środa, 29 lipca 2015

AleBrowar Be Like Mitch - pszeniczny patrol



Panujące tego lata upały zmuszają do poszukiwania ochłody i orzeźwienia. Ale co zrobić, kiedy zamiast wygrzewać się na plaży musimy spędzać wakacje w mieście? Cóż, wtedy trzeba sobie radzić inaczej.

Nie znoszę upałów w miastach. Dużą część dnia spędzam na szczęście w klimatyzowanym biurze, w którym jeszcze jako tako funkcjonuję, ale podróż komunikacją miejską to już prawdziwa katorga. Niestety, lata lecą, a w stolicy wciąż nie wszystkie tramwaje czy składy metra wyposażone są w urządzenia chłodzące. Ogromne masy ludzkie, podróżujące w okolicach godziny 17.00 tylko pogarszają sprawę, a prażące słońce czyni z tramwajów czy autobusów prawdziwe szklarnie.

Po takiej podróży myślę już tylko o jakiejś metodzie ochłodzenia. Można zanurzyć się w wannie pełnej lodowatej wody, można też obsypać się kostkami lodu, a można sięgnąć do lodówki po zimne piwo. I choć zdarza mi się stosować wszystkie te metody, to z racji charakteru bloga, skupię się jedynie na tej ostatniej.

W moje ręce trafiło bowiem piwo, które w założeniu idealnie nadaje się do gaszenia letniego pragnienia. Be Like Mitch uwarzone przez AleBrowar to american wheat, czyli piwo w stylu, który jest spotkaniem w połowie drogi niemieckiego hefeweizena i amerykańskiego pale ale. Z tego pierwszego zapożycza udział słodu pszenicznego, a z drugiego solidne doprawienie amerykańskimi chmielami. Aromaty bananów i goździków nie powinny być jednak tak wyraźne jak w niemieckich pszeniczniakach, a goryczka powinna pozostawać na dużo niższym poziomie niż w APA. Rezultat takiego połączenia w założeniach jest więc być lekki, chmielowy i rześki. Pozostaje tylko odpowiedzieć na pytanie, czy piwo inspirowane postacią graną przez Davida Hasselhoffa w pamiętnym serialu "Słoneczny Patrol" spełnia te wymogi.

Be Like Mitch ozdobione jest charakterystyczną dla AleBrowaru, "foliową" etykietą, na której podane są również wszystkie składniki piwa. Przyczepić się można właściwie jedynie do nazwy, która nieco odbiega od dotychczasowego zwyczaju. W końcu na nazwy poprzednich piw AleBrowaru zwykle składało się "imię" postaci i jakieś jej określenie, tym razem mamy zaś do czynienia z dłuższym sformułowaniem. Ale to detale, które nie popsują przecież smaku piwa.

Be Like Mitch wygląda jak typowy american wheat. Trunek jest jasnego, wręcz złotego koloru, nieprzejrzysty i mętny. Wieńcząca go piana w pierwszej chwili buduje się ładnie, ale bardzo szybko opada do zaledwie kożuszka. Nad piwem unosi się rześki, owocowo-cytrusowy aromat amerykańskich chmieli i pozostający w tle delikatny, zbożowy zapach pszenicy. Całkiem przyjemny ten zapach, a już na pewno lekki i orzeźwiający.

Rześko i lekko jest też w smaku piwa. Pojawiają się w nim zarówno kwaśne akcenty wynikające z dodatku słodu pszenicznego, jak i owocowość amerykańskich chmieli. Wyczuwalna jest między innymi cytryna i czerwone grejpfruty oraz nieco słodkiego posmak owoców tropikalnych. Słodyczy jednak nie ma zbyt wiele, a Be Like Mitch jest piwem zdecydowanie wytrawnym i co za tym idzie bardzo dobrze orzeźwiającym. Niewiele jest tu słodowego ciała, co w stylu american wheat akurat bardzo mi odpowiada. Wysycenie jest na średnim, aczkolwiek wyczuwalnym poziomie, a goryczka jest niewysoka i przyjemnie owocowa.

Podsumowując, Be Like Mitch nie jest piwem, nad którym można by deliberować godzinami, a lekki trunek, który w mgnieniu oka znika ze szklanki. Jest stylowy, smaczny i pozbawiony wad, ale też niewyróżniający się szczególnie spomiędzy innych piw w tym gatunku dostępnych na półkach sklepowych. 

środa, 22 kwietnia 2015

AleBrowar/Birbant Kiss the Beast - w szponach bestii


"Bestia najgorsza zna trochę litości. Ja nie jestem bestią, więc jej nie znam", napisał kiedyś William Szekspir i mimo że od wydania Ryszarda III minęły całe stulecia, to cytat ten wcale nie traci na aktualności i doskonale pasuje do dzisiejszej recenzji. Choć nie tylko, o czym za moment.

Najnowsze kooperacyjne piwo AleBrowaru i Birbanta przygotowałem sobie na cotygodniowy seans Gry o Tron. Zamiast jak niektórzy, oglądać pirackie wersje w sieci, wybrałem się do znajomego, który w akademiku odbiera HBO. Książki przeczytałem dawno i myślałem, że fabuła już raczej mnie nie zaskoczy, jakież więc było moje zdziwienie, kiedy już w drugim odcinku najnowszego sezonu GoT zaczęły pojawiać się spore odstępstwa od książkowego oryginału. Mam tylko nadzieję, że w ramach tych zmian, autorzy scenariusza nie pozwolą sobie na litość wobec niektórych bohaterów, lubianych przez widownię, a przez George'a R. R. Martina skazanych na śmierć. Szkoda byłoby widoku szoku i zaskoczenia na twarzach widzów, którzy nie czytali książki i nie są gotowi na kilka nadchodzących zwrotów akcji.

Degustacje "wyjściowe" mają także to do siebie, że zwykle nie zabieram na nie drugiego kompletu baterii do aparatu. A chyba powinienem, bo przedmioty martwe są zdecydowanie najbardziej złośliwe. Oczywiście, zaraz po zrobieniu pierwszego zdjęcia akumulatorki się wyczerpały. Liczyłem, że chociaż ten jeden obrazek się uchowa, ale okazało się, że moje nadzieje były płonne. Co do wyglądu piwa musicie więc uwierzyć mi na słowo ;)

Mogę Wam za to pokazać przepiękną, malowaną butelkę, w stylu znanym choćby z Deep Love i So Far So Dark. Powtarza się również motyw morskich bestii, obecnych na wcześniejszych, kooperacyjnych piwach AleBrowaru. Styl i jakość wykonania grafiki to już światowa klasa, a butelki z serii Hop Heads & Friends mogłyby być spokojnie stawiane w jednym rzędzie z najładniejszymi piwnymi butelkami na świecie.

Po nalaniu ukazuje nam się piwo miedziane i bardzo mętne. Otula je gęsta i zbita piana, która przykleja się do ścianek szkła. Ponad 19 stopni ekstraktu widać na pierwszy rzut oka, gdyż piwo jest niezwykle gęste i oleiste.

Styl Ultra Belgian IPA zobowiązuje. Obiecywano nam ekstremalne chmielenie i to też otrzymujemy. W aromacie rządzą cytrusy - grejpfruty i limonka, a także tropikalne owoce. Fenole i estry, nadające nut typowych dla piw belgijskich, stanowią raczej tło, podobnie jak karmelowa słodowość. Obok tych, jakże przyjemnych, aromatów pojawia się też jakiś chemiczny zapaszek, który do pierwszego łyku zachęca nieszczególnie. 

W smaku chmiel rządzi twardą ręką i w pierwszej chwili sprawia wrażenie, że piwo będzie wręcz słodkie w sposób charakterystyczny dla owoców tropikalnych. To jednak tylko złudzenie, gdyż po chwili pojawia się przepotężna goryczka, która tłumi wszelkie inne smaki i wprawia język w odrętwienie. Jej wysokość nie dziwi, jeśli weźmie się pod uwagę, że do piwa wsypano ilość chmielu pozwalającą osiągnąć teoretycznie 200 IBU. Teoretycznie, gdyż jest to wynik znacznie przewyższający możliwości kubków smakowych przeciętnego człowieka, oceniane na około 120 IBU. Niestety, ziołowa gorycz niemiłosiernie zalega w przełyku, także mniej w pewnym momencie miałem ochotę Kiss the Beast po prostu... popić. Najlepiej wodą. O ile na wytchnienie w kwestii goryczy nie ma co liczyć, to Bestia na szczęście odpuszcza jeśli chodzi o alkohol. Jest on wyczuwalny, ale na niewysokim poziomie. 

Przetrwałem starcie z Kiss The Beast, czas więc ostatecznie i bezlitośnie rozprawić się z tym chmielowym potworem. W moim odczuciu goryczka zdominowała piwo, nie pozwalając rozwinąć skrzydeł innym jego aspektom. Hopheadzi z pewnością będą nim usatysfakcjonowani, mi niestety piło się je niezbyt lekko, właśnie ze względu na tę jednowymiarowość. Kiss the Beast nie było złe, ale chętniej niż do niego powróciłbym jednak do poprzednich kooperacyjnych piw AleBrowaru.

piątek, 17 kwietnia 2015

AleBrowar/Artezan So Far So Dark - 20 tysięcy mil piwnej żeglugi


W najgłębszych morskich odmętach często można spotkać stwory o których nie śniło się młodym zoologom. Na poziomie poniżej 2000 m. p. p. m. dzieją się często rzeczy przedziwne.

Tak daleko, w tak mrocznych morskich głębinach natknąć się można np. na tzw. diabelską rybę, cudacznego morskiego potwora ze świetlną wypustką na czole, która pozwala mu poruszać się w ciemnych głębinach i polować na mniejsze (większe zresztą też, to nie robi mu różnicy) okazy. Taka ryba musi robić wrażenie.

Ciekawe czy takie samo wrażenie robi piwo So Far So Dark na którego etykiecie możemy ujrzeć wspomniane wyżej egzotyczne stworzenie. O niecodzienne wrażenia ma postarać się AleBrowar w kooperacji z browarem Artezan. Jednocześnie jest to pierwsze butelkowe piwo Artezana, chociaż w chwili gdy czytacie ten wpis na rynku są już dostępne piwa butelkowane z tego warszawskiego browaru. So Far So Dark jest pierwszym piwem w ramach projektu Hop Heads & Friends.

Czymże jest to piwo? Możemy się spodziewać, że będzie czarne jak dno Rowu Mariańskiego - to robust porter z dodatkiem lukrecji i kawy. Liczę więc tutaj na mocne doznania. Fakt, że AleBrowar zabiera się za robust porter daje duże szanse na to, ze piwo będzie naprawdę udane. Obserwując kolejne wypuszczane przez Bartka Napieraja i spółkę piwa, wydaje mi się, że ten styl pasuje do tego browaru.

O etykiecie już napisałem, jednak warto tu jeszcze dodać, że cała etykieta jest malowana (podobnie jak przy Deep Love). Szalejąca głębinowa ryba rzucająca się agresywnie na kawałek lukrecji wygląda w tej stylistyce świetnie.

Faktycznie piwo jest niemal czarne. Piwo jest klarowne, chociaż oczywiście nieprzejrzyste. Piana obfita, drobnopęcherzykowa i bardzo kremowa. Niestety na zdjęciach nie udało mi się tego uchwycić, gdyż nie jest ona zbyt trwała. 

Na pierwszy rzut nosa piwo jest słodkie, kawowe i czekoladowe. Natomiast nie za bardzo wyczuwam tutaj lukrecję. Zapach i smak lukrecji kojarzy się z anyżem i czarnym Haribo, jednak w tym piwie nie jest zbytnio odczuwalny. W całości aromat kojarzy się nieco ze sweet stoutem. Słodycz odgrywa też główną rolę w smaku. Tutaj też mamy przede wszystkim ziarna kawy i mleczną czekoladę. Niestety znowu nie ma lukrecji. Wyczuwalna jest też kwaskowatość ciemnych słodów. Goryczka raczej niska, ale tego się można było spodziewać po chmielach Tomahawk i Fuggles. Całość sprawia wrażenie piwa zbliżonego do sweet stoutu.

So Far So Dark jest całkiem udanym piwem AleBrowaru i Artezana i nie ma w nim większych wad. Trochę co prawda brakuje deklarowanej lukrecji ale poza tym nie mam piwu nic do zarzucenia. Swoją drogą może dobrze, że tej lukrecji tyle nie ma bo podobno wielu ludzi za nią nie przepada :D. Jest to porządny robust porter, którego na pewno warto spróbować. Czekam teraz na kolejne piwa kooperacyjne i liczę, że będą równie udane, a może i lepsze.  

środa, 15 kwietnia 2015

Raport o stanie kraftu #4


No i mam za swoje. Dopadło mnie jakieś wredne choróbsko, które sprowadziło klątwę kataru i zatkanego nosa. W takich warunkach pić piwa się nie da, wiec na kilka dni musiałem przerzucić się na herbatę i sok malinowy. A liczba butelek oczekujących na otwarcie wciąż rośnie...

Na tak czarną godzinę byłem jednak przygotowany! Oto przed Wami opisy kilku piw, które miałem okazję pić już kiedyś, w wersji lanej bądź też butelkowej. Jedno z nich, Geezer z browaru Kingpin, próbowałem całkiem niedawno, zaś pozostałe piwa, a więc Golden Monk i HopSasa autorstwa AleBrowaru oraz Call Me Simon, powstałe w kooperacji browaru Pinta z vlogerem Simonem Martinem, powróciły do mojej lodówki po dłuższej nieobecności.

Golden Monk - AleBrowar




Saison IPA to wynalazek ciekawy, wpisujący się w pewien trend łączenia belgijskich drożdży i amerykańskich chmieli w jednym piwie. AleBrowar dodał do tego jeszcze kandyzowany cukier i... sporą kontrowersję dotyczącą pierwotnej etykiety Złotego Mnicha. Ślady shitstormu do dziś można z łatwością znaleźć w sieci. Mnie bardziej interesowało jednak jak wygląda i smakuje Golden Monk Anno Domini 2015. Piwo ma kolor ciemnej miedzi i jest wyraźnie zmętnione, zwieńczone niewielką warstewką piany. W aromacie mamy swoistą równowagę sił między Belgią i Ameryką - cytrusy i owoce tropikalne łączą się z karmelem, nutami bananów, kwiatów i pieprzu, jednak żaden z tych zapachów nie dominuje całości. Smak piwa jest interesujący, bo prawdziwie słodko-gorzki. Wyraźna karmelowa słodycz i smaki owocowe płynnie przechodzą w wyraźną, cytrusową goryczkę. W tle pojawia się też posmak alkoholowy, który w połączeniu ze sporą treściwością, sprawia że pod koniec butelki piwo zaczyna już męczyć. Nie jest to zdecydowanie piwo codzienne, ale raz na jakiś czas... Czemu nie? 

Hop Sasa - AleBrowar



Do niedawna aromatyczny potencjał polskich chmieli był raczej niedostrzegany przez piwowarów. Ostatnimi czasy to się jednak zmienia, czego przykładem może być seria PLON z browaru Kormoran, Zefir uwarzony przez Olimp z dodatkiem chmielu Oktawia, czy opisywane właśnie Hop Sasa - IPA nachmielone rodzimą odmianą Iunga, zwykle dodawaną w celu podniesienia poziomu goryczki. Na pierwszy rzut oka piwo można by pomylić z jasnym lagerem, ma bowiem jasnozłoty kolor i jest otulone śnieżnobiałą pianą. Tu podobieństwa się kończą. Od Hop Sasa bije woń dojrzałych jabłek, żywicy i ziół, jakże odmienna zarówno od bezzapachowych lagerów, jak i mocno cytrusowych IPA w stylu amerykańskim. W smaku owocowa słodycz kontrowana jest mocną, trawiastą goryczką, a piwo sprawia wrażenie lekkiego i mocno orzeźwiającego. Hop Sasa raczej nikogo nie zachwyci, a polskie chmiele nie zdetronizują odmian amerykańskich, jednak warto docenić próby odkrycia drzemiącego w nich potencjału. A latem chętnie Hop Sasę powtórzę.

Geezer - Kingpin


      

Z wkurzonym Irlandczykiem miałem okazję zmierzyć się wcale nie dawno, na oficjalnej premierze (z której fotorelację możecie obejrzeć tutaj). Piwo beczkowe bardzo mi posmakowało, toteż nie wahałem się zbyt długo i zakupiłem butelkę przy pierwszej możliwej okazji. Gezeer to kolejne piwo browaru Kingpin w którym nie pożałowano "wspomagaczy". Jest to stout z dodatkiem słodu wędzonego torfem, wanilii, laktozy i espresso, a to wszystko leżakowane na płatkach dębowych. Czyli na bogato. Już na pierwszy rzut oka widać ciemnobrunatny, niemal czarny kolor trunku i potężną, beżową pianę o kremowej konsystencji. Aromat i smak wersji butelkowej jest równie złożony i bogaty jak w piwie lanym. Kawa, wanilia i whisky to połączenie bardzo dobrze pasujące do stoutu, zwłaszcza gdy dodatki są tak dobrze zbalansowane, jak w przypadku Geezera. Zdecydowanie polecam kawoszom, whisky-headom i fanom Smoky Joe, a ja już zacieram ręce w oczekiwaniu na podkręconą wersję "Turbo".

Call Me Simon - Pinta



Call me Simon, czyli piwo uwarzone przez browar Pinta we współpracy z walijskim vlogerem Simonem Martinem, otworzyłem sobie przy okazji meczu Polska-Irlandia. I o ile poziom rozgrywki na boisku mógł doprowadzić jedynie do płaczu i zgrzytania zębów, tak piwo okazało się być całkiem smaczne. Swoją drogą, zeszłoroczną edycję też piłem przy okazji jakiegoś meczu, choć w tym momencie nie przypomnę sobie już kto z kim grał, ani tym bardziej jaki był wynik. Zapamiętałem za to, że piwo miało mocno chmielowy aromat i zdecydowanie słodowy, karmelowy smak. W tym roku jest podobnie - nos atakują nuty cytrusów, żywicy, ale także tostów, a w ustach dominują karmelki i biszkopty z dodatkiem cytryny. Piwo jest gęste i treściwe, przymiotnik "imperial" nie wziął się więc z niczego. Na szczęście nie jest przesadnie słodkie, gdyż w smaku pojawia się też nieco kwaśności i wyraźna, nieco zalegająca na języku, goryczka. Bardzo smaczne piwo, odległe od klasycznych, dość nudnych, przedstawicieli stylu.

W dzisiejszym przeglądzie brak większych rozczarowań. Najmniej posmakował mi Golden Monk, jednak z pewnością nie można powiedzieć, że jest to złe piwo. Pozostałe propozycje trzymają wysoki poziom i mogę je zdecydowanie oraz z czystym sumieniem polecić.

wtorek, 7 kwietnia 2015

Piwne jajeczko


Okres wielkanocny to nie tylko niezwykle ważny czas dla wszystkich wierzących w zmartwychwstanie Chrystusa, ale także okazja do wielu spotkań z rodziną, często dawno nie widzianą. To doskonała okazja do zorganizowania małej degustacji, oczywiście w rodzinnym gronie.

Kormoran - Kłos Wielozbożowy i Bojanowo - Bojan Maorys


     

O powyższych piwach miałem już okazję pisać, toteż nie widzę potrzeby aby się powtarzać i zainteresowanych przekieruję do właściwego artykułu ;)

Szałpiw - Niuda 



Browar Szałpiw to prawdziwi spece od belgijskich stylów piwnych, nie dziwi więc, że i tym razem sięgnęli po dorobek piwowarów tej części starego kontynentu. Niuda nie jest jednak kolejnym tradycyjnym belgiem, została bowiem podrasowana Curaçao i kolendrą, a także doprawiona nowozelandzkimi chmielami. Niestety, już przy nalewaniu piwa do szklanki można się było zorientować, że nie wszystko w browarze poszło tak jak powinno. Mimo agresywnego nalewania nie wytworzyła się praktycznie żadna piana, w górę szklanki nie pędziły też bąbelki dwutlenku węgla. Kontrolny łyk potwierdził obawy - piwo jest niemal w ogóle nienagazowane! Aromat jest ciekawy, gdyż przyprawowe nuty belgijskich drożdży łączą się ze skórką pomarańczy i winogronowym aromatem nowozelandzkich chmieli. Smak również byłby dobry gdyby nie to, że przez ten brak gazu, piwo pije się niczym doprawiony alkoholem sok. Ewidentna wpadka.

Browar Stu Mostów - Salamander AIPA



Po tej drobnej wpadce zdecydowaliśmy się na American IPA z wrocławskiego browaru Stu Mostów, tym razem z plastikowej butelki do której trafiło piwo beczkowe. Ze szklanki wręcz buchają aromaty owoców cytrusowych, zwłaszcza mandarynki, a także mango. W smaku owocowość amerykańskich chmieli świetnie uzupełnia się z karmelową słodowością, a wszystko wieńczy wyraźna, choć nieprzesadzona w swej intensywności, niezalegająca goryczka. Doskonały balans jest kluczem do opisu tego piwa, które potwierdza, że wrocławska inicjatywa jest godna szczególnej uwagi. 

Solipiwko - 1978



Rauchbock to piwo w sam raz do świątecznej szynki i kiełbasy, w końcu to słód wędzony powinien grać w nim pierwsze skrzypce. I tak jest też w przypadku 1978, czyli kooperacyjnego piwa browaru Solipiwko i piwowara Andrzeja Milera, którego rauchbock w 2012 roku wygrał Konkurs Piw Domowych w Żywcu. Aromat wędzonej szynki, tudzież oscypka, rządzi w tym piwie zarówno w zapachu, jak i w smaku. 1978 nie jest jednak tak ciężkie i gęste jak mogłoby się w pierwszej chwili wydawać, nawet więcej, jest bardzo pijalne i moim zdaniem może spokojnie konkurować z niemieckimi klasykami stylu.

AleBrowar - Smoky Joe



Następne piwo w kolejce to również wędzonka, ale jakże odmienna od poprzedniej. AleBrowar do uwarzenia Smoky Joe użył słodu whisky i to właśnie charakterystyczny dla tego słodu, torfowy aromat dominuje w zapachu piwa. Pojawiają się również, typowe dla stoutów, nuty kawowe. W smaku piwo jest wytrawne, dość kwaśne, a goryczka ma w sobie coś z bardzo gorzkiej czekolady. Zdecydowanie polecam, nie tylko fanom whisky. Moim zdaniem jedno z najlepszych obecnie piw w Polsce.

Kormoran - Porter Warmiński



Kormoranem rozpoczęliśmy degustację i Kormoranem ją zakończyliśmy, a cóż lepiej nada się na koniec spotkania niż piwo wybitnie deserowe, jakim jest porter bałtycki? W aromacie mieszają się nuty czekolady, karmelu, kawy i ciemnych, suszonych owoców. Smak najprościej opisać zaś jako pumpernikiel w płynie, z delikatną, kawową goryczką, która równoważy początkową słodycz. W tle pojawia się rozgrzewający alkohol, ale ma on przyjemny, likierowy charakter i jak najbardziej pasuje do założeń. Porter Warmiński to zdecydowanie jeden z najlepszych reprezentantów, tego dość szeroko reprezentowanego w Polsce, stylu. Był także bardzo dobrym zwieńczeniem tego długiego wieczoru.

Wybór piw był oczywiście nieprzypadkowy. Chciałem zaprezentować w miarę szeroki przekrój przez style, pokazujący różnorodność piwnego świata, ogrom jego smaków i aromatów. Zwycięzcami tego zestawienia zostały doskonałe piwa wędzone - 1978 i Smoky Joe to naprawdę znakomite trunki. Pozostałe propozycje, może z wyjątkiem nieszczęsnej Niudy, również zyskały uznanie i sądzę, że zainspirują do nowych poszukiwań.

niedziela, 29 marca 2015

Mrok w Chmielarni - premiera So Far, So Dark i Hard Bride


Jakoś tak się złożyło, że jeszcze nie miałem okazji udać się do nowej Chmielarni, na ulicy Marszałkowskiej. Podwójna premiera piw AleBrowaru, w tym jednego uwarzonego wspólnie z browarem Artezan, była doskonałym powodem, aby w końcu się tam pojawić.

Piwo kooperacyjne - robust porter z dodatkiem lukrecji i kawy, nie budziło moich szczególnych emocji. Osoby lubiące lukrecję w tym kraju można chyba policzyć na palcach jednej ręki, a ja się do nich zdecydowanie nie zaliczam. Zupełnie inaczej wyglądała sytuacja z drugą premierą - na Hard Bride solidnie się napaliłem, w końcu (dobre) barley wine z polskiego browaru to wciąż rzadkość. Jak to zwykle bywa, życie zweryfikowało oczekiwania, a rzeczywistość okazała się zupełnie inna od założeń.

Wieczór zacząłem z uwarzonym w kooperacji So Far, So Dark. "Raz się żyje" pomyślałem i zamówiłem od razu pół litra kawowo-lukrecjowego porteru. I była to bardzo dobra decyzja! Piwo było bardzo kawowe w aromacie, zaś w smaku pojawiały się przede wszystkim nuty gorzkiej czekolady i ciemnych słodów. Lukrecja obecna była jedynie w posmaku i to w niewysokim, akceptowalnym dla mnie, stężeniu. Piwo piło się bardzo lekko, było wręcz orzeźwiające dzięki lekkiej kwaśności i średniemu wysyceniu. Z racji trudnych warunków ciężko o dokładniejszy opis, ale piwo bardzo chętnie powtórzę w wersji butelkowej. Bardzo pozytywne zaskoczenie!

Hard Bride w całej okazałości!

Kolejną gwiazdą wieczoru było piwo Hard Bride. Po pierwszym niuchu okazało się, że zostało bardzo solidnie doprawione amerykańskimi chmielami. Nuty cytrusów i owoców tropikalnych przenikają się i łączą z wyraźnymi zapachami karmelu i tostów. W ustach początkowo daje o sobie znać baza słodowa - smaki toffi i herbatników. Po nich pojawiają się tropikalne owoce i przyjemna, grejpfrutowa goryczka. Hard Bride to piwo, które posmakuje zwolennikom amerykańskiej wersji stylu, jednak złośliwcy mogliby powiedzieć, że to kolejne na rynku triple IPA udające barley wine. Mi całkiem smakowało, przede wszystkim dzięki temu, że nie było to piwo słodkie i "ulepkowate", jak to bywa nieraz z bardziej konserwatywnymi przedstawicielami stylu.

A po degustacji można było z czystym sumieniem wrócić do klasyków, z beczek lał się między innymi Rowing Jack, Black Hope, Cymbopogon czy Pacific.

Koniec części pisanej - czas na kilka zdjęć. Warunki były trudne, ludzi mnóstwo, a ruch w Chmielarni spory, stąd nie wszystko nadawało się do publikacji ;)


Przepiękne miniatury browarów. Był czas się przyjrzeć stojąc w kolejce ;)



Początki były trudne. I tłumne...

...Ale obsługa zwijała się jak w ukropie.




Rozmowy na szczycie ;)


Poważny piwowar ;)

Chmielarnia nie tylko poi spragnionych, ale i karmi głodnych! 

Blogersko-piwowarska śmietanka była oczywiście obecna ;)

Smakowało!

piątek, 13 marca 2015

Raport o stanie kraftu #2


Nie miałem ostatnio zbyt wiele czasu na picie piwa, nie mówiąc już o szwendaniu się po multitapach. Nie był to jednak czas stracony! Odkryłem na przykład, że prawa ubezpieczeń społecznych całkiem nieźle uczy mi się po jednym piwie... ciekawe.

Ten smutny okres życia już na szczęście za mną, a więc pora na krótkie omówienie piw, których ostatnio miałem okazję wysączyć. Na tapetę trafia dziś AleBrowar czyli jeden z topowych, polskich browarów rzemieślniczych, browar Bednary, czyli inicjatywa cokolwiek ambitna i nietuzinkowa, a także Doctor Brew i Spirifer, które wzbudzają swoimi piwami (i nie tylko) niemałe kontrowersje. Zapraszam!

Black Hope - AleBrowar



Ile to już czasu minęło kiedy zetknąłem się ostatnio z Black Hope! Na rynku pojawia się tyle nowych piw w stylu black IPA, że nie jest łatwo znaleźć czas na powrót do tego klasyka. A warto, bo Black Hope to obecnie piwo niezwykle intensywnie cytrusowe w aromacie. W nosie pojawia się również wyraźna żywica i nieco prażonych ziaren, a nuty kawowe i czekoladowe wychodzą dopiero po ogrzaniu. W smaku piwo jest bardzo orzeźwiające, wyróżnia się zwłaszcza przyjemną, grejpfrutową goryczką i delikatnym posmakiem palonej kawy. Pije się je lekko i przyjemnie, choć złożoności odmówić mu nie można, a odnaleźć w Black Hope można naprawdę sporo. Kluczowym słowem dla tego piwa jest balans i tego AleBrowar powinien się trzymać.

Łowickie Amber Ale - Bednary



Z Łowickim Amber Ale miałem już kiedyś do czynienia w jednym z multitapów, ale jakby to ładnie ująć, niespecjalnie skupiałem się wtedy na analizie poszczególnych aromatów i smaków piwa. Pole do popisu miałem za to przy wersji butelkowej, która niedawno trafiła mi w ręce i po krótkim czasie w lodówce trafiła pod otwieracz. Początkowo zwróciłem uwagę na przepiękny, ciemnowiśniowy kolor i całkiem solidną pianę. W aromacie można było wyczuć nuty karmelu, herbatników i orzechów, pojawiły się też, choć niezbyt intensywne, ziołowe i owocowe akcenty chmielowe. Niestety, w smaku brakuje trochę intensywności. Podoba mi się za to bardzo dobre nagazowanie. Bąbelki są jakby drobne, delikatne, a trunek staje się dzięki temu łagodny i kremowy. Piło się całkiem nieźle, ale piwo mogłoby być bardziej "zdecydowane". Może warto zwiększyć ekstrakt?

Cascade IPA - Doctor Brew



Kolejne piwo Doctor Brew i kolejne IPA potężnie doprawione amerykańskim chmielem, cóż za zaskoczenie! Tym razem postawiono na chmiel Cascade, który sprawia że piwo daje po nosie owocami tropikalnymi i poprawia żywicą, a potem jeszcze raz słodkim karmelem. W smaku, wbrew twierdzeniom złośliwców, nie brak słodowego ciała i owocowej słodyczy. Finiszem rządzi zaś dość krótka, intensywna, cytrusowa goryczka kojarząca mi się z gryzieniem skórki grejpfruta. Piwo pije się lekko, ale nie jest ono wodniste, a efekt orzeźwienia wzmaga jeszcze dość wysokie wysycenie. Mogę chyba zaryzykować twierdzenie, że Cascade IPA, spośród wszystkich doktorskich single hopów, smakuje mi najbardziej.

Haka - Spirifer



Mam pewną wątpliwość, czy piwo powinno nazywać się Haka, czy może na przykład Egmont, bo efekty otwarcia można by było przyrównać do dość leniwej erupcji wulkanu. Strzeliło to strzeliło, tematu nie drążę, zwłaszcza że piwo, pite z nalewaka tuż po premierze, smakowało naprawdę nieźle - orzeźwiająco i owocowo. O wersji butelkowej, starszej o kilka miesięcy, nie można już powiedzieć aż tyle dobrego. W aromacie dominują wciąż słodkie owoce, które kojarzą mi się z mango, mandarynkami i agrestem. Niestety, obok nich pojawia się sporo nut maślanych, które pasują tu niczym rugby do gustów polskich kibiców. W smaku diacetylowe masełko znów się pojawia, wychylając się dość śmiało spod owocowo-karmelowej słodyczy. Żytnia gładkość jest w typ piwie wyczuwalna, choć poziom "kisielu" nie jest aż tak wysoki jak w Maorysie. Na finiszu, obok całkiem wyraźnej, choć zalegającej w ustach goryczki, pojawia się niestety dość mocny posmak alkoholowy. Brakuje mi tej świeżości, rześkości, która charakteryzowały Haka z beczki. Diacetyl i wyczuwalny alkohol sprawiają, że piwo staje się po prostu przyciężkie.

Black Hope i Cascade IPA mogę spokojnie polecić wszystkim zwolennikom wysokiej goryczki i amerykańskiego chmielenia. Piwa trzymają poziom, za co pochwały dla AleBrowaru i Doctor Brew. Łowickie Amber Ale to z kolei dobry trunek z potencjałem, który mógłby być nieco lepiej wykorzystany. Haka na tle konkurentów wypada słabiej, a diacetyl i alkoholowy posmak odzierają to piwo z pierwotnej lekkości.

poniedziałek, 26 stycznia 2015

Brown Foot - indiańskie brownie


Indianie nie pijali piwa - no chyba, że za piwo uznamy jakieś cuda z manioku. AleBrowar postanowił jednak uwarzyć piwo w "konwencji" indiańskiej. Czy Brown Foot zdejmuje skalp? Przekonajmy się.

Brown Foot to india brown ale, piwo nieco słodsze od typowych IPA jak i typowych brown ale. W zasadzie jest mariażem obu tych stylów. Blisko mu też do amber ale jak i do klasycznego american pale ale. AleBrowar jak zwykle bawi się konwencją i jak zwykle mocno chmieli. Tym razem musi swoje piwo jednak skontrować z ciemnymi słodami. Sama nazwa Brązowa Stopa ma być imieniem tęgiej Indianki, której ojciec nadał imię po kilku mocno nachmielonych piwach. AleBrowar jak zwykle opowiada zgrabną historyjkę. 

Do uwarzenia piwa użyto słodów pale ale, pszenicznego, Chateau Chocolat, Crystal i zakwaszającego. Do nachmielenia użyto Simoce, Casacade, Chinookiem i Zeusem. Ekstrakt wynosi 16 st., alkohol - 6, 7 %. Goryczka na poziomie 80 IBU.

Owa Indianka jest najważniejszą postacią na etykiecie, która jest typowa dla AleBrowaru. Coż, to kolejna etykieta wpisująca sie w ich konwencję, pasuje do całej marki. O etykietach lęborskich hopheadów już się wypowiadałem - są estetyczne ale to nic specjalnego. 

Tak jak się spodziewałem piwo w barwie ciemnobrązowe z bursztynowymi refleksami widocznymi pod światło. Piana średniej wysokości, lekko brązowa, widoczne średniej wielkości pęcherzyki. Piwo jest dość klarowne.

Na pierwszy rzut nosa wyczuwalne są - a jakże - amerykańskie chmiele. Tutaj mają aromat żywiczny i owoców mango. Jednak w przeciwieństwie do typowych piw chmielonych amerykanami dalej wyczuwalne są zapachy mlecznej czekolady, Poczułem też symboliczna paloność. Połączenie czekolady i zapachów tropikalnych owoców naprawdę udane. 

Te same nuty są wyczuwalne w smaku. Po pierwsze: owoce, dużo owoców. Przede wszystkim grejpfrut, mango i brzoskwinie. No i czekolada. Gdzieś na dalszym planie karmel. Podbudowa słodowa całkiem solidna. Goryczka jak na 80 IBU konkretna - długa i mocna. Trochę jednak zalega. Czekoladowość i słodowość karmelowego słodu Crystal dobrze równoważą goryczkę. Wysycenie w porządku.

Ogólnie całkiem dobre połączenie chmielowej Ameryki i ciemnych, czekoladowych słodów. Szczerze mówiąc, dla mnie czekolada i karmel były w tym piwie ciekawsze niż wszechobecne już amerykańskie chmiele. Całkiem dobrze piło mi się to piwo. Nie ma w tej pozycji nic zaskakującego i ekstremalnego - ot, całkiem przyzwoity reprezentant mocno chmielonych brown ale. 

poniedziałek, 22 grudnia 2014

Piwne Święta - Saint No More 2014

Saint No More było chyba najbardziej oczekiwanym przeze mnie świątecznym piwem. Bardzo posmakowała mi zeszłoroczna edycja i ciekaw byłem co też nowego wymyśli AleBrowar, zwłaszcza, że do współpracy zaprosił Jana Halvora Fjelda z norweskiego browaru Veholt.

Co ciekawe, nowy Saint No More 2014, czyli hoppy dark ale, trafił do sklepów razem z wersją sprzed roku - single hop Simcoe. Oba piwa znalazły się jednak w butelkach opatrzonych nowymi etykietami (to właściwie ta sama etykieta w dwóch wariantach kolorystycznych), były też dostępne w zestawie "prezentowym" - ładnie zapakowane i z pamiątkową kartą. W sam raz na upominek dla znajomego piwosza. Albo dla siebie ;)


Na etykiecie widzimy oczywiście Świętego Mikołaja, ale tym razem nie jest to uśmiechnięty, brodaty grubas w czerwonym stroju. Ten Mikołaj wygląda się dość złowrogo! Saint No More otworzyłem, gdy po raz ostatni przed świętami graliśmy ze znajomymi w Warhammera, stąd pewnie moje skojarzenie postaci na etykiecie z krasnoludem, który lubi wypić mocne piwo w karczmie, a następnie solidnie komuś przyłożyć. Cóż, AleBrowar podszedł to tematu etykiety ze znaną sobie przewrotnością i humorem, choć tym razem powinno obyć się bez kontrowersji.

No ale zostawmy już tę etykietę. Saint No More 2014 jest piwem o kolorze ciemnobrunatnym, jest też dość mętne. Tworzy się nad nim solidna, gęsta i bardzo kremowa piana o beżowym kolorze, która opada powoli i ładnie zdobi szkło.


W zapachu wyczuwam przede wszystkim aromaty palonych słodów, kojarzące się z prażonymi ziarnami. Jest tu też sporo gorzkiej czekolady. Spodziewałem się raczej uderzenia nut chmielowych, które co prawda są tu obecne, ale jakby na dalszym planie i wnoszą nieco zapachu iglastego lasu. 

Po pierwszym łyku już wiedziałem, że jest... ciekawie. Saint No More 2014 to piwo bardzo wyraziste, a co za tym idzie, zdecydowanie nie dla każdego. Myślę jednak, że świetny smak, będący połączeniem gorzkiej (ale takiej naprawdę gorzkiej) czekolady, zbożowej kawy i świerkowych igieł, znajdzie swoich zwolenników. Gdzieś w tle pojawiają się też delikatne cytrusy, co tylko poprawia ogólne odczucie. Wszystko wieńczy potężna, choć nieco zalegająca goryczka o żywicznym charakterze. Gdybym musiał czegoś się przyczepić, byłoby to chyba tylko trochę zbyt wysokie wysycenie.

Czy Saint No More mi smakuje? Bardzo. Czy nawiązuje smakiem i aromatem do klimatu Świąt? Oczywiście! Nie jest to jednak kolejne słodkie, przyprawowe piwo świąteczne, a prawdziwa dawka goryczkowego szaleństwa. AleBrowar po raz kolejny udowadnia, że w tym szaleństwie jest metoda i za to należą mu się ogromne brawa.

poniedziałek, 8 grudnia 2014

Deep Love - Love will save you!


Piwo i muzyka rockowa to dwa, bardzo bliskie sobie światy. Nie trzeba do tego chyba nikogo przekonywać. Ostatnio zdarzyło się, że i piwo i pewien koncert zrobiły na mnie ogromne wrażenie. 

Zacznę od muzyki. Już od jakiegoś czasu ostrzyliśmy sobie z Mateuszem zęby na występ Swans w Warszawie i wreszcie się doczekaliśmy. Łabędzie wystąpiły w Basenie, czyli sali koncertowej zbudowanej w pomieszczeniach prawdziwej pływalni wzniesionej w latach 30 ubiegłego wieku. Publiczność stoi na dnie, w miejscu gdzie dawniej znajdowała się woda, co wygląda dość ciekawie.


Ale wróćmy do samego koncertu. Wyrwał mnie z butów. Po prostu. Widziałem w swoim życiu wiele występów muzyków reprezentujących skrajnie odmienne gatunki. Byłem na kilku koncertach black metalowych, widziałem fantastycznego wirtuoza harmonijki ustnej, a także Rammstein, którzy są uznawani za jeden z najlepiej koncertujących zespołów na świecie.

Ale to wszystko nic przy misterium, które urządził Michael Gira i jego zespół. Panowie mocno improwizowali, a poszczególne utwory trwały około 20 minut. Czego tu nie było. Nie zabrakło łączenia dźwięków, zabawy instrumentami czy nagłych przejść od spokojnego, rytmicznego bujania do prawdziwej ściany hałasu. 

Trudno pisać o muzyce, dlatego postaram się jakoś to uczucie zobrazować. Wydawało mi się, jakby Swans budowali filary wielkiej świątyni, a wrażenie to potęgowały transowe rytmy i melodyjne zaśpiewy Giry. W pewnym momencie nadszedł punkt kulminacyjny, a świątynia zwaliła mi się na głowę wraz z potężnym uderzeniem hałasu, które niczym walec przejechało po gruzach i publiczności. A to tylko jeden utwór z trwającego 2 i pół godziny koncertu.

Ale jaki ma to związek z piwem? Zdarzyło mi się ostatnio spróbować piwa które, podobnie jak zespół Swans, doskonale łączyło ze sobą pozornie wykluczające się cechy. Tak jak u Łabędzi nie czuło się żadnego dysonansu między falą hałasu, zaśpiewami wokalisty i, na przykład, brzmieniem trąbki, tak w piwie Deep Love doskonale połączono amerykańskie chmiele, belgijskie drożdże i słód żytni.

Piwo zostało uwarzone wspólnie przez AleBrowar i norweski Nøgne Ø. Znajduje się w fantastycznej butelce, ozdobionej piękną grafiką, która z pewnością wyląduje na mojej półce i jeszcze długo cieszyć będzie oczy. Jest też firmowy kapsel AleBrowaru. Zgodnie z deklaracją, piwo jest w stylu west coast belgian rye IPA, a więc możemy spodziewać się prawdziwie wybuchowej mieszanki. Dla mnie super, widać że piwna rewolucja nie zwalnia.

Piwo jest w kolorze ciemnej pomarańczy i nalewa się z prawdziwie pancerną, gęstą, białą pianą. Nie jest przejrzyste, a delikatnie mętne. Prezentuje się godnie, a jak pachnie?

Chmiele Amarillo, Chinook, Mosaic i Simcoe robią świetną robotę. Zapach jest intensywny, wręcz uderzający, a odnaleźć w nim można brzoskwinie, morele, grejpfruty czy pomarańcze. Łączy się to świetnie z delikatnymi nutami przyprawowymi, tworząc przyjemną dla nosa mieszankę. Zapach zachęca, więc i smak powinien być w porządku, sprawdźmy.

Pierwszy łyk piwa dosłownie wbił mnie w ziemię. Filarem jest przyjemna, żytnia oleistość, na której umieszczono smak owoców tropikalnych i cytrusowych. Wszystko wieńczą przyjemne nuty przypraw korzennych. Te wszystkie elementy jakoś tak zgrabnie łączą się w jedną całość i są naprawdę dobrze wyważone. Ale to nie jest jeszcze koniec. Nagle uderza potężna ale bardzo przyjemna goryczka, która mimo swojej mocy nie zalega ale świetnie dopełnia smak tego piwa. Poczułem się trochę jak na koncercie, kiedy nagle misternie budowana wokół mnie ściana zostaje zburzona przez potężny taran. Tym razem nie był to taran gitarowych dźwięków, a właśnie chmielowa goryczka.



Może zalatuje to trochę "degustacyjnym onanizmem" (pozdrowienia dla Łukasza), ale naprawdę polecam cieszyć się tym piwem w skupieniu. Można naprawdę świetnie się bawić, wyczuwając i analizując poszczególne elementy składające się na Deep Love. A jest czego szukać.

I koncert Swans i piwo Deep Love to prawdziwe majstersztyki w swojej klasie. Złożone, skomplikowane ale niesamowicie satysfakcjonujące, a przypadku piwa - pijalne. Dlatego gdy tylko zespół Michaela Giry wróci do Polski, od razu pobiegnę po bilet. A Deep Love zrobię sobie zapas.