piątek, 21 sierpnia 2015

Pinta Kwas Gamma - maliny na kwasie


Pinta kontynuuje swój kwaśny alfabet tym razem dodając trochę słodkości do piwa. Kwas Gamma z dodatkiem malin ma gasić w pragnienie w upalne dni. Jak wyszło?

Zastanawiam się czy Pinta ma zamiar przelecieć cały grecki alfabet i co wymyślą przy Kwasie Omega (hohoho). Póki co kolejne kwasy są bardzo oryginalne i ciekawe. Najcieplej został przyjęty Kwas Alfa. Kwas Beta nie każdemu smakował (chociaż nam akurat tak).  W ogóle warto zauważyć, że moda na piwa kwaśne stała się już faktem. Jeszcze jakiś czas temu powtarzałem żartobliwie, że "sour is a new hoppy" a teraz okazuje się, że to wcale nie żart. Swoje wariacje na temat piw kwaśnych wypuszczają Artezan (Jam Session), Bazyliszek (Czarna Mańka, Kwach), a niedługo piwo w stylu gose ma wypuścić browar Olimp. Oczywiście nadal popularne są piwo mocno goryczkowe, ale jakiś czas temu nie było na rynku tyle piw kwaśnych. Może to tylko letnia, sezonowa moda, a może piwa kwaśne zostaną z nami na dłużej. Zobaczymy. 

Kwas Gamma to raspberry sour czyli kwaśne piwo malinowe. A w zasadzie z dodatkiem świeżo wyciśniętego soku z malin. Do tego procederu użyto aż 1000 kg tego owocu więc można obiecywać sobie wiele. Oczywiście czym byłby pintowy kwas bez bakterii kwasu mlekowego. Biorąc pod uwagę, że same maliny potrafią być dość kwaśne można spodziewać się prawdziwej kwaśnej bomby. 

Etykieta wpasowuje się w kwaśną serię Pinty i jest ok. Do uwarzenia piwa użyto słodów: jęczmiennego, pale ale i Carahel. Nachmielone jest francuskim Strisselspaltem i niemieckim Tettingerem. Obowiązkowo bakterie Lactobacilius Helveticus. Drożdże to Safale US-05. Ekstrakt wynosi 13,1 % a zawartość alkoholu to 5 %.

Piwo nalewa się z zaledwie symboliczną pianą, która po chwili znika i zostawia tylko lichą obrączkę na powierzchni. O lacingu nie ma mowy. Gamma ma barwę jasnoczerwoną, podobną do czerwonego kisielu lub zawiesistego, domowego kompotu. Pozostaje nieprzejrzyste. 

W zapachu uwydatnia się przede wszystkim kwaśność. Bakterie kwasu mlekowego robią swoje i w tym aspekcie wszystkie trzy kwasy są do siebie podobne. Tutaj jednak można jeszcze wyczuć aromat zarówno świeżych malin jak i domowego soku malinowego. Chciałoby się jednak, żeby był on nieco bardziej wyrazisty.


W smaku również jako pierwszy uderza kwas. Jest on wyraźniejszy niż w poprzednich piwach. Widać, że maliny tylko wzmocniły odczucie kwasowości i dobrze - dzięki temu piwo jest bardziej wyraziste i rześkie. Owoce również są dobrze wyczuwalne, chociaż mają posmak jakby nieco sfermentowany. Piwo jest lekkie i wodniste. Wysycenie jest średniowysokie - takie jak powinno być przy tego typu piwach. Wyczuwalna też jest lekka cierpkość owoców. Goryczki oczywiście nie ma. 

Kwas Gamma to całkiem solidne piwo. Świetnie gasi pragnienie w letnie dni i dodaje do piwa nutę słodyczy. Co prawda spodziewałem się większego udziału malin w smaku, ale i tak jest całkiem nieźle. Mi piło się je dobrze i zapewne Wam również. Polecam!

poniedziałek, 17 sierpnia 2015

Raport o stanie kraftu #7 - Sierpniowe grillowanie


Na blogu prawdziwe starcie. Piwny mecz Polska - Anglia. Na utartej, działkowej murawie zetrą się reprezentanci polskiego kraftu i angielskie klasyki prosto z lidlowej półki. Kto wyjdzie z tej walki zwycięsko?

Nie wybrałem się na Festiwal Prawdziwego Piwa w Łebie, gdyż dużo wcześniej miałem już zaplanowany wyjazd o nieco innym, choć z drugiej strony dość podobnym charakterze, gdyż w obu przypadkach nieodłączną rolę odgrywa picie piwa. Chodzi mi oczywiście o wyjazd na działkę w celu nieobowiązującego, połączonego z licznymi "degustacjami", grillowania. W przeciwieństwie do wyjeżdżających na festiwal, piwo musiałem jednak zabrać ze sobą. W sam raz nadawał się do tego zapas brytyjskich ejli zakupionych w pewnym dyskoncie, ale polskich kraftów (dostosowanych do panującej aury) również nie zabrakło. Reprezentantami polski było Babie Lato - saison z browaru Artezan oraz Kwas Beta, czyli lichtenhainer uwarzony przez Pintę. W drugim narożniku stanęły piwa z wysp brytyjskich - szkocki stout Belhaven Black oraz Bishops Finger i Late Red z browaru Shepherd Neame.

Babie Lato - Artezan



Chciałoby się rzec, że piwo nawet swoją nazwą pasuje do okoliczności. "Letni" jest też jego aromat, będący mieszanką cytrusów kwiatów, przypraw i gumy balonowej. W tle pojawia się też kolendra, coraz bardziej wyczuwalna w miarę jak piwo ogrzewało się na niemiłosiernie przypiekającym słońcu. W smaku oczekiwałem rześkości i niestety nieco się zawiodłem. Babie Lato piwo jest dość słodkie, przywodząc na myśl biszkopty czy korzenne ciasteczka. Chmielowość zaznacza się w dość wysokiej jak na styl goryczce, a obrazu całości dopełnia dość wysokie wysycenie. Piwo jest całkiem smaczne, choć w moim odczuciu nieco zbyt słodkie i na dłuższą metę trochę zamulające.

Kwas Beta - Pinta



Lichtenhainer to styl dość rzadko spotykany, nawet w rzemieślniczym piwowarstwie. W skrócie można powiedzieć, że jest połączeniem kwaśnego, pszenicznego piwa i... piwa grodziskiego, od którego pożycza charakterystyczną wędzonkę. Wersja Pinty pachnie kwaśnym jogurtem i sokiem z cytryny, co nie wynika jednak z żadnej wady, a celowego zakażenia piwa bakteriami kwasu mlekowego. W tle pojawia się też bardzo delikatna nuta dymna. W smaku piwo jest przede wszystkim kwaśne, wysoko wysycone, z delikatną wędzonką i symboliczną goryczką. Podobnie jak poprzednie kwaśne piwo Pinty, idealnie nadaje się do gaszenia pragnienia. Nawet w takie upały, gdyż zawartość alkoholu w tym piwie jest bardzo niska (zaledwie 3,2%), co sprawi że Kwas Beta nie strzeli zbyt szybko do głowy. A o to w taki gorąc nietrudno.

Black - Belhaven



Przy okazji tygodnia angielskiego w pewnym znanym dyskoncie, na sklepowych półkach pojawiły się dwa klasyczne, brytyjskie stouty. Guinessa dość dobrze znam i szczerze powiedziawszy za nim nie przepadam, dlatego skusiłem się na drugie z tych czarnych niczym smoła piw. Belhaven Black piłem z kolei kilkukrotnie w wersji lanej i był wcale niezły (a z pompy to już miodzio - polecam), dlatego też chciałem sprawdzić jak sprawuje się butelkowa wersja piwa. "Stout to stout, po co drążyć temat?" Zdają się mówić piwowarzy Belhaven, bo piwo pachnie niezbyt intensywną czekoladą i zimną kawą. Piwo jest dość wodniste i lekkie, z delikatną nutą czekoladową i całkiem wyraźną goryczką o palonym charakterze. Słody palone dają też o sobie znać w popiołowym posmaku. Nie jest to może ósmy cud świata, a piwo nie zachwyci nikogo obeznanego ze światem brytyjskich stoutów, ale pije się je lekko i przyjemnie. Na grilla, albo dłuższe posiedzenie w knajpie jest w sam raz.

Bishops Finger - Shepherd Neame



Bishops Finger to piwo, które chyba najbardziej podpasowało mi z całej tej dyskontowej promocji. Jest ono tylko (i aż) klasycznym do bólu angielskim ejlem, z tym że bardzo solidnie uwarzonym i zbalansowanym. W aromacie dominują nuty toffi i karmelu, dopełnione delikatną nutą owocową. Nie było zaskoczeniem, że w smaku ponownie pojawią się karmelowe akcenty, są one jednak okraszone przyjemnym ziołowym posmakiem i całkiem konkretną goryczką, która sprawia że Bishops Finger jest piwem orzeźwiającym, smacznym, a jednocześnie niezbyt zajmującym. Podobnie jak poprzednik - w sam raz do niezobowiązującego sączenia. Najlepiej butelka po butelce. W zwykłej, sklepowej cenie nie jest to więc żadna okazja, ale w niemal połowę niższej - to już co innego. Nie wiem czy w jakimś Lidlu ostały się jeszcze brytyjskie piwa, ale jeśli tak - Bishops Finger mogę z czystym sumieniem polecić.

Late Red - Shepherd Neame



Ostatnim z reprezentantów Wysp Brytyjskich, którego ze sobą zabrałem, było piwo Late Red, podobnie jak poprzednik warzone przez browar Shepherd Neame. W założeniu jest to piwo raczej bardziej na jesień niż na lato, ale cóż... dyskontowe promocje rządzą się swoimi prawami. Nie jest szczególnym zaskoczeniem, że w aromacie piwa dominują nuty karmelowe i słodowe. Drugoplanową rolę grają zaś całkiem przyjemne aromaty suszonych owoców. Zapachy te znajdują swoje odbicie w smaku piwa, ale na szczęście aspekt słodowy jest równoważony przez ziołową, całkiem wyraźnie zaznaczoną, goryczkę. Wysycenie jest na średnim poziomie, a piwo okazuje się być całkiem lekkie i przyjemne w piciu. Choć oczywiście wciąż jest to typowa, "brytyjska" nuda.

Obie reprezentacje nie zawiodły. Z polskiej drużyny delikatnie zawiódł Artezan, którego piwo mogłoby być nieco bardziej orzeźwiające, nie zawodzi zaś Pinta której Lichtenhainer posmakował nawet zupełnym laikom. Drużyna brytyjska była dobrana dość tendencyjnie - trzej reprezentanci byli najlepszymi wybranymi z dyskontowej oferty. Pozostali raczej nie są warci zachodu.

piątek, 3 lipca 2015

Pinta Niedobity - poślijcie po Wiedźmina!


Z podziemi wylazła przerażająca bestia. Zwano ją Niedobity, a zabobonni wieśniacy twierdzili, że jej nadejście zwiastuje zapach lakierowanego drewna... W takiej sytuacji nie pozostało nam nic innego, jak tylko posłać po Wiedźmina.

Wiedźmin 3: Dziki Gon


"Później mówiono, że człowiek ten nadszedł od północy od bramy Powroźniczej..." tak zaczyna się opowiadanie, które zapoczątkowało przygody Geralta z Rivii - słynnego Wiedźmina, najpierw przedstawiane w formie opowiadań, a później sagi, która przez lata zdobyła niemałą popularność na całym świecie. Na ekranizację, zarówno kinową jak i telewizyjną, spuśćmy może zasłonę milczenia, natomiast przy okazji degustacji piwa z browaru Pinta warto opowiedzieć kilka słów o grze, która ostatnimi tygodniami zajmuje mi niemal każdy wolny wieczór. Grze ogromnej, wciągającej i zjadającej na śniadanie wszystkich swoich konkurentów, a przecież wcale nie doskonałej. Zachwyca ona tym bardziej, że poprzednie odsłony przygód Geralta postawiły poprzeczkę naprawdę wysoko.

Zaczynając od superlatywów - już na pierwszy rzut oka gra wygląda przepięknie i to nawet na PS4, które z oczywistych względów ma nieco bardziej ograniczone moce obliczeniowe niż wiele mocniejszych komputerów. Nawet na konsoli można jednak zachwycić się szczegółowością obiektów i urodą otoczenia. Często zdarzają się widoki na których po prostu chce się zawiesić oko, tym bardziej że przypominają wiejskie, sielskie krajobrazy znane choćby z naszej rzeczywistości.

W ten sposób płynnie przejść możemy do drugiej z cech Dzikiego Gonu, które najbardziej chwyciły mnie za serce, a więc słowiańskiego klimatu gry. Gracze pochodzący z Polski, czy nawet całej Europy Środkowo-Wschodniej, z pewnością poczują się w tym świecie jak w domu, a już z pewnością odnajdą pewne elementy odwołujące się do dawnych wierzeń, kultury czy sztuki. Choć w grze, podobnie jak w powieściach Spakowskiego, pojawiają się liczne odwołania do mitów i legend dawnej Europy, to zwykle służą one do zobrazowania współczesnych problemów tego świata. Pod tym względem Wiedźmin zdecydowanie wyróżnia się spośród ugrzecznionych i politycznie poprawnych konkurentów.

Bardzo wciągająca jest również fabuła gry, w przeciwieństwie do części drugiej nie oparta tak bardzo na wydarzeniach wielkiej polityki, a na pomocy i walce o najbliższych Wiedźmina. Geralt nie byłby jednak sobą, gdyby nie miał okazji do wmieszania się w międzypaństwową rozgrywkę, a jego wybory mają wpływ na polityczny kształt przyszłego świata. 

Nieraz łapałem się na tym, że przez dobrych kilka wieczorów zajęty misjami pobocznymi czy odkrywaniem mapy, nie sięgałem nawet po zadania główne. Nie wynika to bynajmniej ze słabości wątku podstawowego, a z ciekawych i rozbudowanych zleceń, które praktycznie nigdy nie ograniczają się do erpegowej sztampy - "przynieś, podaj, pozamiataj". Na osobne zdanie zasługuje również świetna karciana minigra - Gwint, która mogłaby z powodzeniem (po lekkim zbalansowaniu talii), być sprzedawana jako prawdziwa gra karciana.


Wiedźmin nie jest oczywiście grą doskonałą. Zdarzają się błędy i bugi, jak choćby niewczytujące się tekstury, lewitujący czy zacinający się NPC oraz okazyjne błędy w misjach pobocznych. Dość irytujące były również problemy z wierzchowcem Geralta, któremu zdarzało się blokować i bez wyraźnego powodu zatrzymywać. Zauważyłem również, że konsola potrafi się nie wyrobić i w przerywnikach liczba klatek na sekundę potrafi na chwilę drastycznie spaść. Nie są to jednak poważne wady, które dyskwalifikowałyby tę, niezwykłą i bogatą, grę.

Pinta - Niedobity


Najprzyjemniej zająć się grą mając pod ręką coś do popijania. Ostatnio na warsztat trafiła ciekawostka z browaru Pinta - Niedobity, piwo w nieokreślonym stylu i z udziałem kilku nietypowych składników. Oprócz całej masy słodów, do piwa trafił również imbir, skórki pomarańczy i dębina. Etykieta utrzymana jest w horrorowym klimacie, a jako autor scenariusza wskazany jest niejaki Stefan Król, czyli oczywiście znany twórca Stephen King. Całkiem przeze mnie lubiany, chociaż jego horrory może niekoniecznie przypadają mi do gustu. Zdecydowanie wolę na przykład Bastion (pierwsza połowa to majstersztyk!), czy genialny cykl o Mrocznej Wieży.

Piwo w kieliszku okazuje się mieć kolor ciemnomiedziany, z rubinowymi refleksami. Jest też klarowne i zwieńczone dziurawą pianą, która dość prędko opada. Unosi się znad niej dość ciekawy aromat - w pierwszej chwili wyczuwalny jest karmel, dużo lakierowanego drewna, wanilia i przyprawy. Po chwili można wyczuć również nuty suszonych owoców. 

W smaku do głosu dochodzi przede wszystkim drewno i karmel, a następnie nieco korzennych pierniczków. Piwo zmierza przy tym w stronę słodyczy, jest dość gęste i oleiste, a jednocześnie niezbyt mocno wysycone, co wywołuje dość ciekawy efekt. I o ile do tej pory jest nieźle, to piwo wykłada się na finiszu, którym rządzi alkohol i zalegająca, ziołowa goryczka.

Niedobity to kolejna, piwna ciekawostka, których pojawia się ostatnio całkiem sporo. Patrząc na listę składników, piwo zapowiada się na bardzo złożone, co praktyka weryfikuje niestety bezlitośnie. Aromat i smak wyrwanej z płotu oraz nieprzyjemny alkohol zdominowały Niedobitego, który zamiast potworem, okazał się zaledwie potworkiem. 

sobota, 23 maja 2015

Zdrowy i orzeźwiający napój - test piw grodziskich


Idzie lato, a więc najwyższa pora na porównanie obecnych na rynku piw grodziskich. Ten styl był do niedawna właściwie zapomniany, a dziś zaczyna go warzyć coraz więcej browarów. Mamy więc cztery butelki piwa i cztery interpretacje gatunku. Która okaże się najlepsza? 

Do testu stają w rzędzie - Sophia z browaru Olimp, uwarzona wspólnie z piwowarem domowym Łukaszem Szynkiewiczem, Piotrek z Bagien produkcji rzemieślniczego Jana Olbrachta, prawdziwy weteran czyli Grodziskie 4.0 uwarzone przez browar Pinta, a także recenzowane już Piwo z Grodziska pochodzące z reaktywowanego browaru w Grodzisku Wielkopolskim

Mimo, że grodziskie to styl nie pozwalający na większe szaleństwa, między poszczególnymi piwami istnieją pewne różnice. Piwo z Grodziska charakteryzuje się ekstraktem na poziomie 7,7% wag., podczas gdy interpretacje browarów Olimp i Pinta są odrobinę bardziej ekstraktywne - 7,8% wag. Prawdziwym mocarzem w porównaniu do konkurencji jest zaś Piotrek z Bagien, na którego etykiecie widnieje aż 8% ekstraktu wag. Jedynie Piwo z Grodziska zostało też przefermentowane oryginalnymi drożdżami grodziskimi. Na tym te "szaleństwa" się nie kończą, bo chociaż wszystkie piwa uwarzono ze słodów wędzonych dębem to w składzie Piotrka z Bagien znalazł się też słód pilzneński.


Po nalaniu piwa do szklanek rzucają się w oczy widoczne różnice w wyglądzie każdego piwa. Nieco podobne do siebie są jedynie interpretacje Olimpu i Pinty - jasnozłotej barwy i wyraźnie zmętnione. Na zdjęciach już tego nie widać, ale Grodziskie 4.0 pieniło się dużo ładniej niż Sophia, której piana przypominała nieco mydliny. Kolorem zdecydowanie wyróżnia się Piotrek z Bagien, znacznie ciemniejszy od konkurentów i prawie zupełnie klarowny. Wyglądem przypomina wręcz jakiegoś koncernowego lagera! Oby inaczej było w smaku... Wybija się również Piwo z Grodziska, zdecydowanie jaśniejszej barwy niż pozostałe piwa i o dużo wyższej, trwalszej pianie.

Zgodnie z wytycznymi stylu, grodziskie powinno cechować się aromatami i smakami wędzonymi, dopuszczalny jest też udział chmielu i pszenicznego słodu. Piwo powinno być orzeźwiające, dość wytrawne i goryczkowe. Tyle teoria. A co pokazuje praktyka?

Grodziskie 4.0 charakteryzuje się przyjemnym aromatem wędzonym, przywodzącym na myśl oscypek. W tle pojawia się też nieco ziołowego chmielu i kwaskowe nuty pszeniczne. Po aromacie spodziewałem się więcej wędzonki w smaku, podczas gdy w ustach główną rolę odgrywa zbożowa kwaśność, a nuty dymne zostały zepchnięte na dalszy plan. Mimo to piwo jest smaczne, zdecydowanie wytrawne i orzeźwiające. Podobno wkrótce zostanie jednak zastąpione przez piąte już podejście Pinty do tego stylu, czyli Grodziskie 5.0. Jestem bardzo ciekawy ewentualnych zmian w recepturze i oczywiście efektu końcowego.

W przeciwieństwie do stylowego piwa z browaru Pinta, Piotrek z Bagien był raczej sensoryczną ciekawostką niż godnym reprezentantem gatunku. Nie wiem jakie bagna odwiedzają piwowarzy Jana Olbrachta, ale mogę zaręczyć, że żadne z odwiedzonych przeze mnie nie pachniało masłem. Niestety, Piotrek jest doskonałym przykładem maślanego diacetylu, wyczuwalnego zarówno w smaku jak i aromacie piwa. Drugą nutą są o dziwo zapachy chmielowe, wędzonka i zbożowość jedynie pałętają się gdzieś w tle. Tylko cóż z tego, skoro to duszące masło sprawia, że przyjemności z picia nie ma prawie żadnej.

Piwo z Grodziska miało już swoje pięć minut na blogu, nie ma sensu więc się powtarzać. Skupię się więc na różnicach między tym piwem, a kraftowymi konkurentami. Przede wszystkim piwo jest zdecydowanie delikatniejsze w aromacie i smaku. Wędzonka nie jest aż tak wyraźna, mocniejsze są nuty zbożowe. Wyższe jest również wysycenie piwa. Jest to trzecia butelka Piwa z Grodziska, które piłem i niestety pierwsza w której pojawiła się wyraźna wada - żelazo. Na szczęście nie tak wyraźne jak w niektórych polskich porterach.

Na koniec zostaje Sophia. Piwo ma bardzo przyjemny aromat wędzonej szynki. Wędzonka gra również pierwsze skrzypce w smaku piwa, które wydaje się mniej wytrawne od swoich konkurentów. Jest za to przyjemnie zbożowe i z wyraźną jak na styl, ziołową goryczką. Nie jest też tak mocno nagazowane jak pozostałe piwa. W tym przypadku doskonale sprawdza się powiedzenie, że najlepsze pomysły to te najprostsze, ponieważ Sophia to smaczne, lekkie piwo, o wyraźnie wędzonym charakterze i sporym potencjale orzeźwiającym. Ujmując to w dwóch słowach - bardzo udane.

Trudno wskazać, które piwo zwyciężyłoby test grodziskich, gdyż wszystkie prezentowały nieco inną interpretację stylu, a wynik byłby zależny w głównej mierze od preferencji smakowych pijącego. Moim zdaniem najlepszym piwem z całej czwórki jest Sophia, z plasującymi się tuż za nim Grodziskim 4.0 i Piwem z Grodziska. Asystujący mi Bartosz wybrałby z kolei Piwo z Grodziska, na drugim miejscu stawiając Sophię, a na trzecim propozycję browaru Pinta. O ile trudno wskazać wygranych, bardzo łatwo wytypować przegranego. Byłby to oczywiście wadliwy, męczący Piotrek z Bagien

środa, 15 kwietnia 2015

Raport o stanie kraftu #4


No i mam za swoje. Dopadło mnie jakieś wredne choróbsko, które sprowadziło klątwę kataru i zatkanego nosa. W takich warunkach pić piwa się nie da, wiec na kilka dni musiałem przerzucić się na herbatę i sok malinowy. A liczba butelek oczekujących na otwarcie wciąż rośnie...

Na tak czarną godzinę byłem jednak przygotowany! Oto przed Wami opisy kilku piw, które miałem okazję pić już kiedyś, w wersji lanej bądź też butelkowej. Jedno z nich, Geezer z browaru Kingpin, próbowałem całkiem niedawno, zaś pozostałe piwa, a więc Golden Monk i HopSasa autorstwa AleBrowaru oraz Call Me Simon, powstałe w kooperacji browaru Pinta z vlogerem Simonem Martinem, powróciły do mojej lodówki po dłuższej nieobecności.

Golden Monk - AleBrowar




Saison IPA to wynalazek ciekawy, wpisujący się w pewien trend łączenia belgijskich drożdży i amerykańskich chmieli w jednym piwie. AleBrowar dodał do tego jeszcze kandyzowany cukier i... sporą kontrowersję dotyczącą pierwotnej etykiety Złotego Mnicha. Ślady shitstormu do dziś można z łatwością znaleźć w sieci. Mnie bardziej interesowało jednak jak wygląda i smakuje Golden Monk Anno Domini 2015. Piwo ma kolor ciemnej miedzi i jest wyraźnie zmętnione, zwieńczone niewielką warstewką piany. W aromacie mamy swoistą równowagę sił między Belgią i Ameryką - cytrusy i owoce tropikalne łączą się z karmelem, nutami bananów, kwiatów i pieprzu, jednak żaden z tych zapachów nie dominuje całości. Smak piwa jest interesujący, bo prawdziwie słodko-gorzki. Wyraźna karmelowa słodycz i smaki owocowe płynnie przechodzą w wyraźną, cytrusową goryczkę. W tle pojawia się też posmak alkoholowy, który w połączeniu ze sporą treściwością, sprawia że pod koniec butelki piwo zaczyna już męczyć. Nie jest to zdecydowanie piwo codzienne, ale raz na jakiś czas... Czemu nie? 

Hop Sasa - AleBrowar



Do niedawna aromatyczny potencjał polskich chmieli był raczej niedostrzegany przez piwowarów. Ostatnimi czasy to się jednak zmienia, czego przykładem może być seria PLON z browaru Kormoran, Zefir uwarzony przez Olimp z dodatkiem chmielu Oktawia, czy opisywane właśnie Hop Sasa - IPA nachmielone rodzimą odmianą Iunga, zwykle dodawaną w celu podniesienia poziomu goryczki. Na pierwszy rzut oka piwo można by pomylić z jasnym lagerem, ma bowiem jasnozłoty kolor i jest otulone śnieżnobiałą pianą. Tu podobieństwa się kończą. Od Hop Sasa bije woń dojrzałych jabłek, żywicy i ziół, jakże odmienna zarówno od bezzapachowych lagerów, jak i mocno cytrusowych IPA w stylu amerykańskim. W smaku owocowa słodycz kontrowana jest mocną, trawiastą goryczką, a piwo sprawia wrażenie lekkiego i mocno orzeźwiającego. Hop Sasa raczej nikogo nie zachwyci, a polskie chmiele nie zdetronizują odmian amerykańskich, jednak warto docenić próby odkrycia drzemiącego w nich potencjału. A latem chętnie Hop Sasę powtórzę.

Geezer - Kingpin


      

Z wkurzonym Irlandczykiem miałem okazję zmierzyć się wcale nie dawno, na oficjalnej premierze (z której fotorelację możecie obejrzeć tutaj). Piwo beczkowe bardzo mi posmakowało, toteż nie wahałem się zbyt długo i zakupiłem butelkę przy pierwszej możliwej okazji. Gezeer to kolejne piwo browaru Kingpin w którym nie pożałowano "wspomagaczy". Jest to stout z dodatkiem słodu wędzonego torfem, wanilii, laktozy i espresso, a to wszystko leżakowane na płatkach dębowych. Czyli na bogato. Już na pierwszy rzut oka widać ciemnobrunatny, niemal czarny kolor trunku i potężną, beżową pianę o kremowej konsystencji. Aromat i smak wersji butelkowej jest równie złożony i bogaty jak w piwie lanym. Kawa, wanilia i whisky to połączenie bardzo dobrze pasujące do stoutu, zwłaszcza gdy dodatki są tak dobrze zbalansowane, jak w przypadku Geezera. Zdecydowanie polecam kawoszom, whisky-headom i fanom Smoky Joe, a ja już zacieram ręce w oczekiwaniu na podkręconą wersję "Turbo".

Call Me Simon - Pinta



Call me Simon, czyli piwo uwarzone przez browar Pinta we współpracy z walijskim vlogerem Simonem Martinem, otworzyłem sobie przy okazji meczu Polska-Irlandia. I o ile poziom rozgrywki na boisku mógł doprowadzić jedynie do płaczu i zgrzytania zębów, tak piwo okazało się być całkiem smaczne. Swoją drogą, zeszłoroczną edycję też piłem przy okazji jakiegoś meczu, choć w tym momencie nie przypomnę sobie już kto z kim grał, ani tym bardziej jaki był wynik. Zapamiętałem za to, że piwo miało mocno chmielowy aromat i zdecydowanie słodowy, karmelowy smak. W tym roku jest podobnie - nos atakują nuty cytrusów, żywicy, ale także tostów, a w ustach dominują karmelki i biszkopty z dodatkiem cytryny. Piwo jest gęste i treściwe, przymiotnik "imperial" nie wziął się więc z niczego. Na szczęście nie jest przesadnie słodkie, gdyż w smaku pojawia się też nieco kwaśności i wyraźna, nieco zalegająca na języku, goryczka. Bardzo smaczne piwo, odległe od klasycznych, dość nudnych, przedstawicieli stylu.

W dzisiejszym przeglądzie brak większych rozczarowań. Najmniej posmakował mi Golden Monk, jednak z pewnością nie można powiedzieć, że jest to złe piwo. Pozostałe propozycje trzymają wysoki poziom i mogę je zdecydowanie oraz z czystym sumieniem polecić.

środa, 1 kwietnia 2015

Raport o stanie kraftu #3


Mówi się, że do trzech razy sztuka, a więc pora na trzeci już raport na temat piw powracających, stale obecnych w sklepach lub wcześniej próbowanych przeze mnie w wersji beczkowej lub butelkowej. 

Na sklepowe półki powróciły niedawno dwa piwa, które swego czasu zrobiły sporo zamieszania. Mowa oczywiście o Kinky Ale uwarzonym ponownie przez Doctor Brew przy znaczącym udziale chmielu Equinox, a także o potężnym piwie Winchester, które zeszłej jesieni miażdżyło kubki smakowe potężnym chmieleniem i fantastyczną, grejpfrutową goryczką. Tradycyjnie będzie też i Pinta. W dwóch, jakże odmiennych, odsłonach - jasnej i niezwykle lekkiej (Grodziskie) oraz czarnej niczym smoła (Lublin to Dublin).

Kinky Ale - Doctor Brew



Już się obawiałem, że na nową odsłonę Kinky Ale będziemy musieli czekać tak długo jak Janusz Korwin-Mikke na wygrane wybory. Czyli bardzo, bardzo długo. Na szczęście, po wielu miesiącach, odmiana chmielu Equinox wreszcie dotarła do Polski, a następnie do gabinetu piwnych doktorów, którzy zajęli się nią odpowiednio. Na skutek kuracji powstało niezwykle aromatyczne piwo z wyraźną goryczą i zdecydowanie owocowym smakiem. Gdybym miał jednym słowem określić zapach i smak Kinky Ale, musiałbym powiedzieć, że są one... różowe. Kojarzą mi się z dojrzałymi jabłkami, malinami, słodką brzoskwinią i pieprzem, którym doprawiono tę owocową sałatkę. Pewnym zgrzytem jest tylko dość długa, zalegająca w ustach goryczka. Ten mały zgrzyt nie przesłania jednak faktu, że zdecydowanie warto było czekać.

Winchester - Faktoria



W październiku zeszłego roku Winchester wypalił i narobił niezłego zamieszania. Piwo szybko zyskało bardzo dobre opinie wśród konsumentów, a blogerzy piali z zachwytu, że wreszcie pojawiło się polskie imperialne IPA na światowym poziomie. Chcąc nie chcąc do tego chórku się przyłączyłem i niecierpliwie oczekiwałem na nową warkę Winchestera. Ta okazała się niezwykle smaczna i dorównująca poziomem poprzedniej, genialnej odsłonie. W aromacie nie brakuje potężnej dawki chmielu, a landrynkowa słodowość, choć wyczuwalna, nie wybija się ponad cytrusy i tropikalne owoce. W smaku przeszkadzał mi nieco wyraźny posmak alkoholowy, którego nie jest w stanie przykryć nawet bardzo konkretna, grejpfrutowo-pestkowa goryczka. Mimo tego, drobnego, mankamentu to wciąż jedno z lepszych double IPA na naszym rynku. Nieprzesadnie słodkie, przyjemnie wytrawne i bardzo wyraźnie goryczkowe. Oby tak dalej!

Grodziskie 4.0 - Pinta



Grodziskie to styl, który ma pewnie tylu zwolenników, co przeciwników. Złośliwcy twierdzą, że piwa w tym gatunku smakują jak woda po kiełbasie i zapewne coś w tym jest - w końcu jest to styl niezwykle lekki, charakteryzujący się niezbyt intensywnym aromatem wędzonych słodów, lekko przypominających zapach dymionej wędliny. Ja jednak zwracam uwagę również na inne aspekty Grodziskiego - przede wszystkim niezwykłe właściwości orzeźwiające. Piwo to sprawdza się świetnie w miesiącach letnich, jak również jako niezbyt wymagający napój do posiłku. Grodziskie z browaru Pinta wypiłem ostatnio właśnie do obiadu, pasowało świetnie. 

Lublin to Dublin - Pinta & O'Hara's



Sporo czasu minęło od premiery Lublin to Dublin, więc chętnie ponownie sięgnąłem po to piwo. Dotychczas próbowałem go zarówno w wersji lanej, jak i butelkowej i zawsze było warte swojej, wyższej niż polska średnia, ceny. Tym razem również tak było. O ile w aromacie mamy tradycyjny stout - aromatyczną kawę, czekoladki i nuty palone, to właśnie smak jest tym co decyduje o wyjątkowości tego piwa. Nie zawsze tak dobrze udaje się połączyć niezwykłą złożoność i pełnię smaku, z lekkością, aksamitnością i przyjemnością picia. Mam też wrażenie, że piwo z czasem zyskało na ułożeniu. Pozycja wręcz obowiązkowa dla miłośników stoutów.

W tej odsłonie raportu pojawiły się piwa, które udowodniły już swój poziom i wyrobiły sobie solidną markę. Szczególnie dobrą formę trzyma ubiegłoroczny hit - Kinky Ale, o intrygującym aromacie i orzeźwiającym smaku. Winchester to również bardzo dobry wybór, i którzy nie próbowali go jesienią z pewnością będą zachwyceni, a ci którzy mieli już o szczęście na pewno się nie zawiodą. Grodziskie 4.0 to z kolei piwo dość specyficzne. Warto jednak dać szansę temu rdzennie polskiemu stylowi, moim zdaniem są sytuacje, w których sprawdza się bardzo dobrze. Co do efektu kooperacji o zasięgu międzynarodowym, czyli Lublin to Dublin - jeśli spotkacie je jeszcze na półce, możecie brać bez wahania.

wtorek, 17 lutego 2015

Pinta Hopus Pokus - czarna magia

Ostatnimi czasy, po kilku mniej udanych premierach, coraz śmielej odzywają się krytycy Pinty, którzy twierdzą, że browar ten spowalnia, odcina kupony od sukcesu i nie warzy nic ciekawego. Czy z pomocą zaklęcia Hopus Pokus Pinta, jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki, przekona do siebie konsumentów?


Hopus Pokus to piwo w stylu black IPA, a więc możemy spodziewać po nim nie tylko wyraźnych, cytrusowo-żywicznych akcentów chmielowych, ale też sporego udziału ciemnych słodów, wnoszących smaki karmelowe, czekoladowe czy palone. Podobno ideałem powinno być osiągnięcie takiego aromatu, aby z zamkniętymi oczami nie dało się odróżnić piwa w stylu black IPA od jasnego IPA. Ja się jednak z przykładem takiej perfekcji jeszcze nigdy nie spotkałem.

Etykieta jest charakterystyczna i typowa dla Pinty. Użyte kolory - czerń i zieleń, od razu podpowiadają że będziemy mieli do czynienia z piwem o niemal czarnej barwie i wyraźnym chmielowym charakterze. Chwilę po otwarciu butelki (oczywiście z pomocą magicznego zaklęcia) do mojego nosa dotarły wyraźne zapachy żywiczne, a nalane piwo okazało się być koloru ciemnobrunatnego, o bardzo ładnej i puszystej pianie.

W zapachu Hopus Pokus nie wyczułem jednak, tak typowych dla chmieli amerykańskich, akcentów cytrusowych i owocowych. Chmiele są jednak obecne w aromacie pod postacią nut żywicznych lub jak kto woli - leśnych. Są one dobrze dopełnione przez ciemne słody, które wnoszą bardzo przyjemny aromat czekolady, zbożowej kawy i prażonych ziaren. 

Cytrusy pojawiają się za to w smaku jako przyjemna, owocowa cierpkość. Z owocami dobrze dopełnia się solidna porcja mocnej, gorzkiej czekolady. Słodowość, charakterystyczna dla ciemnych piw kwaśność i nieprzesadzona goryczka bardzo zgrabnie łączą się ze sobą, dając w efekcie bardzo zbalansowane piwo. Nie ma tu tak potężnego ataku goryczy jak w Żytorillo, co mi odpowiada. 


Black IPA udowadnia, że ekipa Pinty wciąż dzierży magiczną moc pozwalającą im tworzyć świetne piwa. Hopus Pokus mnie nie rozczarowało, wręcz przeciwnie, rzuciło na mnie urok, który sprawił że z pewnością do tego piwa jeszcze powrócę. 

środa, 11 lutego 2015

Raport o stanie kraftu #1


Stabilna jakość i powtarzalność piw rzemieślniczych to ideał, Święty Graal do którego dążą producenci i którego poszukują konsumenci. Dlatego warto rozpocząć cykl, którego celem będzie opisywanie pokrótce obecnej kondycji piw recenzowanych dawniej lub próbowanych przy innej okazji. Czy dobre wspomnienia wytrzymają starcie z brutalną rzeczywistością?


Imperium Atakuje - Pinta



Imperium Atakuje było moim pierwszym piwem w stylu Imperial IPA, które swego czasu po prostu wyrwało mnie z butów. Niestety, dziś konkurencja jest zdecydowanie silniejsza (żeby wspomnieć tylko fenomenalny Winchester, który wkrótce znów pojawi się na sklepowych półkach), a i samo piwo nie zachwyca już tak jak dawniej. Być może umysł, jak to ma w zwyczaju, podkolorował nieco wspomnienia, może to efekt spróbowania wielu innych, świetnych piw w tym stylu. Tymczasem w Imperium Atakuje nadal jest wszystko czego potrzeba porządnemu, podwójnemu IPA - owocowo-słodki aromat, orzeźwiający smak cytrusów, a także wyraźna goryczka. Solidna, acz nie porywająca pozycja.

Koniec Świata - Pinta



To piwo zrobiło na mnie ogromne wrażenie w zeszłym roku, kiedy po raz pierwszy miałem okazję je spróbować. Dlatego byłem bardzo ciekaw jak wypadnie tegoroczna warka... i nie zawiodłem się! Zapach Końca Świata kojarzy mi się nieodparcie z dymem niosącym się po iglastym lesie, podczas gdy w smaku rządzą akcenty owocowe i zbożowe. Goryczka, zgodnie z deklaracją, niewyczuwalna, podobnie jak dość wysoki poziom alkoholu. Nie da się natomiast ukryć treściwości (uwaga dla osób na diecie - to piwo zastępuje mały posiłek) i bardzo niskiego wysycenia. Piwo nie dla każdego, choć ja mógłbym się za nim wybrać na koniec świata!

Żytorillo - Pinta



Żytnie Black IPA z browaru Pinta nie zachwyciło mnie szczególnie przy pierwszym kontakcie, mimo niezłego aromatu zapamiętałem je głównie jako piwo bardzo gorzkie i nieco zbyt kwaśne. A jak jest dziś? W zapachu można z łatwością wyczuć tropikalne owoce, cytrusy, żywicę, ale też sporo czekolady i palonych słodów. Smak odpowiada aromatowi, jednak piwo wciąż jest zdecydowanie wytrawne, a goryczka wysoka i niestety zalegająca w gardle. Piwo posmakowało mi bardziej niż jakiś czas temu, ale wciąż brakuje mi w Żytorillo jakiejś równowagi dla tej potężnej goryczki. 

Idealny przykład udowadniający, że piwo o IBU na poziomie jedynie 68, może być bardziej gorzkie niż niejedno imperialne IPA

Molly IPA - Doctor Brew



Browar Doctor Brew znany jest z tego, że swoje piwa chmieli ekstremalnie. Niestety, aromat chmielowy ma to do siebie, że z czasem z butelki po prostu ulatuje. Obawiałem się więc, że Molly IPA po kilku miesiącach stania w szafie i przy zbliżającym się nieubłaganie terminie ważności, straci sporo ze swojego charakteru. Tak się na szczęście nie stało. W aromacie i smaku nadal główną rolę odgrywają amerykańskie chmiele, które sprawiają, że Molly IPA jest niezwykle cytrusowa i orzeźwiająca. Po prostu gorzki grejpfrut w piwie. Już nie mogę się doczekać lata - Molly IPA będzie świetnym wyborem na upalne wieczory.

Piana wyszła przepiękna - taki efekt uboczny stanu polskich dróg.

Dzisiejszy raport wskazuje, że przedstawiane piwa całkiem nieźle zniosły próbę czasu, a kolejne warki reprezentują godny i stabilny poziom. Koniec Świata tak jak i ostatnio - fenomenalny. Przy Imperium Atakuje odczułem leciutki zawód, jak to mówią nasi południowi sąsiedzi - to se ne vrati. Żytorillo jak mnie nie porwało, tak nie porywa, choć smaku odmówić mu nie można, a Molly IPA (choć długo przetrzymane) utrzymuje pozycję najlepszego piwa wypuszczonego przez Doctor Brew.

sobota, 15 listopada 2014

A ja pale ale - APA po sezonie

Browar Pinta pracuje na miano hipstera polskich browarów rzemieślniczych. Gdy nadchodzi zima i wszystkie browary zaczynają warzyć ciemne piwa, Pinta poszła pod prąd i zrobiła american pale ale. To pójście wbrew pogodowym trendom wyszło im jednak na dobre.

Pinta jest jednym z najpopularniejszych polskich browarów rzemieślniczych, (jeśli w ogóle można mówić o popularności takich browarów). Każde nowe piwo wypuszczane przez browar z Zarzecza jest niecierpliwie wyczekiwane. Tak było i tym razem. Piwo ma swoją oficjalną premierę na odbywającym się w ten weekend na Poznańskich Targach Piwnych, na których niestety nie mogę być. Na szczęście piwo jest też już dostępne w sklepach, więc gdy tylko pojawiła się informacja, że w moim ulubionym sklepie piwnym (nie, nie powiem jaki to ;) pojawiła się APA od Pinty od razu do niego pognałem – tak szybko, że sprzedawca nie zdążył jeszcze nakleić ceny na butelkach.

Etykiety Pinty zawsze dobrze wyglądają i nie inaczej jest tym razem. Zielono-żółte barwy przypominają minione, ciepłe letnie dni a szyszki chmielowe podkreślają jak ważny jest ten składnik i jak wiele wnosi do piwa – zwłaszcza do american pale ale.

Zajmijmy się jednak samym piwem. W jego skład wchodzą słody: Weyermann, pale ale, diastatyczny, jęczmienny i Caraamber. Użyto chmielów: Columbus, Chinook, Casacade, SImcoe. Zadano drożdży Safale US-05. Piwo ma 12 stopni Blg, które odfermentowało do 4% alkoholu. Goryczka na poziomie 41 IBU.


Pierwsze co rzuciło mi się w oczy po nalaniu piwa do szkła to fakt, że piwo jest dość mętne. Szklankę umyłem dokładnie, więc nie wydaje mi się, żeby miała na to wpływ pozostałość wody tym bardziej, że na ściankach nie odkładały się bąbelki. Piwo jest koloru ciemnego złota, można jednak mieć czasem wrażenie, że jest nawet nieco bursztynowe. Piana średniej wysokości, biała i tak kremowa, że niemal pozbawiona pęcherzyków, które jeśli są to bardzo drobne.

W aromacie piwa dają się wyczuć owoce tropikalne, a w dalszej kolejności zapach żywicy i cytrusów. Jest, więc tak jak powinno być – amerykańskie chmiele robią swoje. Aromat jest mocny i słodki. Podstawa słodowa również jest lekko wyczuwalna.

Pierwsze wrażenia po wypiciu kilku łyków – spora wytrawność. Jednocześnie piwo nie jest zbyt nagazowane, co sprawia, że jest faktycznie lekkie. Goryczka jest bardzo wyraźna i wysoka jednak trwa dość krótko. W smaku czuć chmielowość odpowiednią dla amerykańskich chmieli i słodowość, a estry owocowe są zaledwie lekko wyczuwalne. Nie ma w nim zbyt wiele treści. Smak w ustach jest równomierny - nie można wyróżnić jakichś konkretnych nut na początku lub na finiszu, oczywiście oprócz słabnącej goryczki. Chmielowość i słodowość utrzymują się od początku do końca.


A ja pale ale jest bardzo przyzwoitym przedstawicielem stylu APA, jednak zdecydowanie nie najlepszym. Piwo może być fajną odskocznią od pitych w tym sezonie piw ciemnych. Niestety, dość spora wytrawność może odrzucić niektórych koneserów piwa. Pinta przewracając nieco kalendarz wprowadziła trochę zamieszania tym piwem i być może z tego względu nie będzie ono na tyle docenione na ile zasługuje. Mimo wszystko, wypicie go sprawiło mi przyjemność i mogę je bez wątpliwości polecić. 

środa, 8 października 2014

Pierwszej pomocy udziela Pinta

Uwarzenie przez browar rzemieślniczy lagera to pomysł dość karkołomny i z pewnością wymagający dużej odwagi ze strony Pinty, która z jednej strony musiała zachować cechy tego stylu, a z drugiej odróżnić swoją najnowszą propozycję od dziesiątek lagerów koncernowych dostępnych na rynku. Czy browarowi Pinta udało się stworzyć ciekawego, wyraźnego w smaku i aromacie lagera, który trafi w gusta miłośników piwnej rewolucji?

Po przelaniu do szklanki czuć wyraźny, słodowy zapach, charakterystyczny dla lagera, jednak przełamany wyczuwalnym zapachem polskich chmieli. Bardzo spodobał mi się kolor tego piwa, któremu najbliżej chyba do ciemnego złota, a także drobnopęcherzykowa, biała piana, która utrzymuje się dość długo i ładnie zdobi szkło kiedy pociągniemy już kilka łyków. 

Piękny kolor i biała, wysoka piana
W smaku, od koncernowych lagerów piwo to odróżnia się wyraźną, chmielową goryczką. Nie jest to oczywiście ten poziom co w IPA ale i nie tego oczekuje się od tego stylu. Oczekuje się za to wysokiego wysycenia, które w tym przypadku jest według mnie dobrane idealnie. Muszę przyznać, że w ciepły, jesienny dzień, kiedy po raz pierwszy spróbowałem Pierwszej pomocy, piwo to znakomicie spełniło swoje zadanie, dzięki swojemu świeżemu i orzeźwiającemu charakterowi. Poleciłbym je także wszystkim zaczynającym przygodę z piwem rzemieślniczym lub wtedy, kiedy na piwo intensywniejsze w smaku i aromacie nie mamy ochoty.

Pinta uwarzyła więc bardzo ciekawego lagera, zbliżającego się nieco w smaku do goryczkowych, czeskich pilsów. Niestety, właściwie we wszystkich sklepach, w których widziałem to piwo, cenowo było zbliżone do pozostałych wyrobów Pinty. Moim zdaniem cena w okolicach 6 złotych za, bardzo smacznego co prawda, ale jednak lagera jest zbyt wysoka. Jeśli macie więc ochotę na spróbowanie nowego piwa browaru Pinta lub znacie miejsce gdzie można je nabyć w dobrej cenie - polecam bez wahania. Jeśli jednak chcecie wypić kilka dobrych pilsów i liczycie się z kosztami, wybierzcie raczej, bardzo udaną moim zdaniem, Polkę z browaru Wąsosz, którą można dostać zdecydowanie taniej.