe przyniesione przez siebie lub inną osobę w miejscach wyznaczonych do ich sprzedaży lub podawania, podlega karze grzywny". Ponadto ust. 2 nakazuje karać również usiłowanie popełnienia tego wykroczenia, co jest normą o tyle dziwną, co powodującą w praktyce niemało sporów. Czym bowiem owo "usiłowanie" jest? Nie sposób ocenić nie znając konkretnej sytuacji.

Na koniec kilka moich wniosków i przemyśleń. Nie mogę oprzeć się wrażeniu, że picie alkoholu na bulwarach wiślanych (i nie tylko) nie czyni nikomu żadnej krzywdy i nie powinno być uznawane za wykroczenie. Budynki mieszkalne są położone ładny kawałek od bulwarów, hałas więc nie powinien być tutaj argumentem. Co więcej, nad Wisłą zlokalizowanych jest też kilka legalnie działających klubów, puszczających muzykę o poziomie głośności zdecydowanie większym niż jest w stanie wygenerować nawet duża grupa rozmawiających ludzi. Bezsens tego zakazu jest tym większy, że legalnie pić alkohol można nie tylko po drugiej stronie rzeki, ale i na terenach lewobrzeżnej Warszawy poza samym centrum miasta. Prohibicja w tym właśnie rejonie jest więc zupełnie bezcelowa. 

Uważam ponadto, największym problemem ze spożywaniem alkoholu nad Wisłą nie jest sam fakt jego spożywania, a śmiecenie, hałas czy bójki, które można przecież wyeliminować bez tworzenia strefy zakazu picia napojów procentowych. Z moich obserwacji wynika również, że praktyka często odbiega od literalnego brzmienia przepisów - zwłaszcza gdy na bulwarach zgromadzi się prawdziwy tłum, policyjne patrole ignorują pijących alkohol i interweniują jedynie w przypadkach łamania innych przepisów. Dobrze by było, gdyby nie zależało to jedynie od dobrej woli funkcjonariuszy, a wynikało z przepisów jasnych, wyraźnych i nie pozwalających na naciągane interpretacje.

poniedziałek, 27 kwietnia 2015

WFP II ed. - pełne trybuny


Festiwal, festiwal i po festiwalu - można by rzec parafrazując znane powiedzenie. Druga edycja Warszawskiego Festiwalu Piwa przechodzi do historii, czas więc zabrać się za podsumowanie tej imprezy.

Festiwalowi doskonale zrobiła przeprowadzka z hali na stadion Legii, a dokładniej do strefy vipowskiej, w której na co dzień rezydują wąsaci działacze. Rozwiązało to ogromny problem pierwszej edycji festiwalu, a więc brak klimatyzacji i spory tłok w godzinach wieczornych. Strefa okazała się całkiem spora, a rozłożenie imprezy na piętra sprawiało, że tłum był jakby nieco mniejszy. Spora część festiwalowych gości rozsiadała się również w strefie foodtrucków i na trybunie. 

Wspomniana trybuna była ogromną zaletą tej edycji festiwalu. Jesienią był problem z małą ilością miejsc siedzących, a po kilku godzinach chodzenia i picia piwa jedyną rzeczą o jakiej marzyłem był wygodny fotel. Tym razem można było rozsiąść się na miękkich krzesełkach i zająć degustacją, konsumpcją czy rozmową. Przy trybunach znalazło się też miejsce dla tanków z wodą do przepłukania szkła.

Zmiana lokalizacji była więc strzałem w dziesiątkę. Można nawet bez przesady stwierdzić, że przeniosła festiwal na zupełnie nowy poziom. Bardzo dobrym krokiem było również otwarcie się na "normalsów", którzy niekoniecznie są brodatymi hipsterami popijającymi RISy do obiadu. Ta edycja festiwalu była zdecydowanie lepiej rozreklamowana i rozpromowana, a stadion dał szansę na przyjęcie liczby gości, którzy w poprzedniej lokalizacji po prostu by się nie zmieścili. W sobotę pojawiła się nawet kolejka do kas, na szczęście posuwała się dość szybko.

Na festiwalu najważniejsze było oczywiście piwo, ale wrażeń mam tyle, że pozwolę je sobie opisać w odrębnym tekście. Powróciły również foodtrucki, które zgłodniałym oferowały szerokie menu - od sushi po pizzę. Były też obowiązkowe burgery. W okolicy foodtrucków także znajdowało się sporo miejsc, w których można było spokojnie usiąść. Niestety, albo oferujących jedzenie było zbyt mało, albo głodnych zbyt wielu, ponieważ w sobotnie popołudnie oczekiwanie na posiłek nie należało do najkrótszych. 

Na plus trzeba także zaliczyć możliwość płacenia kartą na stanowiskach wielu browarów. Niektóre z nich dysponowały również własnymi myjkami do szkła. Fani gadżetów mogli obkupić się w koszulki, szklanki i wszystko czego tylko dusza zapragnie. Jeśli ktoś nie chciał się wykosztowywać na szkło festiwalowe (notabene wyjątkowo urodziwe) lub firmowe, wszystkie stanowiska dysponowały również plastikowymi kubeczkami. Trzeba przyznać, że miały one bardzo duże wzięcie.

Drugą edycję Warszawskiego Festiwalu Piwa można więc ogłosić dużym sukcesem i zdecydowanym krokiem naprzód. Dowodem niech będzie ogromna frekwencja, ale i wiele doskonałych piw, które opiszemy już wkrótce. Tyle mojego podsumowania, a teraz zostawiam Was z krótką fotorelacją.

Cały panteon

Piwo im skwaśniało, a jak za dobre liczą!

Peruńsko dobre stoisko

Obowiązkowe zdjęcie z festiwalu

Pielęgniarek nie było, ale narzekać nie można

Tu można było wypić jedynie Same Krafty

Spiskowcy fotografowani z ukradka

Im później tym jakby więcej ludzi

Nie, to nie ta Fortuna ;)

Na zdrowie!

Gdyby takie piwo lano na meczach...

Goście z Wrocławia również się zameldowali

Kolejka do wejścia...

... i po hamburgera

Piwo lało się strumieniami

A najwygodniej piło się je na trybunach

Obowiązkowe zdjęcie z festiwalu vol. 2

Piwo niejeden ma kolor...

...oraz niejedno imię

Szkło festiwalowe - ładne i poręczne

Niektórzy nawet w kurtkach, czyli klima działa

I jeszcze raz Perun wieczorową porą

Wsparcie zza granicy

I kto to wszystko wypije?

wtorek, 21 kwietnia 2015

Pełzająca prohibicja

Groźny przestępca złapany na gorącym uczynku / fot. Wikimedia Commons

Wczoraj Polskę jak długą i szeroką, obiegła wiadomość o możliwości wprowadzenia ceny minimalnej na alkohol. Ma to być część unijnej strategii antyalkoholowej. 

Panowie ministrowie zdrowia UE obradowali na ten temat na szczycie w Rydze. Polska delegacja oczywiście natychmiast zgodziła się na założenia wspólnej strategii antyalkoholowej. Narodowy Program Profilaktyki Rozwiązywania Problemów Alkoholowych ma już swoje szczegółowe propozycje. Otóż pięcioprocentowe piwo miałoby kosztować minimum 4 zł. Z kolei cena czterdziestoprocentowej wódki miałaby zaczynać się od 32 zł. Ten plan ma wejść w życie niezależnie od rozwiązań unijnych, od stycznia 2016 r. Oprócz minimalnej ceny alkoholu mają też zostać wprowadzone inne obostrzenia: zakaz reklamy piwa i ograniczenie liczby sklepów monopolowych.

Wszystko to oczywiście dla zdrowia obywatela. Urzędnicy państwowi nie odrobili chyba zadania domowego z amerykańskiej prohibicji z lat 20. i 30. XX wieku. Oczywiście alkohol od zawsze był uważany za zło wcielone i w różnych okresach zwalczano go z różną zaciekłością. Jednak to amerykańska prohibicja stała się pewnym symbolem walki z alkoholizmem. Walki zresztą przegranej.

W Stanach Zjednoczonych prohibicję wprowadzono na mocy 18. poprawki do Konstytucji znanej także jako "The Noble Experiment" (szlachetny eksperyment - o jego szlachetności mogli się wkrótce przekonać wszyscy). Przepisy wprowadzone w 1919 r. zakazywały produkcji, sprzedaży i transportu alkoholu. Wejście w życie prawa antyalkoholowego miało ogromny wpływ na zmiany jakie zaszły w amerykańskim społeczeństwie. Na nielegalnej produkcji alkoholu wzbogaciły się zorganizowane grupy przestępcze, które dotąd zajmowały się tylko kradzieżą i hazardem. Mafie osiągały tak wielkie zyski, że bez problemu mogły korumpować organy ścigania i pomniejszych urzędników, gdy tylko ci wpadli na ich trop. Znacząco wzrósł także przemyt alkoholi. Wzrost znaczenia gangów, musiał w końcu doprowadzić do starcia się wpływów różnych grup przestępczych i wybuchu niekiedy bardzo szerokich wojen gangów w których często ofiarami padali też niewinni ludzie. Ogólnie okres ten charakteryzował się zwiększoną przestępczością. Sytuacja zmieniła się dopiero gdy w 1933 r. prezydent Franklin D. Roosevelt zniósł poprawkę. W krótkim czasie gangsterzy stracili cały rynek alkoholowy na rzecz tanich sklepów.

Oczywiście prohibicja to rozwiązanie ekstremalne, ale wbrew pozorom rozwiązania proponowane przez dzisiejszych urzędników idą w tą samą stronę. Wzrost cen może znowu doprowadzić do rozwoju przemytu. Tutaj analogię mamy już bliższą - według raportu PwC wzrost akcyzy na papierosy nie dość, że spowodował straty w budżecie na poziomie 1 mld zł to jeszcze rozrosła się szara strefa która w 2013 r. stanowiła 25 proc. rynku tytoniowego. W skład szarej strefy wchodzi zarówno konsumpcja nielegalnego tytoniu do palenia jak i sprzedaż przemycanych i podrabianych papierosów.

Z alkoholem wysokoprocentowym będzie podobnie. Stare bimbrownie zostaną odkurzone, a handel z naszymi przyjaciółmi zza wschodniej granicy znowu zakwitnie. Oczywiście nikt nie będzie kontrolował jakości wschodniego alkoholu a ryzyko zatrucia nim będzie zapewne niemałe. A propos zatrucia: problem będą mieli oczywiście fani tanich ale mocnych alkoholi. Alternatywą dla nich może okazać się tylko denaturat i bimber robiony z byle-czego. 

Dwa pozostałe zapisy również są bardzo niebezpieczne. Zmniejszenie liczby sklepów monopolowych uderzy przede wszystkim w mniejszych przedsiębiorców, którzy często zainwestowali w ten biznes oszczędności całego życia. Nikt przecież nie zamknie hipermarketów bo mają dział alkoholowy ani nie będzie na nich wymagał aby sami takie działy zlikwidowali bo wtedy te pokażą im środkowy palec i wyniosą się z Polski. Zakaz reklamy to również poroniony pomysł. Znowu pojawią się ewenementy w stylu Łódki Bols i WTK Soplica. To uderzy też bezpośrednio w nas, blogerów. Bo czymże jest degustacja piwa i polecenie go jeśli nie reklamą? Oto w myśl nowych przepisów staniemy się groźnymi przestępcami i będziemy musieli uciekać z kraju. A przynajmniej pisać po angielsku na zagranicznym serwerze. Normalnie blogerzy wyklęci. 

Co to wszystko oznacza dla nas, fanów piwa rzemieślniczego? Wydawałoby się że niewiele, bo i tak pijemy piwo które kosztuje więcej niż 4 zł. Ale pamiętajmy, że piwo takie sprzedawane jest często w specjalistycznych sklepach czy ogólnie sklepach monopolowych - właśnie tych na które czają się państwowi urzędnicy. 

Czytając zapowiedzi wiceministra zdrowia, jakoby przepisy miały wspomóc polskich producentów, każą się zastanawiać czy ktoś się tutaj za mocno nie uderzył w głowę. Tą drogą rząd szybko zarżnie polską branżę alkoholi, tak jak swego czasu zniszczono przemysł tytoniowy. Wciąż mam nadzieję, że ktoś zachowa chociaż odrobinę rozsądku i powstrzyma tą absurdalną machinę biurokratyczną. Bo wszystko jest dla ludzi - alkohol też.

sobota, 21 marca 2015

Sztuka piwnej wojny


Jestem zwolennikiem teorii, że w biznesie, zwłaszcza tym wielkim, nic nie dzieje się przez przypadek. A na rynku piwnym miało miejsce ostatnio kilka dziwnych "zbiegów okoliczności". Spisek? Nie sądzę, chociaż.... Sprawie warto przyjrzeć się bliżej.

Pierwszy przykład toczących się podchodów, to niedawne zamieszanie wokół browaru w Cieszynie, który to został oficjalnie wyłączony z Grupy Żywiec, dzięki czemu miał zyskać większą swobodę działalności, a co za tym idzie rozszerzenie oferty. Dlaczego o tym piszę? Ponieważ oferta nowego-starego, cieszyńskiego browaru ma być zbliżona do oferty browarów rzemieślniczych. Double IPA, hefeweizen, stout z dodatkiem chili i wanilii - to brzmi jak lista premier nowego kontraktowca, nie część oferty browaru, który faktycznie wciąż będzie pozostawał pod kontrolą koncernu. 

Część fanów piwa od razu podniosła krzyk i w sumie trudno im się dziwić. Browary rzemieślnicze przetarły szlak nowofalowym piwom, stworzyły pewną modę i powiązaną z nią rynkową niszę, w którą z buciorami wchodzi wielki koncern. To już nie jest sondowanie rynku w formie Żywca APA, już wkrótce powstaną w Polsce prawdziwe "crafty beers", jak to się mówi w USA, czyli piwa warzone przez wielkie korporacje, które podszywają się pod rzemieślnicze wyroby.

Do rozgrywki przyłącza się również kolejny gracz, który do tej pory dość biernie przyglądał się sytuacji na rynku. Mowa oczywiście o Carlsberg Polska, czyli spółce, która wypuściła ostatnio na rynek takie cuda jak Harnaś Wysokochmielowy i Carlsberg Nox. O ile to pierwsze piwo można potraktować z pewnym przymrużeniem oka, tak nad nowym Carlsbergiem warto pochylić się bliżej. Czym jest Nox? Piwo jest promowane jako produkt "premium", o czym świadczy nieco wyższa cena i mniejsza pojemność butelki. Jest to też oczywiście jasny lager, z tym że ponoć mocno nachmielony na aromat odmianą Polaris. Niby nic specjalnego ani ciekawego, jednak tym co poruszyło sporą część piwnych geeków, był napis na krawatce głoszący "Intensywny aromat bez zbędnej goryczki".

Zaraz, zaraz... Bez zbędnej goryczki? Czyżby przytyk skierowany w stronę browarów regionalnych i rzemieślniczych, które przecież na mocno goryczkowych piwach opierają dużą część swojego asortymentu? Wydaje mi się, że raczej próba utwierdzenia typowego konsumenta Carlsberga w jego sklepowych wyborach. Carlsberg Nox przecież rynku nie zawojuje, a sam napis jest na tyle nierzucający się w oczy, że dostrzeże go zapewne mały procent kupujących, ale przekaz jest jasny. Kojarzy mi się trochę z niedawnym zagraniem amerykańskiego Budweisera, oczywiście na duuużo mniejszą skalę. Nie jest to atak, czyli próba konkurencji z browarami rzemieślniczymi (jak próbuje to robić Grupa Żywiec), a obrona i umacnianie stałych konsumentów.

Te podchody to na razie tylko gra, przynajmniej dopóki produkcja nowych piw nie ruszy w Cieszynie na pełną skalę i nie trafią one na sklepowe półki. O ile Carlsberg Nox nie jest żadnym zagrożeniem dla piwnej rewolucji, tak ruchy Grupy Żywiec są o wiele bardziej interesujące. W końcu piwa z Cieszyna, pod względem ceny, dostępności i stałej jakości (którą, nie oszukujmy się, wielu rzemieślnikom trudno jest utrzymać) mogą być niezwykle konkurencyjne wobec wyrobów kraftowych. Dodać należy, że takie działania nie są ewenementem na skalę światową. Co więcej, w USA czy Belgii jest wiele browarów produkujących piwa w sposób "rzemieślniczy", a należących do największych graczy na piwnym rynku.

Z perspektywy konsumenta nie rwałbym włosów z głowy i nie obawiałbym się konkurencji między wielkimi i małymi browarami. Napisałem kiedyś, że rozszerzenie oferty, pojawienie się nowych spółek i produktów na danym rynku jeszcze nigdy nie zaszkodziło kupującym i może im przynieść tylko i wyłącznie korzyści w postaci piwa tańszego, lepszego, szerzej dostępnego i w większej ilości gatunków. 

Z pewnością inaczej odbierają to producenci, z którymi koncerny chcą konkurować. Dla nich ruchy wielkich firm browarniczych z pewnością są bardzo niepokojące i zwiastują rychły początek otwartego konfliktu - piwnej wojny. Na razie obie strony siedzą okopane na swoich pozycjach, ale pierwsze, dość nieśmiałe działania można już zauważyć. Wiele zależy od ewentualnego sukcesu lub porażki piw z Cieszyna, a przykład tego quasi-rzemieślniczego browaru będzie nauką dla pozostałych koncernów. Być może wkrótce pojawi się takich tworów więcej. To wszystko przed nami, jednak sądzę, że pierwsze ruchy na froncie piwnej wojny w Polsce będziemy mogli zaobserwować w perspektywie najbliższych kilku miesięcy.

sobota, 28 lutego 2015

Co mnie wkurza w piwnych koncernach

Mimo rosnącej świadomości konsumentów, duże browary, które w Polsce należą w większości do międzynarodowych koncernów, wciąż wciskają nam nieciekawe piwa i niemało kłamstewek. Oto kwestie, które najbardziej mnie w ich postępowaniu denerwują.



Po pierwsze... nuda


Piwa z dużych browarów są po prostu nudne. Wymyślono tyle ciekawych, odmiennych od siebie stylów, a tymczasem w ofercie dużych browarów wciąż królują wysoko odfermentowane jasne lagery, które tak naprawdę niewiele się od siebie różnią. Przyczyna takiego stanu rzeczy jest prosta. Koncerny będą produkować tylko to co najlepiej się sprzedaje, a sprzedaje się piwo, które trafia w jak najszersze gusta, a co za tym idzie, jest najbardziej bezpłciowe. "Statystyczny Polak" chce aby piwo było złotego koloru, odpowiednio nagazowane i niezbyt gorzkie. No i odpowiednio mocne, poniżej 5% alkoholu to już woda. Nie ma więc co się dziwić, że na półkach sklepowych znajdziemy wyłącznie bardzo podobne do siebie piwa.

Po drugie... brak smaku


Skoro jesteśmy przy nijakości, to jedną kwestię trzeba sobie wyjaśnić. Eurolagery mają to do siebie, że są niemal zupełnie bezsmakowe, pozbawione aromatu i goryczki. Mają odrzucać jak najmniej konsumentów, więc wchodzą jak woda, ale próżno doszukiwać się w nich czegoś więcej niż odrobiny słodu, bąbelków i alkoholu. Najpewniej stąd wywodzą się też mity dotyczące rzekomego braku chmielu we współczesnych piwach z dużych browarów. Brak charakteru ma swoje zalety - koncernowy lager nada się do popicia grillowanej kiełbasy, ugaszenia pragnienia i jako dostawca procentów do organizmu, natomiast jeśli szukasz piwa, które ma smak, wybierz lepiej coś innego.

Aby oddać sprawiedliwość niektórym browarom - koncernowe portery potrafią być naprawdę niezłe.

Po trzecie... ściemy


Koncerny nie kłamią wprost, ale ściemniać potrafią na każdym kroku. Zacznijmy od wykorzystywania luk prawnych. Browary nie muszą podawać pełnego składu piwa na etykiecie, z czego to najwięksi gracze na rynku chętnie korzystają, umieszczając jedynie informację o alergenach (słynne "zawiera słód jęczmienny"). Dlaczego nie podają całego składu? A dlatego, że wówczas oprócz wody, słodu, chmielu i drożdży musieliby wymienić również choćby syrop glukowozo-fruktozowy czy grys kukurydziany. Sympatii konsumentów raczej by to koncernom nie przysporzyło, więc wolą nadal trzymać ich w niewiedzy co do używanych surowców.

Koncerny lubią też wykorzystywać niewiedzę sporej części piwoszy. Na przykład chwaląc się, że produkują piwo niepasteryzowane, a skoro niepasteryzowane to z pewnością lepsze, prawda? Nieprawda. Zamiast pasteryzacji browary stosują mikrofiltrację, czyli proces polegający na odsiewaniu co większych cząsteczek z piwa. Skutek obu procesów jest zbliżony - wydłużenie przydatności do spożycia kosztem składników odżywczych.

Inny przykład koncernowej ściemy? Udawanie przez piwa z wielkich browarów czegoś, czym tak naprawdę nie są. Tu można wskazać choćby Książęce Złote Pszeniczne, czyli jedno ze sztandarowych piw Kompanii Piwowarskiej. Zasyp pszeniczny faktycznie jest wymieniony w składzie, tylko cóż z tego skoro Książęce jest zwykłem jasnym lagerem? Typowych dla pszenicy aromatów obecnych w niemieckich weizenach tu nie odnajdziemy. Oczywiście, nigdzie nie napisano, że Książęce ma być weizenem, ale utarło się, że to właśnie weizen jest w Polsce nazywany piwem pszenicznym. Żeby nie było, że jadę tylko po KP - Żywiec Białe to też taki witbier jak ze mnie baletnica.

Po czwarte... pseudo-regionalność


Grzechem, który wkurza mnie chyba najbardziej, jest podawanie się bardzo dużych browarów za niewielkie, tradycyjne i związane z danym regionem przedsiębiorstwa. Koncerny szybko zwietrzyły szansę na zysk w modzie na piwa z małych, regionalnych lub rzemieślniczych browarów i bez żenady tę modę wykorzystują.

O przykłady nietrudno. Choćby taka Łomża, browar który w swoich przekazach marketingowych chyba najbardziej stara się pokazać swoje "regionalne" oblicze. Tylko cóż z tego, skoro jest to w rzeczywistości ogromny zakład, którego moc produkcyjna to aż 1 000 000 hl (dla porównania browar w Ciechanowie - 60 000 hl), należący do międzynarodowego koncernu Van Pur, a piwa z Łomży są dostępne chyba w każdym zakątku Polski? Podobnie jest z Perłą, która swego czasu w telewizji promowała swoją "lubelskość". A przecież chociaż piwa z browaru Perła (mającego moc produkcyjną około 1 700 000 hl) produkowane są w Lublinie, to można je kupić w dowolnym miejscu w kraju. Pijąc piwa Perły nie wspierasz również niewielkiej, polskiej spółki, a koncern Royal Unibrew i zarejestrowany na Cyprze holding Marconia Enterprises.

Przykłady tego typu działalności można mnożyć. Swoją "regionalnością" chwalą się również niektóre mniejsze browary, również te w których łap nie macza zagraniczny kapitał. Tylko co to za regionalność, skoro piwa z tych browarów można kupić w Lidlu czy sklepiku osiedlowym na drugim końcu Polski? Chyba, że jako regionalność rozumiemy coś innego, niż występowanie piwa z konkretnego browaru jedynie w danym regionie. 

Druga strona medalu...


Nie zrozumcie mnie źle, nie uważam że każde piwo z dużego browaru jest fe i niedobre, sam czasem lubię wypić jakiegoś niezobowiązującego lagera. Niewątpliwą zaletą piw koncernowych jest zwykle brak wyraźnych wad, powtarzalność kolejnych warek i mało intensywny smak, który sprawdza się w pewnych okolicznościach. Nie można też zapomnieć, że wiele znanych ze swojej wysokiej jakości, zagranicznych marek piwa (Franziskaner, Hoegaarden, Leffe) należy do wielkich, międzynarodowych koncernów. Nie popadajmy więc w skrajności, bo choć trudno ekscytować się koncernowym eurolagerem, to piwo pochodzące z małego browaru wcale nie musi być od niego lepsze! Z resztą, mniejsze browary też mają sporo za uszami... Ale o tym następnym razem.

wtorek, 24 lutego 2015

Piwo i muzyka


Łukasz Matusik z blogu piwolucja.pl podjął ostatnio bardzo ciekawy i w polskich piwnych internetach mało eksploatowany temat, czyli łączenie piwa z odpowiednią muzyką. Brzmi dość egzotycznie? Na pierwszy rzut oka tak, ale jeśli przyjrzeć się bliżej ta cała idea zaczyna nabierać sensu!

Oprócz Łukasza temat podejmował rok temu blog Piwna Zwrotnicautwory w klimacie testowanego piwa, nierzadko znakomite, poleca również Jerry Brewery. Postanowiłem, że i ja dołożę do tego fascynującego zagadnienia coś od siebie.

Zacznę od przykładów z mojego własnego życia. Piwo i muzyka wielokrotnie przeplatają się i wiążą w moich wspomnieniach, zwłaszcza tych dotyczących koncertów, w których miałem okazję uczestniczyć. Zwykle były to koncerty zespołów grających zdecydowanie cięższe brzmienia, których namiętnie słuchałem w latach liceum i wczesnych czasów studenckich. Oczywiście nie można było wtedy nawet marzyć o obecności rzemieślniczych piw w klubach muzycznych (i chyba nadal nie można), niemniej te chwile zawsze wspominam wyjątkowo ciepło. Nie tylko dlatego, że zwykle w salach koncertowych niedomaga klimatyzacja ;)

Ciekawsze piwa również niejednokrotnie mocno kojarzą mi się z muzyką. Na przykład z zespołem Alcest, którego bardzo często słucham do dziś. Ten francuski projekt, łączący dawniej black metal i shoegaze, a obecnie niestety odchodzący od swoich metalowych korzeni, tworzy wspaniałe muzyczne pejzaże, skomplikowane i jednocześnie niezwykle przyjemne w odbiorze. Te dźwięki wspaniale pasowały do leniwego sączenia pysznego Le Chouffe po męczącym dniu spędzonym na nartach, oczywiście we francuskiej części Alp. Muzyka, piwo i klimat wyjazdu połączyły się znakomicie, a brak któregokolwiek z tych elementów z pewnością spowodowałby, że to wspomnienie by się w mojej głowie nie zachowało.

Na myśl przychodzi mi również zimny Ciechan Wyborny (no, nie jeden) wypity pewnego upalnego, wakacyjnego wieczora na nadwiślańskiej plaży w akompaniamencie wygrywającego na gitarze kolegi. Zachód słońca, powoli stygnący piasek, skąpo ubrane dziewczyny, gitarowa muzyka, no i jak na tamten czas wybitne piwo - czy można chcieć więcej? ;) 

To tylko trzy przykłady z naprawdę wielu, które mógłbym wymienić. Nie przywołuję ich na próżno - przecież każdy dla którego piwo i muzyka stanowią ważną część życia, odnajdzie w swojej pamięci podobne wspomnienia. 

Muzyka może i powinna być odpowiednio łączona z piwem, w końcu stanowi niezwykle istotny element budowania naszego nastroju lub odzwierciedla aktualny humor. Zauważyłem na przykład, że w zimie słucham zdecydowanie więcej ciężkiej, powolniejszej muzyki, podczas gdy energetyczne, rockowe rytmy trafiają do mnie lepiej w cieplejszych porach roku. Podobnie jest z piwem, którego wybór też często zależy przecież od panującej na zewnątrz pogody. W końcu cięższe, mocniej alkoholowe i słodsze style zdecydowanie lepiej spisują się wszakże mroźną zimą, niż upalnym latem, kiedy to wolę złapać za pilsa czy APA niż za RISa. Choćby i najlepszego. 

Skoro więc piwo wybieramy ze względu na pogodę, albo parujemy z jedzeniem, to dlaczego by nie sparować go z muzyką? Odpowiednia pogoda, film, książka czy właśnie muzyka i dobrane do nich piwo rodzą niezapomniane wspomnienia. Dzięki nim można na chwilę oderwać się od szarej rzeczywistości, zrelaksować i po prostu cieszyć chwilą w towarzystwie ulubionych dźwięków, smaków i aromatów. 

A teraz kilka moich, subiektywnych piwno-muzycznych połączeń!

APA - lekkie, owocowe, orzeźwiające piwo wydaje się być idealnym wyborem na lato. Cytrusowy charakter i nadająca rześkości goryczka świetnie posłużą do schłodzenia się po upalnym dniu, kiedy wydaje się, że słońce jest w stanie rozpalić cały świat do czerwoności i stopić go swoimi promieniami. Idealnie pasuje do tego tytuł i klimat płyty projektu Lantlôs - Melting Sun. Oto mój ulubiony numer, otwierający tę niezwykłą płytę.



American IPA - cytrusy uderzają w nos niczym gitarowe riffy, goryczka potężna jak walenie w bębny, tropikalne owoce jednoznacznie kierują nas w gorące, kalifornijskie rejony. To musi być stoner rock! Na przykład taki, jaki zaprezentował na swojej płycie California Crossing zespół Fu Manchu.



Black IPA - piwo ciemne niczym las nocą, intensywne i gęste jak mrok ogarniający wzgórze znane z odbywających się tam ponoć niegdyś zlotów czarownic. Palone akcenty i potężna goryczka oplatają pijącego ze wszystkich stron niczym dym rozpalonych świec. Taki klimat wyczarować może jedynie kapitalny Electric Wizard



Pils - Kilka lat temu, przyszło mi nocować w jakiejś zapadłej dziurze na północy Czech. W miasteczku nie było nic oprócz hostinca pełnego miejscowych raczących się jednym z czeskich pilsów (czas zatarł już pamięć którym), a także... niezwykle malowniczej ruiny klasztoru, po którego ubłoconym dziedzińcu jak gdyby nigdy nic biegały gęsi. Obrazek pasował raczej do mroków średniowiecza, a nie XXI wieku. Taki nastrój potrafił stworzyć w Czechach tylko jeden zespół - XIII století, którego muzyka jak żadna inna kojarzy mi się właśnie z krajem pilsa i knedli.




RIS/Barley wine - oba style to zwykle piwa niezwykle złożone w odbiorze. Pełne kontrastów i niuansów, których z łatwością można nie zauważyć. Takich piw nie pije się szybko, a sączy powoli, rozkoszując się każdą chwilą. I choć przy pierwszym łyku RIS czy barley wine potrafią pijącego przytłoczyć, to gdy trunek w szklance się kończy pozostaje pustka, której nie sposób zastąpić. To dokładnie tak samo jak z muzyką zespołu Yob, którego ostatnia płyta - Clearing the Path to Ascend, to krążek skomplikowany, niełatwy w odbiorze, muzycznie ciężki, ale... po prostu piękny.



Stout - zmieniamy klimat, zarówno jeśli chodzi o piwo jak i muzykę, kierując się w rejony wysp brytyjskich. Wielu do tradycyjnego stoutu poleci folk-rockowe, irlandzkie zespoły, ale sądzę, że lepiej będzie połączyć piwo w tym stylu z muzyką zdecydowanie bliższą korzeniom. I jakże piękną! Choć Loreena McKennitt pochodzi akurat z Kanady, to jej muzyka do stoutu pasuje jak ulał.



Wszelkie piwa dymione - Ognisko gdzieś w środku lasu i unoszący się nad nim dym, kilka siedzących przy ogniu osób, z których jedna nagle wyciąga gitarę i zaczyna nucić smętną piosenkę o dawnych, lepszych czasach. W takie rejony zwykle kierują się moje skojarzenia. A do takiego melancholijnego nastroju żadna muzyka nie pasuje tak dobrze jak neofolk. Najlepiej w wykonaniu Rome i pochodząca z prawdziwego opus magnum tego projektu, czyli płyty Flowers From Exile.


To tylko kilka z wielu pomysłów połączenia muzyki i piwa, które przyszły mi do głowy. Część z nich wynika z moich doświadczeń, część ze wspomnień, a wszystkie z muzycznego i piwnego gustu. Dziedzina "music pairingu" jest niemal niezagospodarowana, a przecież pole do eksperymentów jest wręcz niewyczerpane. Do dzieła!

wtorek, 3 lutego 2015

Jak to się robi w Ameryce


1 lutego 2015 roku. Trwa właśnie przerwa podczas Super Bowl, chyba największego wydarzenia sportowego w USA. Rozpoczyna się reklama Budweisera, reklama która wywoła burzę wśród fanów piwa na całym świecie.

O ile rynek piw rzemieślniczych jeszcze w Polsce raczkuje, to w Ameryce konkurencja między małymi browarami, a wielkimi koncernami zdecydowanie się zaostrza. Ukuty został nawet termin Beer Wars - piwnych wojen, podczas których potężne, międzynarodowe koncerny wykorzystują swój ogromny kapitał i wpływy do walki z wyrastającymi jak grzyby po deszczu minibrowarami. Wydaje się, że na froncie tej wojny mamy właśnie do czynienia z wyraźnymi ruchami jednej ze stron.

Reklama w trakcie przerwy Super Bowl to nie są rurki z kremem. Wikipedia podaje, że koszt półminutowego spotu to skromne 4 i pół miliona dolarów. Koncern InBev, właściciel Budweisera, musiał się wykosztować znacznie bardziej, gdyż reklama tej amerykańskiej marki piwa trwała dokładnie minutę. Ale o co cały raban? Dokładnie o to.


Nie będę dogłębnie analizować całej reklamy, ale nad kilkoma jej elementami warto się bliżej pochylić. 

Przekaz spotu jest jasny - Budweiser to piwo, które leje się w pełnych barach, na imprezach gdzie butelki roznoszą atrakcyjne kelnerki i na wyjazdach, na które zabiera się całe skrzynki piwa. Kraft jest dla wąsatych hipsterów w okularkach, którzy lubią swoje dziwnie pachnące i smakujące wymysły. Budweiser przecież nie jest po to żeby go sączyć i smakować. On musi być rześki, bo jego rolą jest gaszenie pragnienia! 

Zwróciliście uwagę na fragment o sączeniu "pumpkin peach ale"? Tu ciekawostka. Jakiś czas temu InBev kupił browar rzemieślniczy Elysian, które ma w swoim portfolio piwo Gourdgia on my Mind. Jego styl można opisać jako... pumpkin peach ale ;) Swoją drogą, InBev znany jest z wykupywania wielu małych browarów, co dobrze wpisuje się w teorię Beer Wars. 

Wracając do samej reklamy Budweisera. Najwyraźniej koncerny, przynajmniej niektóre, postanowiły przejść do ataku. A raczej do histerycznej obrony. A robią to umacniając stereotypy, dzieląc konsumentów piwa i dyskredytując konkurencję. Jasne jest, że osób, które poznały piwa rzemieślnicze już na swoją stronę nie przeciągną, dlatego chcą umocnić postawy swoich stałych klientów. Mówią - "patrz na tych dziwaków, którzy piją te wymyślne piwka, śmieszni są, nie? Na szczęście ty nie jesteś taki jak oni. Ty lubisz prawdziwą zabawę przy prawdziwym piwie!". 

Nie trzeba było długo czekać na reakcję ze strony rzemieślniczych browarów, konsumentów i blogerów. W sieci dosłownie zawrzało, a reklama Budweisera na YouTube została bezlitośnie zminusowana (serious business!). Pierwszym poważnym graczem, który postanowił odpowiedzieć koncernowi InBev był duński, rzemieślniczy Mikkeller. Zrobił to... w swoim stylu.


Na temat wartości Budweisera wypowiedział się też znany walijski vloger piwny - Simon Martin (z którym Pinta uwarzyła swego czasu świetne piwo Call me Simon). Simon ani razu nie wspomniał, że piwo nadaje się do picia, znalazł jednak dla niego sporo zastosowań.


Korzystając z okazji, dokopać konkurentowi postanowił także koncern MillerCoors. Oczywiście Amerykanie nie byliby sobą, gdyby szybko nie powstała odpowiedź, zachęcająca do picia piw rzemieślniczych, nakręcona i zmontowana w stylu reklamy Budweisera. 


Trzymając się konwencji Beer Wars - gra wciąż się toczy, ale zmieniają się jej reguły. Do tej pory wielkie koncerny walczyły z małymi browarami w sposób pośredni - wpływając na prawodawstwo i prowadząc kampanie reklamowe o zasięgu niemożliwym do osiągnięcia dla małych browarów. Tym razem doszło do starcia bezpośredniego.

Reklama Budweisera to dramatyczny, zmasowany atak na pozycje przeciwnika. Dowódcy zasiadający w kwaterze InBev chyba wiedzą jednak, że to wyłącznie próba opóźnienia nieuniknionego pochodu browarów rzemieślniczych. Można spokojnie powiedzieć, że mamy do czynienia z konfliktem asymetrycznym, w którym jedna ze stron jest zdecydowanie silniejsza od przeciwnika, biorąc pod uwagę choćby posiadany kapitał czy moce produkcyjne. Druga strona - małe browary, dysponują jednak siłą, której wielcy nie mogą się w żaden sposób przeciwstawić. Tą siłą są nie tylko agresywne kampanie, w stylu BrewDoga czy Mikkellera, których nie odważyłby się przeprowadzić żaden koncern, ale też potęga internetu - blogerów, vlogerów i zwykłych konsumentów. 

To nieuniknione, że trwający konflikt prędzej czy później znacząco zmniejszy wpływy wielkich koncernów, na początek w USA. Pierwsze sygnały ich nadchodzącej klęski są już widoczne.

Swoją drogą, czy ta reklama z czymś się Wam nie kojarzy? ;)