piątek, 10 lipca 2015

Raport o stanie kraftu #6 - Letnie impresje


Panujące w ostatnich dniach upały (wreszcie!) skłoniły mnie do szukania ochłody i orzeźwienia, oczywiście nad wodą i z kilkoma dobrymi piwami w torbie.

No dobra, może nie wszystkie wymienione poniżej piwa wypiłem piątkowego wieczoru nad wodą. Oprócz Dark Citra IPA z browaru Birbant, koncernowej ciekawostki - Kasztelana Białego oraz tajemniczego Illuminatusa dzieła Genius Loci, przypałętał się też lager Hamerykansky Drim z Redenu, pity następnego, równie upalnego dnia. Sprawdźmy więc, jakie remedium na skwar przygotowali polscy rzemieślnicy i niepolski koncern.

Dark Citra IPA - Birbant


Na pierwszy ogień idzie piwo, które nie jest może najszczęśliwszym wyborem na dzień, kiedy żar leje się z nieba, a na piasku można spokojnie usmażyć jajecznicę, ale że jakoś ładnie patrzyło na mnie z lodówki, to postanowiłem również zabrać je ze sobą. Birbant Dark Citra IPA oprócz bardzo zabawnego skrótu nazwy, ma też całkiem ładną, "birbantową" etykietkę. I o ile w wyglądzie nie można mu nic zarzucić, tak w aromacie i smaku trochę brakowało chmielowego charakteru, a nuty cytrusów zostały niestety zepchnięte na dalszy plan przez ciemne słody. Piwo Birbanta bardziej niż black IPA przypomina mi amerykańską wersję stoutu. Zdatną do wypicia, ale nie wyróżniającą się niczym szczególnym i po prostu nieciekawą.

Illuminatus - Genius Loci



Czy Illuminatus to narzędzie iluminatów, które ma im posłużyć do zawładnięcia światem? Bardzo możliwe, zwłaszcza zważywszy na to, że piwo jest po prostu wyśmienite. American saison to styl dość rzadko spotykany, a przecież bardzo obiecujący, bo łączący w sobie przyprawowe nuty belgijskich drożdży i dużą dawkę chmieli. W tym przypadku, wbrew nazwie nie tylko amerykańskich - oprócz Mosaic i Amarillo, piwo doprawiono też odmianą Nelson Sauvin i Sorachi Ace. Illuminatus pachnie pięknie nawet z shakera, a w smaku wyróżnia się orzeźwiającą, wytrawną cytrusowością i przyprawowo-pieprzowym finiszem. Goryczka jest wyraźna jak na styl, ale wcale nie przesadzona i w dodatku o miłym dla gardła, grejpfrutowym charakterze. Zdecydowanie świetna pozycja na lato, z butelki równie smaczna jak w wersji beczkowej. Illuminati confirmed!

Białe - Kasztelan



Ogłoszenie pojawienia się nowych piw pod marką Kasztelana jakoś niespecjalnie mnie elektryzowało, zwłaszcza że nie były to żadne rarytasy. Stojące na półkach Białe, Chmielowe (ta jasne) i Niefiltrowane mijałem więc bez większego entuzjazmu. W międzyczasie zdążyłem jednak usłyszeć i przeczytać kilka niezłych opinii o tych piwach, a zwłaszcza pierwszym z nich, którego postanowiłem spróbować. I Kasztelan Biały wypada naprawdę nieźle! Na etykiecie piwa nie znalazło się niestety miejsce na określenie, czy jest to piwo dolnej czy górnej fermentacji (za to znalazło się na całą masę koncernowego bełkotu), ale piwo wypada zdecydowanie lepiej od swojego konkurenta - Żywiec Białe. Kasztelan smakuje po prostu jak uczciwy hefeweizen - może nieco rozwodniony i niezbyt intensywny, ale pozbawiony wad, z wyczuwalnym zapachem goździków (bardziej) i bananów (mniej), w dodatku lekko kwaskowy i orzeźwiający w smaku. Nie jest to co prawda wybitne dzieło polskiego piwowarstwa, ale zdecydowany krok naprzód dla koncernu, który do tej pory trzaskał prawie wyłącznie bezsmakowe lagery.

Hamerykansky Drim - Reden


A skoro o lagerach mowa, to warto przyjrzeć się temu uwarzonemu przez browar Reden. W przeciwieństwie do popularnych koncernówek, Hamerykansky Drim został porządnie nachmielony zaatlantycką odmianą Centennial i to właśnie chmiel odgrywa główną rolę w cytrusowym, orzeźwiającym aromacie piwa. Wyeksponowany jest on również w orzeźwiającym smaku, w którym pojawiają się owoce tropikalne, cytrusy i odrobina żywicy. Cały czas czuć przy tym, że jest to lager, a nie na przykład american pale ale. Piwo jest dość wytrawne, a goryczka nieduża, acz zaznaczająca swoją obecność na finiszu. Po każdym łyku od razu chce się wziąć kolejny, a potem pobiec do lodówki po następną butelkę. Takie lagery to ja rozumiem!

Czas na podsumowanie tego gorącego weekendu. Obiektywnie, najsłabiej z próbowanych piw wypada Kasztelan Białe, choć to wciąż całkiem niezły hefeweizen, zwłaszcza na tle innych piw koncernowych w cenie do 3 zł. Nieco rozczarował Birbant i jego Dark Citra IPA, której brakuje charakteru i wyrazu. Świetnie prezentują się z kolei piwa z browarów Genius Loci i Reden - polecam nie tylko na upały.

czwartek, 28 maja 2015

Birbant Old Ale - angielski gentleman


Wśród tłumu głośnych i pewnych siebie Amerykanów pojawił się nagle osobnik, który odstawał od nich wyraźnie swoim wyglądem i zachowaniem. Spokojny, angielski dżentelmen w dobrze skrojonym garniturze i cylindrze zdecydowanie wyróżniał się na tle pozostałych. Tylko dlaczego pachniało od niego beczką?

Przyznam, że raz na jakiś czas łapie mnie ochota na wypicie jakiegoś piwa nierewolucyjnego, bez taczki amerykańskich chmieli i monstrualnej, wykrzywiającej twarz goryczki. Ochota na nachodzi mnie zwykle w wietrzne, chłodne wieczory, kiedy człowiek ma ochotę raczej rozgrzać się nieco od środka niż szukać schłodzenia i orzeźwienia. W moim przypadku najlepiej wtedy sprawdzają się tacy właśnie flegmatyczni Anglicy, niby nudni, niezbyt odkrywczy i mało ciekawi, ale mający w sobie swój unikalny czar i urok. Skoro więc ostatnie dni maja przypominają raczej chłodny październik, postanowiłem uraczyć się piwem o wyspiarskim rodowodzie prosto z browaru Birbant.


Zanim jednak o piwie, kilka słów o stylu, który wszak na polskim rynku nie był do tej pory szczególnie reprezentowany. A właściwie wcale nie był, bo o ile czasem widziałem na sklepowych półkach stare ejle importowane z Anglii, tak nie mogę sobie przypomnieć jakiejś rodzimej interpretacji. Jak to w brytyjskich gatunkach bywa, widełki stylu są całkiem spore i zostawiają piwowarowi pole do popisu. Mianem old ale określane są trunki mieszczące się gdzieś pomiędzy tradycyjnymi, brytyjskimi piwami górnej fermentacji, a mocniejszymi barley wine. Przeważnie są to piwa dojrzewające, które powinny swoje odleżeć. Najlepiej w jakiejś beczce, która odda nieco swojego "drewnianego" smaku i aromatu. Dopuszczalne są również wszelakie dodatki, jak na przykład cukier.

Browar Birbant trzymał się wytycznych stylu i bardzo dobrze, w końcu mowa tu o statecznym angliku. Oprócz słodów do piwa trafił cukier muscovado i chmiel East Kent Golding, a całość przefermentowano drożdżami WLP022 Essex Ale Yeast. Piwo cierpliwie czekało na swoją kolej od lutego, kiedy to trafiło do leżakowania wraz z płatkami dębowymi. Nie jest to żaden narwaniec w amerykańskim stylu, wiec wywietrzenie aromatu raczej mu niestraszne. 

Old Ale ma kolor ciemnej miedzi, a pod światło mieni się szlachetnym rubinem. Piana jest za to bardzo nietrwała i szybko redukuje się do pierścienia wokół ścianek szkła, co jednak w anglikach szczególnie mi nie przeszkadza. 

Wszyscy, którzy twierdzą że angielskie style to tylko nuda i karmel, po powąchaniu Old Ale napluliby sobie w swoje hipsterskie brody. Aromat piwa Birbanta to poezja - wyraźne nuty ciemnego chleba, suszonych owoców i toffi mieszają się z zapachem ziemi, ziół i mokrego drewna. Karmel oczywiście też występuje, jakżeby inaczej, podobnie jak nieco przyjemnych nut alkoholowych.

Pierwsze wrażenie w ustach to wysoka pełnia i aksamitność tego treściwego, gęstego piwa. Podkreśla je dość niskie wysycenie, które do takich piw wyjątkowo dobrze pasuje. Smak początkowo wydaje się słodowy i karmelowy, ale to tylko pozory, bo po chwili do głosu dochodzi nuty orzechów, whisky i drewna, rozpoznawalny dla każdego, komu zdarzyło się trzymać w ustach drewnianą deseczkę. Tylko nie pytajcie po co i dlaczego... Na finiszu pojawia się wyraźny, nieco drapiący w przełyk alkohol i garbnikowa, ściągająca goryczka. 

Old Ale to zdecydowanie nie jest piwo lekkie, łatwe i przyjemne. Słodowy charakter i rozgrzewająca moc wynikająca z niemałego woltażu, sprawiają że piwo doskonale nada się za to do sączenia w deszczowy i chłodny wieczór. Zdecydowanie polecam i biegnę kupić następną butelkę.

środa, 27 maja 2015

Birbant Belgian Blond - Belgia w płynie


Klasycznych piw belgijskich mamy coraz więcej. Teraz swoją próbkę w tym stylu przedstawia browar Birbant. Sprawdźmy czy eksperymentowanie z płynnymi drożdżami wyszło Birbantowi na dobre.

Jeśli śledzicie wpisy Maćka, to dobrze wiecie, że lubimy delektowac się dobrym piwem przy jakiejś erpegowej sesji. Tym samym pieczemy dwie pieczenie na jednym ogniu - gramy i próbujemy nowych piw. Piwo Birbanta zadebiutowało na Warszawskim Festiwalu Piwa, jednak ze względu na ilość premier pominęliśmy wtedy to piwo. 

Belgian blond jest stylem nazywanym czasem belgijską odpowiedzią na europejskiego pilsa. Ma charakter podobny do lagerowego, jednak posiada o wiele bogatsze nuty smakowe i zapachowe. Oczywiście zasługą tego są drożdże, nadające fenolowy, przyprawowy charakter.

Do uwarzenia swojego piwa Birbant użył słodów jęczmiennego i pszenicznego, chmielu Magnum i Equinox. Zadane drożdże to oczywiście WLP545 Belgian Strong Ale. Piwo ma 15, 5 st. BLG i 6, 9% alkoholu. Goryczka na poziomie 39 IBU. 

Belgian Blond ma barwę pomarańczową i ciemnozłotą. Piana nie jest zbyt wysoka, jednak utrzymuje się na powierzchni piwa przez dłuższy czas pozostawiając ładną koronkę. Całość jest zmętniona i nieprzejrzysta.

W zapachu od razu można odczuć robotę belgijskich drożdży. Przyprawy, drożdże, pieprz te aromaty wychodzą na pierwszą linię. Dalej odczuwalne goździki i lekki aromat chmielowy. Wszystko wydaje się dobrze ułożone. Cóż, nie można się tutaj do niczego przyczepić.

W smaku podobnie - fenole pełną gębą, przyprawy, pieprz, gdzieś na dalszym planie goździki. Tutaj dodatkowo ujawniają się smaki cytrusowe, choć są raczej mało intensywne. Wyczuwalny jest również lekki alkohol ale nie przeszkadza tutaj za bardzo. Goryczka średnia w stronę niskiej. Chmielenie na goryczkę nie ma odgrywać tutaj wiodącej roli i tak właśnie jest. Wysycenie niskie - odpowiednie dla tego stylu.

Można więc powiedzieć, że jest to klasyczne belgijskie blond ale, które pije się bardzo przyjemnie. Nie ma w nim żadnych znaczących wad. Pijalnośc jest wysoka, a praca jaką wykonały drożdże jest dobrze wyczuwalna i nadaje piwu fajnego charakteru. Polecam każdemu to piwo - zwłaszcza fanom Leffe i Grimbergena - możecie mieć niemal to samo z polskiego browaru :)

środa, 22 kwietnia 2015

AleBrowar/Birbant Kiss the Beast - w szponach bestii


"Bestia najgorsza zna trochę litości. Ja nie jestem bestią, więc jej nie znam", napisał kiedyś William Szekspir i mimo że od wydania Ryszarda III minęły całe stulecia, to cytat ten wcale nie traci na aktualności i doskonale pasuje do dzisiejszej recenzji. Choć nie tylko, o czym za moment.

Najnowsze kooperacyjne piwo AleBrowaru i Birbanta przygotowałem sobie na cotygodniowy seans Gry o Tron. Zamiast jak niektórzy, oglądać pirackie wersje w sieci, wybrałem się do znajomego, który w akademiku odbiera HBO. Książki przeczytałem dawno i myślałem, że fabuła już raczej mnie nie zaskoczy, jakież więc było moje zdziwienie, kiedy już w drugim odcinku najnowszego sezonu GoT zaczęły pojawiać się spore odstępstwa od książkowego oryginału. Mam tylko nadzieję, że w ramach tych zmian, autorzy scenariusza nie pozwolą sobie na litość wobec niektórych bohaterów, lubianych przez widownię, a przez George'a R. R. Martina skazanych na śmierć. Szkoda byłoby widoku szoku i zaskoczenia na twarzach widzów, którzy nie czytali książki i nie są gotowi na kilka nadchodzących zwrotów akcji.

Degustacje "wyjściowe" mają także to do siebie, że zwykle nie zabieram na nie drugiego kompletu baterii do aparatu. A chyba powinienem, bo przedmioty martwe są zdecydowanie najbardziej złośliwe. Oczywiście, zaraz po zrobieniu pierwszego zdjęcia akumulatorki się wyczerpały. Liczyłem, że chociaż ten jeden obrazek się uchowa, ale okazało się, że moje nadzieje były płonne. Co do wyglądu piwa musicie więc uwierzyć mi na słowo ;)

Mogę Wam za to pokazać przepiękną, malowaną butelkę, w stylu znanym choćby z Deep Love i So Far So Dark. Powtarza się również motyw morskich bestii, obecnych na wcześniejszych, kooperacyjnych piwach AleBrowaru. Styl i jakość wykonania grafiki to już światowa klasa, a butelki z serii Hop Heads & Friends mogłyby być spokojnie stawiane w jednym rzędzie z najładniejszymi piwnymi butelkami na świecie.

Po nalaniu ukazuje nam się piwo miedziane i bardzo mętne. Otula je gęsta i zbita piana, która przykleja się do ścianek szkła. Ponad 19 stopni ekstraktu widać na pierwszy rzut oka, gdyż piwo jest niezwykle gęste i oleiste.

Styl Ultra Belgian IPA zobowiązuje. Obiecywano nam ekstremalne chmielenie i to też otrzymujemy. W aromacie rządzą cytrusy - grejpfruty i limonka, a także tropikalne owoce. Fenole i estry, nadające nut typowych dla piw belgijskich, stanowią raczej tło, podobnie jak karmelowa słodowość. Obok tych, jakże przyjemnych, aromatów pojawia się też jakiś chemiczny zapaszek, który do pierwszego łyku zachęca nieszczególnie. 

W smaku chmiel rządzi twardą ręką i w pierwszej chwili sprawia wrażenie, że piwo będzie wręcz słodkie w sposób charakterystyczny dla owoców tropikalnych. To jednak tylko złudzenie, gdyż po chwili pojawia się przepotężna goryczka, która tłumi wszelkie inne smaki i wprawia język w odrętwienie. Jej wysokość nie dziwi, jeśli weźmie się pod uwagę, że do piwa wsypano ilość chmielu pozwalającą osiągnąć teoretycznie 200 IBU. Teoretycznie, gdyż jest to wynik znacznie przewyższający możliwości kubków smakowych przeciętnego człowieka, oceniane na około 120 IBU. Niestety, ziołowa gorycz niemiłosiernie zalega w przełyku, także mniej w pewnym momencie miałem ochotę Kiss the Beast po prostu... popić. Najlepiej wodą. O ile na wytchnienie w kwestii goryczy nie ma co liczyć, to Bestia na szczęście odpuszcza jeśli chodzi o alkohol. Jest on wyczuwalny, ale na niewysokim poziomie. 

Przetrwałem starcie z Kiss The Beast, czas więc ostatecznie i bezlitośnie rozprawić się z tym chmielowym potworem. W moim odczuciu goryczka zdominowała piwo, nie pozwalając rozwinąć skrzydeł innym jego aspektom. Hopheadzi z pewnością będą nim usatysfakcjonowani, mi niestety piło się je niezbyt lekko, właśnie ze względu na tę jednowymiarowość. Kiss the Beast nie było złe, ale chętniej niż do niego powróciłbym jednak do poprzednich kooperacyjnych piw AleBrowaru.

piątek, 20 marca 2015

Birbant Miss Big Foot - stout puszczony z dymem

Kolaboracja to ostatnio bardzo popularne słowo w świecie kraftu. Wspólne warzenie daje możliwość wymiany doświadczeń i może przyczynić się do powstania czegoś niezwykłego. Ostatnio tą drogą poszedł Birbant, który rozpoczyna cykl Birbant i Przyjaciele.

Pierwsze piwo uwarzył wraz z poznańskim pubem Piwna Stopa. Autorem receptury jest piwowar domowy Sebastian Łęszczak. Miss Big Foot jest piwem w stylu smoked foreign extra stout czyli możemy się spodziewać podwyższonej wersji dry stouta. Poza tym styl ten jest tak szeroki, że możemy oczekiwać praktycznie wszystkiego. Najbardziej czekam jednak na wędzoność piwa. 

Zacznijmy od składu. Do uwarzenia piwa użyto słodu pale ale, monachijskiego, pszenicznego, Carafa I, special w, Caraaroma i palonego jęczmienia. Piwo nachmielono: Magnum, East Kent Goldings, lubelskim, Citra i Centennial. Drożdże S-05. Prawdziwie intrygujące są tu jednak dodatki: cukier Muscovado, skórki pomarańczy, polskie wędzone śliwki i laski wanilii. Brzmi super! Ekstrakt: 17, 5 st. BLG, alkohol na poziomie 7 proc.

Etykieta piwa zdecydowanie przyciąga wzrok. ;) Jest o wiele lepsza niż zwyczajowe, nudne etykiety Birbanta - za to duży plus.



Piwo ma barwę ciemnobrązową/brunatną i jest mętne (ciężko zresztą byłoby cokolwiek dostrzec w tak ciemnym piwie). Piana niezbyt obfita, beżowa z drobnymi pęcherzykami. Niestety nie możemy się nią zbyt długo nacieszyć - po chwili znika i nie zostawia śladu na szkle.  

W aromacie na pierwszy rzut nosa rzucają się zapach czekolady, wanilii i cytrusów. Jest też obecny słodkawy aromat melasy (pochodzący od cukru Muscovado). Podbudowa słodowa też lekko wyczuwalna. Nie mogłem natomiast doszukać się wędzonki, śliwek i skórki pomarańczy. 

No nic, stwierdziłem, że przy takiej ilości niuansów pewnie gdzieś jej nie wyczułem i w smaku na pewno będzie konkretny dym. Jakie było moje rozczarowanie gdy okazało się, że po wypiciu już niemal połowy butelki wędzonki dalej nigdzie nie było. Rozumiem, że piwo może mieć dużo fajnych dodatków, które robią ciekawe wrażenie, ale przecież miał to być przede wszystkim smoked stout. Obecne były smaki cytrusów, czekolady, wanilii, melasy. Paloność? Jest. Goryczka? Jest. Wędzonka? Nie stwierdzono. 

Ok, wiem, że do piwa użyto wędzonych śliwek, ale w smaku nie było niczego co mogłoby chociażby przypominać śliwki. Piwo faktycznie jest też słodkie - piwowar poszedł bardziej w kierunku słodszej odmiany FESa - tropical stouta. Pod tym względem piwu nie można nic zarzucić. Goryczka również jest całkiem przyjemna, choć delikatna. Wysycenie jest raczej niskie, ale w porządku.


Cóż, jeżeli szukacie piwa w stylu wędzonym, możecie się zawieść na Dużej Stopie. Przy tej ilości dodatków i w takim stylu, wędzoność nie jest tak wyczuwalna jak powinna być. Nie oznacza to, że piwo jest złe - pod wszystkimi innymi względami jest bardzo dobre. Zwłaszcza dobrze zaakcentowana melasa jest ciekawa w tym piwie. Można je wypić, nie nastawiajcie się jednak na wędzone doznania. 

sobota, 31 stycznia 2015

Birbant Nelson Sauvin - miłe złego początki


Nowa Zelandia kojarzy się przede wszystkim z rugby, gospodarką opartą na owcach i pięknymi krajobrazami uwiecznionymi w trylogii Władcy Pierścieni. Jak się okazuje jest to również ojczyzna kilku ciekawych odmian chmielu. Jedną z nich - Nelson Sauvin, wziął na tapetę browar Birbant.

Trzeba przyznać, że single hopy, czyli piwa doprawiane wyłącznie jedną odmianą chmielu, są ostatnio w modzie. Na naszym blogu mogliście przeczytać choćby o dwóch takich propozycjach od Doctor Brew, albo o poprzednim piwie Birbanta z tej samej serii co recenzowany dziś Nelson Sauvin - Simcoe.

O ile jednak we wspominanych piwach mieliśmy do czynienia z chmielami amerykańskimi, znanymi z intensywnego aromatu cytrusów i owoców takich jak mango czy brzoskwinie, tak w przypadku Nelson Sauvin nie wiedziałem do końca czego się spodziewać. Piłem już kilka piw doprawionych tym chmielem, ale zawsze występował on w towarzystwie i właściwie nigdy nie grał głównej roli. Potencjał jest podobno spory - w internecie można przeczytać, że Nelson Sauvin to chmiel charakteryzujący się aromatem winogron i agrestu. Brzmi super!

Etykieta piwa jest typowa dla singlehopowych piw Birbanta. Z pewnością wyróżnia się na sklepowej półce ale... cóż, powiedzmy że nie do końca odpowiada moim zmysłom estetycznym ;) Natomiast samemu piwu z wyglądu nie można nic zarzucić. Ładny, miedziany kolor i solidna biała piana mogą cieszyć oko.

Po otwarciu piwa, z butelki unosi się całkiem przyjemny zapach, który dokładnie odpowiadał teorii. Jest tu i agrest i winogrona, chyba kojarzące mi się najbardziej nie z samymi owocami czy winem, a z sokiem winogronowym. Chmiel nie jest może tak aromatyczny jak odmiany pochodzące z USA, ale pachnie wcale nie najgorzej. Spod owoców wychodziło jednak coś nieprzyjemnego, coś z czym już za chwilę miałem mieć do czynienia w pełnej krasie.

Kilka pierwszych łyków piwa nie zapowiadało jednak nadchodzącej katastrofy. Smak był wyraźnie owocowy, lekko kwaśny i cierpki, a goryczka zbalansowana i nienarzucająca się. W ustach pozostawał agrestowy, przyjemny posmak. 

Niestety w międzyczasie piwo zdążyło się ogrzać...


... a po ogrzaniu wyszła straszna, okropna, wręcz ohydna siarka. Nie taka jak od odpalonej zapałki. Raczej taka, która zmusza do zatykania nosa i panicznej ucieczki w poszukiwaniu najbliższego schronienia. Zdziwiony sprawdziłem kilka internetowych opinii i faktycznie, całkiem sporo osób skarży się na ten "aromat", który w moim przypadku po prostu uniemożliwił dokończenie (całkiem niezłego) piwa. 

Co ciekawe nie wszyscy skarżą się na ten odór, co może wskazywać, że nie w każdej butelce zamknięto małą kopalnię siarki. Być może trafił mi się egzemplarz z zainfekowanej albo wadliwej partii, może trunek po prostu zepsuł się w transporcie. Nie zmienia to faktu, że piwo, które kupiłem było po prostu niezdatne do wypicia. A szkoda, bo zapowiadało się całkiem przyjemnie. 

Moc w chmielu Nelson Sauvin jest i warto ją dobrze wykorzystać. Być może uda się to Birbantowi przy okazji następnej warki, gdyż pierwsze podejście ciężko określić inaczej niż porażka.

czwartek, 8 stycznia 2015

Double Robust Porter - Bad motherf****r

Browar Birbant odświeżył jedną ze swoich pierwszych propozycji i powrócił do stylu robust porter, tym razem nadając mu zdecydowanie większej mocy. W ten sposób, ten z definicji łagodny, angielski styl zbliża się do... porteru bałtyckiego.

Niestety nie mam porównania Double Robust Portera z jego podstawową wersją, która jakoś mi umknęła w zalewie zeszłorocznych premier. No nic, przynajmniej będę miał świeżą głowę i żadnych uprzedzeń podczas oceny tego piwa ;)

Tę fryzurę pamięta z pewnością każdy fan dobrego kina, a już na pewno fani Tarantino, do których i ja się zaliczam. Podobnie jak w przypadku podstawowej wersji porteru Birbanta, z etykiety spogląda na nas Jules Winnfield, czyli jeden z bohaterów filmu Pulp Fiction, mistrzowsko zagrany przez Samuela L. Jacksona. Wersję podwójną od zwykłej odróżnia jedynie widoczna na etykiecie śnieżynka. Może to i mało kreatywne, ale w sumie po co zmieniać naprawdę dobrą etykietę? ;)


Muszę przyznać, że Double Robust Porter zaskoczył mnie pod kilkoma względami. Pierwszym, ale bardzo pozytywnym zaskoczeniem była wspaniała piana. Dawno nie widziałem piany tak wysokiej, zbitej i gęstej niczym afro na głowie Julesa. Z daleka to czarne piwo można by pomylić z czekoladowym deserem okraszonym solidną dawką bitej śmietany.

W zapachu mamy typowe dla porterów nuty czekolady, kawy, ciasta i palonych słodów, a do tego lekkie muśnięcie ziół i tytoniu. Piwowarzy Birbanta musieli chyba dosypać sporo chmielu, skoro da się go wyczuć spod potężnej warstwy aromatów słodowych. W zapachu wyczuwalny jest też słodki alkohol, nic dziwnego skoro jest go w tym piwie aż 7,8%


W smaku dominują nuty czekolady i herbatników. Nie oznacza to jednak, że Double Robust Porter jest słodki, o nie! Wszystko dzięki kwaśno-gorzkiemu finiszowi, który kojarzy mi się z naprawdę mocną kawą. Zaskakuje też, wysoka jak na porter, palona goryczka.

W smaku piwa wyczuwalny jest alkohol, który moim zdaniem jednak całkiem nieźle wpisuje się w całość i nie jest szczególnie męczący. Sprawia za to, że piwo w sam raz nadaje się na zimę, gdyż każdy jego łyk zdecydowanie rozgrzewa i pozwala zapomnieć o panującym za oknem mrozie i leżącym śniegu.


Wysycenie piwa jest umiarkowane, dzięki czemu Double Robust Porter jest gładki i nabiera nieco likierowego charakteru. Wyższe nagazowanie z pewnością by mi w tym przypadku przeszkadzało.

Podsumowując, Double Robust Porter oceniam bardzo pozytywnie. Piwo piło mi się przyjemnie, a wyczuwalny alkohol może i mógłby być nieco bardziej ułożony, ale szczególnie mi podczas picia nie przeszkadzał. Jakby to powiedział Jules - That is a tasty beer!


wtorek, 6 stycznia 2015

Birbant Simcoe - siła w prostocie

Okres świąteczno-noworoczny nieuchronnie dobiega końca. W związku z tym, że w tym okresie sklepy piwne bywają pozamykane przez naprawdę długi czas, zapewne wielu z Was zakupy robiło wcześniej. Moje zapasy już się skończyły i teraz będę pewnie czekał na tegoroczne premiery. Zanim to nastąpi miałem do wypicia jeszcze butelkę Birbanta Simcoe.

Simcoe jest jednym z amerykańskich chmieli, których używa się do warzenia nowofalowego piwa. Używany jest przede wszystkim do piw górnej fermentacji - india pale ale, american pale ale, american india pale ale. Można go zidentyfikować po lekkim aromacie żywicznym. Stosowany jest też do chmielenia na zimno.

Takiego właśnie chmielu postanowił użyć browar Birbant do uwarzenia swego single hopa. Przyznam szczerze, że obok premiery tego piwa jak i bliźniaczego mu Mosaica przeszedłem niemal zupełnie nieświadomie. Po bliższym zapoznaniu się bliżej z tematem okazało się, że Birbant rozpoczyna swoją "światową" serię piw i zaczyna oczywiście od Stanów Zjednoczonych.

Simcoe Pale Ale nie dość, że jest single hopem, to jeszcze single maltem (użyto słodu pale ale). Jak widać Birbant stawia na prostotę. Do piwa zadano też drożdży US-05. Ekstrakt wynosi 12 st. BLG a zawartość alkoholu - 4, 7%. Piwo ma 40 IBU.

Etykieta dość standardowa jak na Birbanta. Raczej ascetyczna i bez wielu fajerwerków. Z butelki daje się wyczuć aromat cytrusowy i w drugiej kolejności żywiczny - wszystko jest więc na miejscu. Piwo ma kolor ciemnego złota, przechodzącego w bursztyn. Jest lekko mętnawe. Piana niezbyt obszerna i niewysoka, jest jednak kremowa i dobrze zbita i z drobnymi pęcherzykami.


Czas na smak. Tutaj też na pierwszy ogień rzucają się cytrusowe owoce, solidna słodowość i gdzieś w oddali, niezbyt rzucająca się żywiczność. Tak jak się spodziewałem goryczka nie jest zbyt mocna. Jest ona jednak bardzo chmielowa, która ma bardzo przyjemny charakter. Całość sprawia bardzo dobre, orzeźwiające wrażenie.

Piwo zrobiło na mnie całkiem dobre wrażenie. Chociaż american pale ale nie jest stylem bardzo ciekawym - raczej nie da się w nim odkryć niczego nowego -  to piwo jest bardzo dobrym jego reprezentantem. Wysoka słodowość w smaku i przyjemna, średnia goryczka sprawiają, że piwo jest bardzo pijalne.  Birbant pokazał, że wcale nie trzeba używac wielu słodów i chmieli, aby uzyskać dobre piwo. Simcoe Pale Ale jest najlepszym tego przykładem.

środa, 29 października 2014

Birbant E.S.B. - nie oceniaj piwa po etykiecie

Jestem wielkim fanem piw w stylach amerykańskich, mocno doprawionych chmielami zza oceanu. Jak każdy potrzebuję czasem pewnej odmiany, dlatego z zainteresowaniem oczekiwałem na spróbowanie uwarzonego ostatnio przez Birbanta piwa E.S.B. Czy browar ten poradził sobie z klasycznym, brytyjskim stylem extra special bitter?

Pierwsze co rzuca się w oczy to niestety bardzo słaba etykieta piwa. Rozumiem, że jej kolory miały nawiązywać do barw flagi Zjednoczonego Królestwa, jednak zestawienie niebieskiego i ostrej czerwieni razi w oczy i nie jest zbyt przejrzyste. Sama grafika jest charakterystyczna dla Birbanta. Jest także ciekawa, kojarząca mi się z postaciami portretowanymi w czasach schyłku dynastii Stuartów, a więc w pierwszej połowie XVII wieku, jednak w tej kolorystyce nie wygląda ona zbyt estetycznie.

Niestety, etykieta nie wygląda zbyt dobrze
Na szczęście nie etykieta w piwie jest najważniejsza. Po przelaniu go do szkła, piwo okazało się mieć głęboki, ciemnobursztynowy kolor i wysoką, kremową pianę. Wraz z kolejnymi łykami piana opadła do kożucha ładnie oblepiając teku.

W zapachu dominują przede wszystkim nuty słodowe i karmelowe. Wyraźny jest również ziołowy aromat angielskiego chmielu East Kent Goldings, który już od ponad 200 lat stosowany jest w piwach z wysp brytyjskich. Niestety, wyczułem lekki zapach kukurydzy i gotowanych warzyw, co może wskazywać na zbyt dużą zawartość DMS w najnowszym piwie Birbanta. Nie jest to na szczęście wada bardzo wyraźna, jednak w następnej warce powinna zostać poprawiona.

To co najbardziej interesujące w E.S.B. to złożony smak tego piwa. Na pierwszym planie znajduje się karmelowa słodowość z równoważącą ją goryczką, uwydatniającą się w przełyku. W tle wyczuć można owocowe estry i jakby pikantny finisz. Extra special bitter, w odróżnieniu od angielskiego pale ale, powinno być chmielone bardziej na aromat, niż na smak i goryczkę, co zostało dobrze uchwycone - ziołowy smak chmielu gra tu niewielką rolę, a goryczka nie jest przesadnie wysoka. Zachowane jest także, charakterystyczne dla stylu, dość niskie wysycenie. Niestety na minus zaliczyć muszę wybijający się momentami smak alkoholu. 

E.S.B. jest piwem dość lekkim, o przyjemnym ziołowym aromacie i ciekawym, zrównoważonym smaku, w sam raz nadającym się do wypicia podczas spotkania ze znajomymi czy przy oglądaniu meczu Premier League. Birbant dobrze odnalazł się w stylu, a po pozbyciu się kilku wad w następnych warkach, może stworzyć świetne piwo sesyjne, którego będzie mógł mu pozazdrościć niejeden angielski browar.