niedziela, 6 września 2015

Anchor IPA - gorączka złota


Amerykańska gorączka złota jest inspiracją dla wielu filmów, powieści i utworów muzycznych. Może być też inspiracją dla browarów, o czym przekonuje dobrze nam już znany Anchor Brewing. Tym razem sprawdzam klasyka - india pale ale z browaru z kotwicą.

O historii i znaczeniu Anchor Brewing dla amerykańskiego kraftu pisałem już w felietonie o piwnej rewolucji. Na potrzeby tego wpisu przypomnę tylko, że jest to browar odpowiedzialny za renesans amerykańskiego piwowarstwa rzemieślniczego. Od lat 70. przywrócił do łask wiele piwnych stylów niemal już zapomnianych, Oczywiście, w kalifornijskim browarze nie mogło obyć się bez klasycznego india pale ale.

Etykieta piwa jest niezwykłej urody. Widnieje na niej kroczący słoń z uniesioną trąbą i narzutą z symbolem kotwicy na plecach. Obecność tego egzotycznego zwierzęcia nie jest przypadkowa. Na stronie internetowej browaru możemy przeczytać krótką opowiastkę o farmerze, który nigdy nie widział słonia. Wkrótce do pobliskiego miasta miał przybyć cyrk więc przed farmerem pojawiła się szansa aby zaspokoić swoją ciekawość. Zabrał swoje konie, naładował wóz towarami aby przy okazji zarobić trochę w mieście i ruszył w drogę. Po drodze zauważył cyrkową paradę i kroczącego na jej czele ogromnego słonia. Nareszcie farmer spełnił swoje marzenie. Spotkaniem ze słoniem były jednak przerażone jego konie, które zaczęły się szarpać i wyrywać co w końcu doprowadziło do wywrócenia się wozu i zniszczenia drogich towarów, za które farmer chciał dostać dobrą cenę. "Nieważne" - zareagował farmer - "Przynajmniej zobaczyłem słonia". Od tamtego czasu powiedzieć "to see the elephant" znaczyło tyle co zaryzykować i odnieść sukces. Wkrótce to powiedzenie przylgnęło właśnie do poszukiwaczy złota.

Ale dość XIX-wiecznych opowieści! Czas przejść do piwa. Jak podaje browar do uwarzenia piwa użyto słodów pale (z dwurzędowego jęczmienia), karmelowego i munich. Piwo zostało nachmielone Cascade, Bravo, Apollo, Citra, Nelson Sauvin i chmielem eksperymentalnym o oznaczeniu Haas No. 431. Zawartość alkoholu wynosi 6, 5 %.

Piwo ma barwę bardzo ciemnego bursztynu. Piana jest dość obfita, trochę szarpana. Ma drobne pęcherzyki i jest bardzo gęsta. Przejrzyste acz mocno opalizujące. Mimo użycia amerykańskich chmieli, zapachy cytrusów i owoców tropikalnych nie są bardzo wyczuwalne. Na pierwszym planie wybija się przede wszystkim aromat żywiczny, szyszek sosnowych i w ogóle lasu. Poza tym dobrze wyczuwalna jest też podbudowa słodowa. Uwydatnia się karmelowość, która dobrze paruje się z sosnowością.

Smak potwierdza wyczuwane aromaty. Po pierwsze: mocne nuty sosnowe i żywiczne. Po drugie: tutaj w końcu wyłaniają się akcenty owocowe i cytrusowe, które nadają piwu odrobinę słodyczy. Po trzecie: również dobrze wyczuwalne słody - karmelowość i nuty prażone. Goryczka jest raczej średnia, bardzo przyjemna i nie zalega. Finisz jest wytrawny. Wysycenie jest na dobrym poziomie.

Anchor IPA zdecydowanie jest staroszkolnym ale. Nie ma tutaj tak charakterystycznych dla piwnej rewolucji intensywnych nut cytrusów i owoców tropikalnych. Czuć za to, że piwowarzy mocno przyłożyli się do słodu. Jak widać nie trzeba wrzucać ton chmielu żeby zrobić dobre india pale ale. Jeśli chcecie posmakować klasycznego india pale ale to Anchor IPA jest bardzo dobrym wyborem. Tym bardziej jeśli piwo pochodzi z browaru z taką historią jak Anchor Brewing. 

czwartek, 4 czerwca 2015

Doctor Brew Polaris - nieudana wyprawa


Browar Doctor Brew postanowił wybrać się na wyprawę polarną i swoje najnowsze piwo oparł na nowofalowym, niemieckim chmielu Polaris. Niestety, ekspedycja ta okazała się być równie nieudana co próba zdobycia bieguna południowego przez Roberta Scotta.

Niektóre przedsięwzięcia są od początku skazane na porażkę. Początkowe, błędne założenia sprawiają że późniejsze starania, choćby i największe, nie pozwalają zapewnić sukcesu. Tak było również z polarną ekspedycją Scotta, Anglika który podjął wyścig z Roaldem Amundsenem o zdobycie bieguna południowego. Niestety, szereg złych decyzji podczas przygotowania misji, niedostosowanie wyprawy to panujących na Antarktydzie warunków i pewna doza typowej dla Brytyjczyków buty, sprawiły że wyprawa zakończyła się tragicznie. Ekspedycja nie tylko dotarła na miejsce po Norwegach, ale również nie zdołała dotrzeć do przygotowanych zawczasu obozów. 

A skąd te "polarne" skojarzenia? Budzi je użyty przez Doktorów niemiecki, nowofalowy chmiel Polaris. Ma on w założeniu dawać ciekawy i orzeźwiający efekt mentolu, przypominający nieco miętowego cukierka. Niestety, efekt osiągnięty przez browar można porównać nie z sukcesem Amundsena, a zupełną porażką Scotta.

Zacznijmy jednak od aspektów wizualnych. Nowe etykiety piw Doctor Brew, w jakiś sposób nawiązujące do idei piwa, wypadają całkiem ładnie. No i po zmianie stylu etykiet BrewDoga nie kojarzą się już tak wyraźnie z tym szkockim browarem. Tym razem mamy ciekawy motyw mrozu osadzającego się zimą na szybach i "zimową" kolorystykę.

Piwo jest nieco zmętnione, ale nie ma tu przesadnie wiele drobinek czy osadu, które w innych piwach z tego browaru się zdarzają. Trunek ma ciemnozłotą barwę, a piana, choć początkowo obfita, to bardzo szybko opada. 

Aromat piwa jest całkiem przyjemny, choć oczekujących intensywności zapachów rodem z piw chmielonych "amerykańcami" muszę zasmucić. Przede wszystkim wyczuwalna jest bowiem słodowa karmelowość i landrynki. Dopiero po niej można wyczuć nieco nut ziołowych i owocowych. Mięty ani mentolu w zapachu nie stwierdzono.

W smaku również prym wiodą słody, a piwo jest w pierwszej chwili wyraźnie słodkie. W porównaniu do innych piw Doctor Brew to spore zaskoczenie, czyż nie? Akcent chmielowy jest obecny w postaci dużej ilości ziół, nieco mniejszej owoców i tym co miało wyróżniać Polaris, a więc smakiem kojarzącym się z tanimi cukierkami miętowymi czy lodem prosto z zamrażarki. Wraz z zalegającą, nieprzyjemną, ziołową goryczką pojawił się również niekoniecznie pożądany posmak czosnku. Biorąc pod uwagę wyraźną słodowość, nie mogę się oprzeć wrażeniu, że chmiel po prostu mało wnosi do tego piwa, którego smak nie jest ani szczególnie intensywny, ani interesujący.

Tym sposobem docieramy do podsumowania, które będzie dla Doctor Brew surowe niczym pogoda na Antarktydzie. Niestety, Single Hop Polaris IPA to moim zdaniem piwo zwyczajnie i od początku nieudane. Zbyt słodowo-karmelowe i ciężkie do swobodnego popijania, zbyt mało wyraziste aby przedstawić je jako interesującą nowość. Przyczyna tego stanu rzeczy tkwi zapewne w chmielu, który najwyraźniej na single hop się po prostu nie nadaje. 

środa, 15 kwietnia 2015

Raport o stanie kraftu #4


No i mam za swoje. Dopadło mnie jakieś wredne choróbsko, które sprowadziło klątwę kataru i zatkanego nosa. W takich warunkach pić piwa się nie da, wiec na kilka dni musiałem przerzucić się na herbatę i sok malinowy. A liczba butelek oczekujących na otwarcie wciąż rośnie...

Na tak czarną godzinę byłem jednak przygotowany! Oto przed Wami opisy kilku piw, które miałem okazję pić już kiedyś, w wersji lanej bądź też butelkowej. Jedno z nich, Geezer z browaru Kingpin, próbowałem całkiem niedawno, zaś pozostałe piwa, a więc Golden Monk i HopSasa autorstwa AleBrowaru oraz Call Me Simon, powstałe w kooperacji browaru Pinta z vlogerem Simonem Martinem, powróciły do mojej lodówki po dłuższej nieobecności.

Golden Monk - AleBrowar




Saison IPA to wynalazek ciekawy, wpisujący się w pewien trend łączenia belgijskich drożdży i amerykańskich chmieli w jednym piwie. AleBrowar dodał do tego jeszcze kandyzowany cukier i... sporą kontrowersję dotyczącą pierwotnej etykiety Złotego Mnicha. Ślady shitstormu do dziś można z łatwością znaleźć w sieci. Mnie bardziej interesowało jednak jak wygląda i smakuje Golden Monk Anno Domini 2015. Piwo ma kolor ciemnej miedzi i jest wyraźnie zmętnione, zwieńczone niewielką warstewką piany. W aromacie mamy swoistą równowagę sił między Belgią i Ameryką - cytrusy i owoce tropikalne łączą się z karmelem, nutami bananów, kwiatów i pieprzu, jednak żaden z tych zapachów nie dominuje całości. Smak piwa jest interesujący, bo prawdziwie słodko-gorzki. Wyraźna karmelowa słodycz i smaki owocowe płynnie przechodzą w wyraźną, cytrusową goryczkę. W tle pojawia się też posmak alkoholowy, który w połączeniu ze sporą treściwością, sprawia że pod koniec butelki piwo zaczyna już męczyć. Nie jest to zdecydowanie piwo codzienne, ale raz na jakiś czas... Czemu nie? 

Hop Sasa - AleBrowar



Do niedawna aromatyczny potencjał polskich chmieli był raczej niedostrzegany przez piwowarów. Ostatnimi czasy to się jednak zmienia, czego przykładem może być seria PLON z browaru Kormoran, Zefir uwarzony przez Olimp z dodatkiem chmielu Oktawia, czy opisywane właśnie Hop Sasa - IPA nachmielone rodzimą odmianą Iunga, zwykle dodawaną w celu podniesienia poziomu goryczki. Na pierwszy rzut oka piwo można by pomylić z jasnym lagerem, ma bowiem jasnozłoty kolor i jest otulone śnieżnobiałą pianą. Tu podobieństwa się kończą. Od Hop Sasa bije woń dojrzałych jabłek, żywicy i ziół, jakże odmienna zarówno od bezzapachowych lagerów, jak i mocno cytrusowych IPA w stylu amerykańskim. W smaku owocowa słodycz kontrowana jest mocną, trawiastą goryczką, a piwo sprawia wrażenie lekkiego i mocno orzeźwiającego. Hop Sasa raczej nikogo nie zachwyci, a polskie chmiele nie zdetronizują odmian amerykańskich, jednak warto docenić próby odkrycia drzemiącego w nich potencjału. A latem chętnie Hop Sasę powtórzę.

Geezer - Kingpin


      

Z wkurzonym Irlandczykiem miałem okazję zmierzyć się wcale nie dawno, na oficjalnej premierze (z której fotorelację możecie obejrzeć tutaj). Piwo beczkowe bardzo mi posmakowało, toteż nie wahałem się zbyt długo i zakupiłem butelkę przy pierwszej możliwej okazji. Gezeer to kolejne piwo browaru Kingpin w którym nie pożałowano "wspomagaczy". Jest to stout z dodatkiem słodu wędzonego torfem, wanilii, laktozy i espresso, a to wszystko leżakowane na płatkach dębowych. Czyli na bogato. Już na pierwszy rzut oka widać ciemnobrunatny, niemal czarny kolor trunku i potężną, beżową pianę o kremowej konsystencji. Aromat i smak wersji butelkowej jest równie złożony i bogaty jak w piwie lanym. Kawa, wanilia i whisky to połączenie bardzo dobrze pasujące do stoutu, zwłaszcza gdy dodatki są tak dobrze zbalansowane, jak w przypadku Geezera. Zdecydowanie polecam kawoszom, whisky-headom i fanom Smoky Joe, a ja już zacieram ręce w oczekiwaniu na podkręconą wersję "Turbo".

Call Me Simon - Pinta



Call me Simon, czyli piwo uwarzone przez browar Pinta we współpracy z walijskim vlogerem Simonem Martinem, otworzyłem sobie przy okazji meczu Polska-Irlandia. I o ile poziom rozgrywki na boisku mógł doprowadzić jedynie do płaczu i zgrzytania zębów, tak piwo okazało się być całkiem smaczne. Swoją drogą, zeszłoroczną edycję też piłem przy okazji jakiegoś meczu, choć w tym momencie nie przypomnę sobie już kto z kim grał, ani tym bardziej jaki był wynik. Zapamiętałem za to, że piwo miało mocno chmielowy aromat i zdecydowanie słodowy, karmelowy smak. W tym roku jest podobnie - nos atakują nuty cytrusów, żywicy, ale także tostów, a w ustach dominują karmelki i biszkopty z dodatkiem cytryny. Piwo jest gęste i treściwe, przymiotnik "imperial" nie wziął się więc z niczego. Na szczęście nie jest przesadnie słodkie, gdyż w smaku pojawia się też nieco kwaśności i wyraźna, nieco zalegająca na języku, goryczka. Bardzo smaczne piwo, odległe od klasycznych, dość nudnych, przedstawicieli stylu.

W dzisiejszym przeglądzie brak większych rozczarowań. Najmniej posmakował mi Golden Monk, jednak z pewnością nie można powiedzieć, że jest to złe piwo. Pozostałe propozycje trzymają wysoki poziom i mogę je zdecydowanie oraz z czystym sumieniem polecić.

środa, 18 marca 2015

Beer City Krak I - konserwatywne skrzydło rewolucji


Beer City weszło na rynek z dość odważnym planem - warzenie piw w stylach nierewolucyjnych. Browar obrał drogę niełatwą, bo jego piwa będą zestawiane z klasykami w swoich gatunkach, a ewentualnych błędów nie uda się przykryć wiadrem amerykańskiego chmielu. 

Pierwsze piwo Beer City zowie się Krak, ale w przeciwieństwie do Cracka, warzonego swego czasu przez Pracownię Piwa, nie jest to stout, a angielskie IPA. W składzie nie znajdziemy więc chmielu zza oceanu, a rodzimą Iungę i wyspiarski Fuggles, czyli dość popularny w piwach brytyjskich chmiel aromatyczny. Ciekawa jest sprawa, dodanej do nazwy piwa, rzymskiej cyfry I. Otóż, twórcy browaru postanowili na etykietach oznaczać numer warki, co według mnie jest pomysłem całkiem ciekawym, natomiast może się w przyszłości okazać niepraktyczne. Zwłaszcza, jeśli Beer City będzie warzyć to piwo długo, czego browarowi oczywiście życzę. 

Twórcy Beer City to z wykształcenia historycy, co tłumaczy i styl etykiety i pojawiający się na kontrze cytat z kronikarza Hartmana Schedela dotyczący piwnych tradycji mieszczan krakowskich. Butelka, moim zdaniem, ładnie się prezentuje i wyróżnia na tle nowoczesnego wzornictwa, królującego na półkach polskich sklepów z piwem. Ale mogę nie być obiektywny - swego czasu uczestniczyłem w ruchu rycerskim i miłość do średniowiecznej sztuki czy architektury pozostała mi do dziś ;)

Po przelaniu do szkła, piwo okazuje się mieć kolor bardzo mocnej herbaty. Piana, mimo najszczerszych chęci, nie chciała się zbudować i bardzo szybko znikła niemal całkowicie.

W aromacie, jak to w angielskich IPA bywa, nie brakuje karmelu. Na szczęście pojawia się i ziołowo-korzenny akcent chmielowy, a w tle nuta maślana i jakby delikatne owoce. Aromat nie jest jednak szczególnie intensywny i każdy kto liczy na zmasakrowanie nozdrzy, srogo się zawiedzie.

Karmelowa słodycz pojawia się również w smaku, ale karmelki płynnie przechodzą w nutę ziołowo-trawiastą. Goryczka nie jest szczególnie wysoka, ale wyraźnie odznacza się na finiszu. Wiele więcej o smaku tego piwa napisać nie można, bo i najzwyczajniej niewiele się w nim dzieje. 

Krak jest piwem niezbyt zajmującym i wymagającym, ale, co za tym idzie, nie wymaga specjalnego skupienia i koncentracji. Czyli jako tło spotkania w multitapie nada się całkiem nieźle, choć trudno jest się tym piwem delektować i niektórzy mogliby je uznać za po prostu nudne. Taka już chyba uroda angielskiego IPA. Mam jednak wrażenie, że Freddie wypadł nieco lepiej.

Zostawiając już Kraka - kilka słów o kolejnym piwie browaru, którym ma być klasyczny, niemiecki altbier o nazwie... Wit, która może przecież zmylić niektórych piwoszy. rozumiem, że chodzi tu o postać Wita Stwosza, który był w końcu Niemcem z krwi i kości, jednak wydaje mi się, że szansa na uwarzenie witbiera o ciekawej nazwie i interesującym kontekście historycznym właśnie ominęła Beer City przejeżdżając gdzieś po obwodnicy piwnego miasta. A przecież innych, inspirujących odniesień "niemieckich" w bogatej historii Krakowa by nie zabrakło.


środa, 11 lutego 2015

Czy przeterminowane IPA da się pić? Carrie z Kaapse Brouwers


Dzisiaj taki wpis - ni to recenzja, ni to felieton. Ot, chciałem się z Wami podzielić wrażeniami z wypicia przeterminowanego piwa w stylu india pale ale. Jak wyszło? Przekonajcie się sami.

Carrie z Kaapse Brouwers miałem wypić o wiele wcześniej jednak nadmiar innych obowiązków, ciągłe premiery, a w końcu przeziębienie przez które nie wyczułbym chmielu nawet w 1000 IBU od Mikkellera zmusiły mnie do odłożenia moich planów. Tak więc piwo stało i czekało, czekało, czekało, aż w końcu przypomniałem sobie o nim. Zauważyłem jednak, że data ważności minęła. Termin spożycia mijał ostatniego dnia stycznia. Postanowiłem mimo wszystko je wypić, gdyż mimo wszystko od terminu nie minęło aż tyle czasu. Poza tym, przeterminowana IPA to zawsze coś nowego.

Oczywiście tydzień po terminie nie jest jakąś straszną tragedią, jednak musiałem wziąć pod uwagę, że to IPA. Tego piwa raczej się nie leżakuje - chyba, że eksperymentalnie. Styl ten znany jest też z tego, że dość szybko traci swoje walory aromatyczne i smakowe. Chmiele szybko ulatniają się z takiego piwa i goryczka też nie jest tak dobrze odczuwalna. Ogólnie im wcześniej pije się IPA tym lepiej.


Nieszczęsnym piwem, które zdążyło się przeterminować było Carrie z Kaapse Brouwers (a właściwie De Molen bo tam zostało uwarzone). Piwo na etykiecie reklamowane jako strong IPA. Nie wiem czy 6, 5 proc. alkoholu i 16 stopni Plato to "strong", no ale niech będzie. Składniki się zgadzają: jest słód pilzneński, karmelowy, chmiele: Simcoe, Amarillo, Chinook i Cascade. 39 stopni EBU.

Kłopoty zaczęły się już na początku. Ledwo zacząłem otwierać butelkę a piwo już powędrowało do góry  Ostatecznie nie obyło się bez małej powodzi piany, która zresztą była tak obfita, że aby napić się piwa musiałem trochę odczekać. Czyli nie zaczęło się najlepiej. Wysoka piana, chociaż ładnie wygląda nie jest odpowiednia dla tego stylu. Dalej nie było lepiej - piwo było niemal nieprzejrzyste i gęste jak zupa. Z podobną nieprzejrzystością spotkałem się jak dotąd tylko przy sahti (pijąc Koniec Świata z Pinty). Kolor również dość ciemny jak na IPA, niemal jasnobrązowy.


Aromat był już trochę lepszy. Można było wyczuć chmiele. Pojawiła się nawet słodycz. Nie była to jednak słodycz owoców tropikalnych, a raczej słodycz winna. Mogłem się więc obawiać najgorszego - że piwo skwaśniało. I faktycznie po wypiciu kilku łyków można było wyczuć smak słodko-kwaśny. Zaskakująco goryczka jeszcze nie uleciała i chociaż było zdecydowanie za słaba jak na IPA można ją było całkiem dobrze wyczuć

Cóż, w sumie spodziewałem się, że piwo nie będzie rewelacyjne i takie też było. Pozostawienie IPA na dłuższy czas nie jest zbyt dobrym pomysłem. Dlatego zawsze warto je pić jak najwcześniej po uwarzeniu. Czy warto próbować przeterminowane IPA? Można, to które ja wypiłem nie było tragiczne, pytanie tylko: po co? Moim zdaniem, jak leżakować to tylko ciemne, mocne piwa. 

środa, 19 listopada 2014

Mosaic/Centennial IPA - inwazja single hopów

Dziś wyjątkowo zrecenzuję dwa piwa, niby bardzo podobne, a jednak nieco się różniące. Tym co będzie je od siebie odróżniać jest użyty chmiel. W szranki stają amerykańskie odmiany, które nieodłącznie związane są z piwną rewolucją - Mosaic i Centennial.

Doctor Brew wykonał bardzo ciekawy eksperyment. Uwarzył dwa piwa o jednakowych parametrach ekstraktu (16% wag.) oraz IBU (71). W obu przypadkach użyto również wyłącznie słodu Pale Ale, identyczna jest również zawartość alkoholu, która wynosi 6,2% obj. Piwa należą do kategorii tak zwanych single hopów, które przyprawiane są tylko jedną odmianą chmielu. W większości stylów amerykańskich typowe jest używanie wielu chmieli, z których jedne są odpowiedzialne za aromaty, a inne za charakterystyczną goryczkę.

Piwosze, którzy znają poprzednie piwa Doctora Brew z pewnością przypomną sobie, że taki sam skład, z wyjątkiem oczywiście chmielu, zawierało jedno poprzednich piw tego browaru - dobrze odebrane Kinky Ale. Moim zdaniem, użycie identycznych proporcji surowców to dobry wybór, pozwalający skoncentrować się na aromatach i smakach wnoszonych przez intensywnie aromatyczne chmiele.

W obu przypadkach mamy do czynienia z typową dla doktorów, prostą i charakterystyczną oprawą graficzną etykiet. Na kontretykietach, oprócz danych dotyczących piwa, mamy także bardzo interesujące opowiastki, których treści zdradzać nie będę. Zachęcam jednak do zapoznania się z nimi samodzielnie. Oba piwa mają miedzianą, ciemnobursztynową barwę i białą, drobną pianę która długo się utrzymuje i pięknie zdobi szkło. Co do wyglądu nie mam więc nic do zarzucenia.


Centennial IPA charakteryzuje się przyjemnym zapachem o charakterze owocowo-cytrusowym. Z kolei w piwie chmielonym odmianą Mosaic, wyczuwam zdecydowane nuty nie tylko cytrusów i owoców, takich jak mango, ale również akcenty kwiatowe i żywiczne. Zapach obu piw zdecydowanie zachęca do ich spróbowania, jest wyraźny i zdecydowany.

Największym zaskoczeniem jest to, jak oba piwa różnią się w smaku. Mimo użycia tego samego słodu oraz nachmielenia na identyczny poziom goryczki, różnica ta jest łatwo wyczuwalna. Chmiel Centennial nadał piwu zdecydowanej goryczki o ziołowym, nieco alkoholowym charakterze. Są tu obecne nuty owocowe, jednak to goryczka zajmuje pozycję dominującą. Mosaic IPA odznacza się za to smakiem bardzo złożonym, w którym początkowo pierwsze skrzypce grają akcenty słodkich owoców i cytrusów, a finiszem rządzi ziołowa goryczka, jednak nie aż tak zdecydowana jak w drugim z piw Doctora Brew.


Obie propozycje to interesujące ciekawostki dla fanów amerykańskich chmieli lub osób, które chcą poznać w praktyce cechy odróżniające ich poszczególne odmiany. Choć oba piwa są zdecydowanie warte spróbowania, to bardziej zasmakowało mi Mosaic IPA, gdyż jego smak jest ciekawszy, a goryczkowość Centenniala może być na dłuższą metę męcząca. Można jednak śmiało powiedzieć, że piwowarzy Doctora Brew udowodnili, że na amerykańskich chmielach znają się jak mało kto w Polsce, a ich eksperyment zakończył się pełnym sukcesem. Czekam z niecierpliwością na kolejne single hopy z tego browaru.

czwartek, 6 listopada 2014

Nelson IPA – patentowany most Nelsona do ataku na pierwszą klasę

Admirał Horatio Nelson uchodzi za najwybitniejszego admirała floty brytyjskiej. Jego odwaga i brawura dały Royal Navy wiele zwycięstw. Znany z tego, ze niewiele robił sobie z rozkazów dowódców zginął w bitwie pod Trafalgarem odnosząc jednocześnie spektakularne zwycięstwo. Jemu browar Krajan poświęcił swoje piwo.

Nelson IPA to pierwszy eksperyment tego browaru z gatunkiem india pale ale. Kujawski browar oferuje szeroką acz standardową ofertę piw. Chyba jednym z najbardziej znanych piw tego borwaru jest Irlandzkie w różnych odmianach.



Nelson IPA jest dla niego swego rodzaju wyzwaniem. Na etykiecie (bardzo ładnej swoją drogą) możemy wyczytać, że piwo uwarzono z dodatkiem chmieli Perle, Marynka, Sybilla i Lubelski. Niestety producent nie podał, jakich słodów użył do piwa. Piwo ma 6% alkoholu i 14,1 % ekstraktu. Poza tym Krajan nie raczy nas zbyt wieloma informacjami o swoim piwie.

Po otwarciu piwo wydziela dość intensywny aromat słodowy. Lekko wyczuwalny jest też aromat estrowy. Po jakimś czasie ujawnia się też zapach żelaza (gwoździ, monet). Już po nalaniu widać ładną, białą średnio- i drobnopęcherzykową pianę, raczej średniej długości. Piana utrzymuje się przez jakiś czas. Piwo w barwie jest bursztynowe i raczej klarowne.

W smaku również przeważają nuty słodowe. Niestety chmiel jest niewyczuwalny i piwo nie może pochwalić się zbyt dużą goryczką. Cóż, nie możemy jednak spodziewać się dużej goryczki po polskich chmielach. Tak jak w aromacie ujawnia się jednak od razu smak żelaza, co jest największą wadą tego piwa.

Piwo ma średnie wysycenie i pije się je całkiem przyjemnie. Nie jest to jednak india pale ale wspomnianej w tytule pierwszej klasy. Widać, że browar Krajan próbuje swoich sił na polu piwnej rewolucji, jednak Nelson na pewno rewolucyjny nie jest. Raczej w przyszłości go nie kupię. Zawsze jednak należy cieszyć się faktem, że kolejny browar próbuje swoich sił w nowym stylu. Być może Krajan nie powiedział jeszcze ostatniego słowa.