niedziela, 2 sierpnia 2015

Doctor Brew Black Abbey - stout klasztorny


Z belgijskich piw klasztornych w Polsce znane są przede wszystkim dubbel, tripel i quadrupel. Mało natomiast u nas ciemnych piw klasztornych. Z tym problemem próbuje się Doctor Brew wypuszczając swoją interpretację piwa belgijskiego ciemnego prosto z klasztornej piwniczki.

Ciemne piwo klasztorne nie jest popularne nawet wśród fanów piwa rzemieślniczego. Po parametrach tego piwa można jednak wywnioskować, że będzie to coś na pograniczu dubbla (ekstrakt 16 Blg). W związku z tym, że Doktorzy nigdzie dokładnie nie określili jaki to styl, można więc chyba to piwo określić mianem ciemnego dubbla. Znając ten browar możemy spodziewać się mocnego nachmielenia - pytanie jednak czy w tym stylu będzie to na miejscu. 

Klasyczna etykieta Doctor Brew zawsze mi się podobała. Teraz dodano do niej kontrastujący, rozkwitający, pomarańczowy kwiat. Nieźle to wygląda. Obok zwyczajowych informacji na etykiecie równie zwyczajowy wierszyk. Daruję sobie cytowanie go, żeby nie psuć Wam zabawy.

Piwo uwarzono na słodach: pale ale, monachijskim, karmelowym i czekoladowym. Użyto amerykańskich chmieli: Simcoe, Cascade, Mosaic i Centennial. Robotę mają wykonać drożdże Fermentis Abbaye - jak sama nazwa wskazuje - drożdże dedykowane dla piw klasztornych, które mają zadbać o odpowiednią "belgijskość" w piwie. O ekstrakcie już wspominałem, zawartość alkoholu 6,2 %. Goryczka na poziomie 58 IBU.

Piwo faktycznie jest niemal czarne i oczywiście nieprzejrzyste. Piana średnia, beżowa i drobnopęcherzykowa. Dobrze odkłada się na szkle i zostawia ładną koronkę.

W aromacie wyczuwalne przede wszystkim ciemne słody, czekolada, karmel, nieco nut palonych. Swoje trzy grosze dorzucają też chmiele - są tu więc obecne też nuty cytrusowe i owoców tropikalnych. Brakuje za to trochę aromatów typowo belgijskich,

W smaku podobnie: piwo jest bardzo słodkie na starcie. Czekolada, tropikalne owoce, ale też wciąż obecne nuty palone i cytrusy. Goryczka wzmocniona przez nuty palone jest średnia, średnio-wysoka. Na finiszu wyważa słodycz ciemnych słodów. Po ogrzaniu wydawało mi się, że odkrył się alkohol, bądź co bądź końcówka piwa była już dla mnie nieco męcząca. Wysyceniu nie mogę nic zarzucić. Jednak w piwie brakuje tego co określałoby je jako klasztorne. Praktycznie nie ma tutaj tak charakterystycznych dla piw belgijskich nut estrowych. Cóż, jeżeli ktoś określa swoje piwo mianem klasztornego belgijskiego to wypadałoby żeby coś belgijskiego w tym piwie było. Nie pomogły tutaj nawet nowe drożdże Fermentis Abbaye, które miały dodać piwu trochę "belgijskości". Black Abbey to w praktyce bardziej stout niż dubbel. 



Nie oznacza to, że piwo jest złe. Ba, jako stout jest naprawdę niezłe, ale spodziewałem się czegoś innego. Więc jeśli szukacie typowego piwa belgijskiego to raczej Black Abbey nie spełni Waszych oczekiwań. Natomiast jeśli chcecie dobrze nachmielonego stouta ze średniej półki to nowe piwo Doctor Brew jest w sam raz dla Was.

czwartek, 4 czerwca 2015

Doctor Brew Polaris - nieudana wyprawa


Browar Doctor Brew postanowił wybrać się na wyprawę polarną i swoje najnowsze piwo oparł na nowofalowym, niemieckim chmielu Polaris. Niestety, ekspedycja ta okazała się być równie nieudana co próba zdobycia bieguna południowego przez Roberta Scotta.

Niektóre przedsięwzięcia są od początku skazane na porażkę. Początkowe, błędne założenia sprawiają że późniejsze starania, choćby i największe, nie pozwalają zapewnić sukcesu. Tak było również z polarną ekspedycją Scotta, Anglika który podjął wyścig z Roaldem Amundsenem o zdobycie bieguna południowego. Niestety, szereg złych decyzji podczas przygotowania misji, niedostosowanie wyprawy to panujących na Antarktydzie warunków i pewna doza typowej dla Brytyjczyków buty, sprawiły że wyprawa zakończyła się tragicznie. Ekspedycja nie tylko dotarła na miejsce po Norwegach, ale również nie zdołała dotrzeć do przygotowanych zawczasu obozów. 

A skąd te "polarne" skojarzenia? Budzi je użyty przez Doktorów niemiecki, nowofalowy chmiel Polaris. Ma on w założeniu dawać ciekawy i orzeźwiający efekt mentolu, przypominający nieco miętowego cukierka. Niestety, efekt osiągnięty przez browar można porównać nie z sukcesem Amundsena, a zupełną porażką Scotta.

Zacznijmy jednak od aspektów wizualnych. Nowe etykiety piw Doctor Brew, w jakiś sposób nawiązujące do idei piwa, wypadają całkiem ładnie. No i po zmianie stylu etykiet BrewDoga nie kojarzą się już tak wyraźnie z tym szkockim browarem. Tym razem mamy ciekawy motyw mrozu osadzającego się zimą na szybach i "zimową" kolorystykę.

Piwo jest nieco zmętnione, ale nie ma tu przesadnie wiele drobinek czy osadu, które w innych piwach z tego browaru się zdarzają. Trunek ma ciemnozłotą barwę, a piana, choć początkowo obfita, to bardzo szybko opada. 

Aromat piwa jest całkiem przyjemny, choć oczekujących intensywności zapachów rodem z piw chmielonych "amerykańcami" muszę zasmucić. Przede wszystkim wyczuwalna jest bowiem słodowa karmelowość i landrynki. Dopiero po niej można wyczuć nieco nut ziołowych i owocowych. Mięty ani mentolu w zapachu nie stwierdzono.

W smaku również prym wiodą słody, a piwo jest w pierwszej chwili wyraźnie słodkie. W porównaniu do innych piw Doctor Brew to spore zaskoczenie, czyż nie? Akcent chmielowy jest obecny w postaci dużej ilości ziół, nieco mniejszej owoców i tym co miało wyróżniać Polaris, a więc smakiem kojarzącym się z tanimi cukierkami miętowymi czy lodem prosto z zamrażarki. Wraz z zalegającą, nieprzyjemną, ziołową goryczką pojawił się również niekoniecznie pożądany posmak czosnku. Biorąc pod uwagę wyraźną słodowość, nie mogę się oprzeć wrażeniu, że chmiel po prostu mało wnosi do tego piwa, którego smak nie jest ani szczególnie intensywny, ani interesujący.

Tym sposobem docieramy do podsumowania, które będzie dla Doctor Brew surowe niczym pogoda na Antarktydzie. Niestety, Single Hop Polaris IPA to moim zdaniem piwo zwyczajnie i od początku nieudane. Zbyt słodowo-karmelowe i ciężkie do swobodnego popijania, zbyt mało wyraziste aby przedstawić je jako interesującą nowość. Przyczyna tego stanu rzeczy tkwi zapewne w chmielu, który najwyraźniej na single hop się po prostu nie nadaje. 

środa, 1 kwietnia 2015

Raport o stanie kraftu #3


Mówi się, że do trzech razy sztuka, a więc pora na trzeci już raport na temat piw powracających, stale obecnych w sklepach lub wcześniej próbowanych przeze mnie w wersji beczkowej lub butelkowej. 

Na sklepowe półki powróciły niedawno dwa piwa, które swego czasu zrobiły sporo zamieszania. Mowa oczywiście o Kinky Ale uwarzonym ponownie przez Doctor Brew przy znaczącym udziale chmielu Equinox, a także o potężnym piwie Winchester, które zeszłej jesieni miażdżyło kubki smakowe potężnym chmieleniem i fantastyczną, grejpfrutową goryczką. Tradycyjnie będzie też i Pinta. W dwóch, jakże odmiennych, odsłonach - jasnej i niezwykle lekkiej (Grodziskie) oraz czarnej niczym smoła (Lublin to Dublin).

Kinky Ale - Doctor Brew



Już się obawiałem, że na nową odsłonę Kinky Ale będziemy musieli czekać tak długo jak Janusz Korwin-Mikke na wygrane wybory. Czyli bardzo, bardzo długo. Na szczęście, po wielu miesiącach, odmiana chmielu Equinox wreszcie dotarła do Polski, a następnie do gabinetu piwnych doktorów, którzy zajęli się nią odpowiednio. Na skutek kuracji powstało niezwykle aromatyczne piwo z wyraźną goryczą i zdecydowanie owocowym smakiem. Gdybym miał jednym słowem określić zapach i smak Kinky Ale, musiałbym powiedzieć, że są one... różowe. Kojarzą mi się z dojrzałymi jabłkami, malinami, słodką brzoskwinią i pieprzem, którym doprawiono tę owocową sałatkę. Pewnym zgrzytem jest tylko dość długa, zalegająca w ustach goryczka. Ten mały zgrzyt nie przesłania jednak faktu, że zdecydowanie warto było czekać.

Winchester - Faktoria



W październiku zeszłego roku Winchester wypalił i narobił niezłego zamieszania. Piwo szybko zyskało bardzo dobre opinie wśród konsumentów, a blogerzy piali z zachwytu, że wreszcie pojawiło się polskie imperialne IPA na światowym poziomie. Chcąc nie chcąc do tego chórku się przyłączyłem i niecierpliwie oczekiwałem na nową warkę Winchestera. Ta okazała się niezwykle smaczna i dorównująca poziomem poprzedniej, genialnej odsłonie. W aromacie nie brakuje potężnej dawki chmielu, a landrynkowa słodowość, choć wyczuwalna, nie wybija się ponad cytrusy i tropikalne owoce. W smaku przeszkadzał mi nieco wyraźny posmak alkoholowy, którego nie jest w stanie przykryć nawet bardzo konkretna, grejpfrutowo-pestkowa goryczka. Mimo tego, drobnego, mankamentu to wciąż jedno z lepszych double IPA na naszym rynku. Nieprzesadnie słodkie, przyjemnie wytrawne i bardzo wyraźnie goryczkowe. Oby tak dalej!

Grodziskie 4.0 - Pinta



Grodziskie to styl, który ma pewnie tylu zwolenników, co przeciwników. Złośliwcy twierdzą, że piwa w tym gatunku smakują jak woda po kiełbasie i zapewne coś w tym jest - w końcu jest to styl niezwykle lekki, charakteryzujący się niezbyt intensywnym aromatem wędzonych słodów, lekko przypominających zapach dymionej wędliny. Ja jednak zwracam uwagę również na inne aspekty Grodziskiego - przede wszystkim niezwykłe właściwości orzeźwiające. Piwo to sprawdza się świetnie w miesiącach letnich, jak również jako niezbyt wymagający napój do posiłku. Grodziskie z browaru Pinta wypiłem ostatnio właśnie do obiadu, pasowało świetnie. 

Lublin to Dublin - Pinta & O'Hara's



Sporo czasu minęło od premiery Lublin to Dublin, więc chętnie ponownie sięgnąłem po to piwo. Dotychczas próbowałem go zarówno w wersji lanej, jak i butelkowej i zawsze było warte swojej, wyższej niż polska średnia, ceny. Tym razem również tak było. O ile w aromacie mamy tradycyjny stout - aromatyczną kawę, czekoladki i nuty palone, to właśnie smak jest tym co decyduje o wyjątkowości tego piwa. Nie zawsze tak dobrze udaje się połączyć niezwykłą złożoność i pełnię smaku, z lekkością, aksamitnością i przyjemnością picia. Mam też wrażenie, że piwo z czasem zyskało na ułożeniu. Pozycja wręcz obowiązkowa dla miłośników stoutów.

W tej odsłonie raportu pojawiły się piwa, które udowodniły już swój poziom i wyrobiły sobie solidną markę. Szczególnie dobrą formę trzyma ubiegłoroczny hit - Kinky Ale, o intrygującym aromacie i orzeźwiającym smaku. Winchester to również bardzo dobry wybór, i którzy nie próbowali go jesienią z pewnością będą zachwyceni, a ci którzy mieli już o szczęście na pewno się nie zawiodą. Grodziskie 4.0 to z kolei piwo dość specyficzne. Warto jednak dać szansę temu rdzennie polskiemu stylowi, moim zdaniem są sytuacje, w których sprawdza się bardzo dobrze. Co do efektu kooperacji o zasięgu międzynarodowym, czyli Lublin to Dublin - jeśli spotkacie je jeszcze na półce, możecie brać bez wahania.

piątek, 13 marca 2015

Raport o stanie kraftu #2


Nie miałem ostatnio zbyt wiele czasu na picie piwa, nie mówiąc już o szwendaniu się po multitapach. Nie był to jednak czas stracony! Odkryłem na przykład, że prawa ubezpieczeń społecznych całkiem nieźle uczy mi się po jednym piwie... ciekawe.

Ten smutny okres życia już na szczęście za mną, a więc pora na krótkie omówienie piw, których ostatnio miałem okazję wysączyć. Na tapetę trafia dziś AleBrowar czyli jeden z topowych, polskich browarów rzemieślniczych, browar Bednary, czyli inicjatywa cokolwiek ambitna i nietuzinkowa, a także Doctor Brew Spirifer, które wzbudzają swoimi piwami (i nie tylko) niemałe kontrowersje. Zapraszam!

Black Hope - AleBrowar



Ile to już czasu minęło kiedy zetknąłem się ostatnio z Black Hope! Na rynku pojawia się tyle nowych piw w stylu black IPA, że nie jest łatwo znaleźć czas na powrót do tego klasyka. A warto, bo Black Hope to obecnie piwo niezwykle intensywnie cytrusowe w aromacie. W nosie pojawia się również wyraźna żywica i nieco prażonych ziaren, a nuty kawowe i czekoladowe wychodzą dopiero po ogrzaniu. W smaku piwo jest bardzo orzeźwiające, wyróżnia się zwłaszcza przyjemną, grejpfrutową goryczką i delikatnym posmakiem palonej kawy. Pije się je lekko i przyjemnie, choć złożoności odmówić mu nie można, a odnaleźć w Black Hope można naprawdę sporo. Kluczowym słowem dla tego piwa jest balans i tego AleBrowar powinien się trzymać.

Łowickie Amber Ale - Bednary



Z Łowickim Amber Ale miałem już kiedyś do czynienia w jednym z multitapów, ale jakby to ładnie ująć, niespecjalnie skupiałem się wtedy na analizie poszczególnych aromatów i smaków piwa. Pole do popisu miałem za to przy wersji butelkowej, która niedawno trafiła mi w ręce i po krótkim czasie w lodówce trafiła pod otwieracz. Początkowo zwróciłem uwagę na przepiękny, ciemnowiśniowy kolor i całkiem solidną pianę. W aromacie można było wyczuć nuty karmelu, herbatników i orzechów, pojawiły się też, choć niezbyt intensywne, ziołowe i owocowe akcenty chmielowe. Niestety, w smaku brakuje trochę intensywności. Podoba mi się za to bardzo dobre nagazowanie. Bąbelki są jakby drobne, delikatne, a trunek staje się dzięki temu łagodny i kremowy. Piło się całkiem nieźle, ale piwo mogłoby być bardziej "zdecydowane". Może warto zwiększyć ekstrakt?

Cascade IPA - Doctor Brew



Kolejne piwo Doctor Brew i kolejne IPA potężnie doprawione amerykańskim chmielem, cóż za zaskoczenie! Tym razem postawiono na chmiel Cascade, który sprawia że piwo daje po nosie owocami tropikalnymi i poprawia żywicą, a potem jeszcze raz słodkim karmelem. W smaku, wbrew twierdzeniom złośliwców, nie brak słodowego ciała i owocowej słodyczy. Finiszem rządzi zaś dość krótka, intensywna, cytrusowa goryczka kojarząca mi się z gryzieniem skórki grejpfruta. Piwo pije się lekko, ale nie jest ono wodniste, a efekt orzeźwienia wzmaga jeszcze dość wysokie wysycenie. Mogę chyba zaryzykować twierdzenie, że Cascade IPA, spośród wszystkich doktorskich single hopów, smakuje mi najbardziej.

Haka - Spirifer



Mam pewną wątpliwość, czy piwo powinno nazywać się Haka, czy może na przykład Egmont, bo efekty otwarcia można by było przyrównać do dość leniwej erupcji wulkanu. Strzeliło to strzeliło, tematu nie drążę, zwłaszcza że piwo, pite z nalewaka tuż po premierze, smakowało naprawdę nieźle - orzeźwiająco i owocowo. O wersji butelkowej, starszej o kilka miesięcy, nie można już powiedzieć aż tyle dobrego. W aromacie dominują wciąż słodkie owoce, które kojarzą mi się z mango, mandarynkami i agrestem. Niestety, obok nich pojawia się sporo nut maślanych, które pasują tu niczym rugby do gustów polskich kibiców. W smaku diacetylowe masełko znów się pojawia, wychylając się dość śmiało spod owocowo-karmelowej słodyczy. Żytnia gładkość jest w typ piwie wyczuwalna, choć poziom "kisielu" nie jest aż tak wysoki jak w Maorysie. Na finiszu, obok całkiem wyraźnej, choć zalegającej w ustach goryczki, pojawia się niestety dość mocny posmak alkoholowy. Brakuje mi tej świeżości, rześkości, która charakteryzowały Haka z beczki. Diacetyl i wyczuwalny alkohol sprawiają, że piwo staje się po prostu przyciężkie.

Black Hope i Cascade IPA mogę spokojnie polecić wszystkim zwolennikom wysokiej goryczki i amerykańskiego chmielenia. Piwa trzymają poziom, za co pochwały dla AleBrowaru i Doctor Brew. Łowickie Amber Ale to z kolei dobry trunek z potencjałem, który mógłby być nieco lepiej wykorzystany. Haka na tle konkurentów wypada słabiej, a diacetyl i alkoholowy posmak odzierają to piwo z pierwotnej lekkości.

sobota, 21 lutego 2015

Doctor Brew Hoppy Birthday - przyjęcie niespodzianka

RIS i Barley Wine, poprzednie piwa uwarzone przez Doctor Brew, stanowiły prawdziwie gorzką pigułkę. Czy z pomocą Hoppy Birthday browar odbuduje stracone zaufanie? I czy doktorom udało się uwarzyć wreszcie uwarzyć dobre piwo, które nie jest ekstremalnie nachmielone?


Moim skromnym zdaniem piwa, w których chmiel gra główną rolę, wychodzą doktorom wyśmienicie, a ich Molly IPA była jednym z najciekawszych odkryć zeszłego roku. Słusznie jednak podnosiły się głosy, że potężne chmielenie to nie wszystko, a krytykę doktorów można było usłyszeć coraz częściej. Nadszedł czas wyboru - zamknąć się w niszy, będącej częścią innej niszy (czyli fani potężnego chmielenia w ramach ogólnie pojętego kraftu), czy zdecydować się na krok w przód i zaprezentowanie piwa, które to nie będzie chmielową bombą, Doctor Brew wybrał tę drugą drogę. I jakże słusznie!


Etykieta mocno przypomina mi naklejki, które jeszcze niedawno zdobiły butelki szkockiego Brew Doga, choć trzeba przyznać, że w przeciwieństwie do poprzednich etykietek Doctor Brew, całkiem sporo się na niej dzieje. Tradycyjnie mamy też pełną metryczkę z informacjami dotyczącymi piwa i "poetycką" opowiastkę. Tym razem o torcie i marzeniach. wiadomo - urodziny.

Piwo jest barwy ciemnobrunatnej, z dość jasną pianą, która niestety szybko zanika. Widać za to od razu, że trunek będzie gęsty, zwłaszcza gdy przyjrzymy się bąbelkom, wolno sunącym przez piwo ku górze.

Zwykle piwa Doctor Brew już z daleka dawały o sobie znać cytrusowymi aromatami amerykańskich chmieli. I tu zaskoczenie, ponieważ w przypadku Hoppy Birthday chmielowego uderzenia w nos nie doświadczymy. Jest za to bardzo wyraźny aromat wanilii, czekolady i kawy. Obecność tej pierwszej nie jest niczym dziwnym, w końcu do piwa dosypano wanilię i leżakowano je z płatkami dębowymi, które mogą nadawać taki aromat. Mocna woń czekolady i kawy wynika z kolei z użycia odpowiednich, ciemnych słodów, ale kawowa nuta jest tak intensywna, że aż ponownie sprawdziłem skład czy aby do piwa nie dosypano kawowych ziaren. Nie dosypano.

Łagodna kawa i wanilia pojawia się też w smaku, co nieco kojarzy mi się z likierem Sheridan's. Wieńczy je bardzo przyjemny posmak gorzkiej czekolady, kakao i odrobina kwaskowatej paloności. Pojawia się też jakby delikatne muśnięcie suszonych owoców. Goryczka jest niewysoka, podobnie jak nagazowanie, które moim zdaniem mogłoby być nawet jeszcze niższe. Po ogrzaniu się i lekkim odgazowaniu pojawia się coraz mocniejsze wrażenie picia gorzkiego kakao, doprawionego wanilią i likierem. Piwo jest pełne i treściwe, a dzięki użyciu płatków owsianych  - bardzo gładkie. Alkohol jedynie delikatnie wyczuwalny, co w żaden sposób nie przeszkadza w piciu.

Muszę przyznać, że Hoppy Birthday zaskoczyło mnie bardzo pozytywnie. Nie spodziewałem się, że po porażkach, którymi były według mnie RIS i Barley Wine, doktorzy uwarzą tak złożone piwo, w którym chmielowy aromat i goryczka stanowić będzie jedynie tło dla bardzo ciekawych aromatów i smaków pochodzących od słodów i nietypowych dodatków. Hoppy Birthday to piwo smaczne i eleganckie, które udowadnia, że Doctor Brew to jeden z najciekawszych polskich browarów rzemieślniczych, który wciąż ma jeszcze wiele do powiedzenia.


środa, 11 lutego 2015

Raport o stanie kraftu #1


Stabilna jakość i powtarzalność piw rzemieślniczych to ideał, Święty Graal do którego dążą producenci i którego poszukują konsumenci. Dlatego warto rozpocząć cykl, którego celem będzie opisywanie pokrótce obecnej kondycji piw recenzowanych dawniej lub próbowanych przy innej okazji. Czy dobre wspomnienia wytrzymają starcie z brutalną rzeczywistością?


Imperium Atakuje - Pinta



Imperium Atakuje było moim pierwszym piwem w stylu Imperial IPA, które swego czasu po prostu wyrwało mnie z butów. Niestety, dziś konkurencja jest zdecydowanie silniejsza (żeby wspomnieć tylko fenomenalny Winchester, który wkrótce znów pojawi się na sklepowych półkach), a i samo piwo nie zachwyca już tak jak dawniej. Być może umysł, jak to ma w zwyczaju, podkolorował nieco wspomnienia, może to efekt spróbowania wielu innych, świetnych piw w tym stylu. Tymczasem w Imperium Atakuje nadal jest wszystko czego potrzeba porządnemu, podwójnemu IPA - owocowo-słodki aromat, orzeźwiający smak cytrusów, a także wyraźna goryczka. Solidna, acz nie porywająca pozycja.

Koniec Świata - Pinta



To piwo zrobiło na mnie ogromne wrażenie w zeszłym roku, kiedy po raz pierwszy miałem okazję je spróbować. Dlatego byłem bardzo ciekaw jak wypadnie tegoroczna warka... i nie zawiodłem się! Zapach Końca Świata kojarzy mi się nieodparcie z dymem niosącym się po iglastym lesie, podczas gdy w smaku rządzą akcenty owocowe i zbożowe. Goryczka, zgodnie z deklaracją, niewyczuwalna, podobnie jak dość wysoki poziom alkoholu. Nie da się natomiast ukryć treściwości (uwaga dla osób na diecie - to piwo zastępuje mały posiłek) i bardzo niskiego wysycenia. Piwo nie dla każdego, choć ja mógłbym się za nim wybrać na koniec świata!

Żytorillo - Pinta



Żytnie Black IPA z browaru Pinta nie zachwyciło mnie szczególnie przy pierwszym kontakcie, mimo niezłego aromatu zapamiętałem je głównie jako piwo bardzo gorzkie i nieco zbyt kwaśne. A jak jest dziś? W zapachu można z łatwością wyczuć tropikalne owoce, cytrusy, żywicę, ale też sporo czekolady i palonych słodów. Smak odpowiada aromatowi, jednak piwo wciąż jest zdecydowanie wytrawne, a goryczka wysoka i niestety zalegająca w gardle. Piwo posmakowało mi bardziej niż jakiś czas temu, ale wciąż brakuje mi w Żytorillo jakiejś równowagi dla tej potężnej goryczki. 

Idealny przykład udowadniający, że piwo o IBU na poziomie jedynie 68, może być bardziej gorzkie niż niejedno imperialne IPA

Molly IPA - Doctor Brew



Browar Doctor Brew znany jest z tego, że swoje piwa chmieli ekstremalnie. Niestety, aromat chmielowy ma to do siebie, że z czasem z butelki po prostu ulatuje. Obawiałem się więc, że Molly IPA po kilku miesiącach stania w szafie i przy zbliżającym się nieubłaganie terminie ważności, straci sporo ze swojego charakteru. Tak się na szczęście nie stało. W aromacie i smaku nadal główną rolę odgrywają amerykańskie chmiele, które sprawiają, że Molly IPA jest niezwykle cytrusowa i orzeźwiająca. Po prostu gorzki grejpfrut w piwie. Już nie mogę się doczekać lata - Molly IPA będzie świetnym wyborem na upalne wieczory.

Piana wyszła przepiękna - taki efekt uboczny stanu polskich dróg.

Dzisiejszy raport wskazuje, że przedstawiane piwa całkiem nieźle zniosły próbę czasu, a kolejne warki reprezentują godny i stabilny poziom. Koniec Świata tak jak i ostatnio - fenomenalny. Przy Imperium Atakuje odczułem leciutki zawód, jak to mówią nasi południowi sąsiedzi - to se ne vrati. Żytorillo jak mnie nie porwało, tak nie porywa, choć smaku odmówić mu nie można, a Molly IPA (choć długo przetrzymane) utrzymuje pozycję najlepszego piwa wypuszczonego przez Doctor Brew.

piątek, 30 stycznia 2015

Doctor Brew Barley Wine - wino owocowe


Rezerwacje, listy kolejkowe, kupowanie na zapas, chowanie produktów pod ladą... Nie, to nie obrazki rodem z ustroju słusznie minionego, a zjawiska towarzyszące niedawnej premierze RISa i Barley Wine od Doctora Brew. Czy rzeczywiście było o co walczyć?

Doktorzy zrobili na rodzimym rynku piw rzemieślniczych sporo zamieszania i jak mało kto podzielili konsumentów. Niektórzy twierdzą, że browar za bardzo skupia się na marketingu i wypuszcza wciąż bardzo podobne piwa, które różnią się od siebie jedynie nachmieleniem. Ja do nich nie należę. Właściwie wszystkie dotychczasowe propozycje Doctor Brew były moim zdaniem udane, a niektóre z nich oceniam bardzo wysoko.

Mimo to nie uczestniczyłem w zbiorowym szaleństwie, które nastąpiło przy okazji premiery. Skutecznie odwiodły mnie od tego nadchodzące wielkimi krokami egzaminy na uczelni. Bez żadnych kolejek i rezerwacji kupiłem za to doktorski Barley Wine kilka dni później. W sklepie. I to wcale nie spod lady. Z tego co widziałem, RISa też można było jeszcze bez problemu dostać w niektórych specjalistycznych sklepach. Czy więc naprawdę trzeba było ulegać temu wariactwu? Moim zdaniem nie, ale każdy na takie pytanie powinien odpowiedzieć sobie samodzielnie.

Na temat etykiety czy butelki nie będę się niepotrzebnie rozwodzić, więc możemy płynnie przejść do wyglądu samego piwa. A jest co podziwiać! Trunek jest gęsty, miedzianego koloru, lekko zamglony i otulony grubą czapą gęstej, białej piany, nad którą unosi się aromat... cytrusów oczywiście. W końcu to Doctor Brew.

Niestety od tego momentu przestaje się robić tak przyjemnie. Oprócz owoców i delikatnej żywicy piwo pachnie wyłącznie słodką landrynką. Żadnej słodowej złożoności, wszystko przykrywa potężna dawka chmielu. Rozumiem, że taka jest idea browaru, ale też zupełnie się nie dziwię porównaniom tego piwa do podwójnego IPA. W ślepym teście to też byłoby moje pierwsze skojarzenie.


Barley wine powinien w smaku charakteryzować się, cytując Klasyfikację Polskiego Stowarzyszenia Piwowarów Domowych, "intensywnym, złożonym smakiem słodowym, chlebowym, herbatnikowym, orzechowym, opiekanym, karmelowym, toffi". Niczego takiego w tym piwie nie znajdziemy. Czuć, że płyn jest gęsty, pełny i słodki, jednak słodycz jest wręcz zalepiająca i kojarzy się wyłącznie z cukierkami. Cukierkami owocowymi należy dodać, gdyż cytrusy są też wyczuwalne w smaku przynosząc choć trochę orzeźwienia i cierpkości.

Niestety, po chwili do głosu dochodzi alkohol, który atakuje z mocą ofensywy pancernej i zamyka w szczelnym okrążeniu bez szansy na ucieczkę. Mocno rozgrzewa, jest kompletnie nieułożony i nadaje bimbrowego posmaku. Nie ma co liczyć na ratunek ze strony goryczki, która jest tępa, zalegająca i zupełnie nie koresponduje z pojawiającą się w pierwszej chwili słodyczą. 

Wydaje mi się, że Barley Wine uwarzonemu przez Doctor Brew zdecydowanie brakuje ułożenia (czyżby za krótkie leżakowanie?), a z drugiej jest to piwo bardzo proste, wręcz prostackie. Brak jest bogactwa i delikatnych posmaków tak typowych dla innych trunków w tym stylu. Złośliwi mogliby powiedzieć, że podobny efekt smakowy można by osiągnąć wrzucając sobie do ust paczkę owocowych landrynek, zagryzając zieloną gałęzią i popijając nie do końca legalnie pędzonym alkoholem. 

Nadal kibicuję doktorom i życzę im powodzenia, ale mój entuzjazm nieco oklapł, gdyż ich pierwsze podejście do barley wine to niestety porażka na każdym polu. Och, nie każdym. Całe to zamieszanie z premierą dowodzi, że marketingowo wyszło świetnie ;) 


Tylko co ja teraz pocznę z drugą butelką?

środa, 24 grudnia 2014

Piwne Święta - Doctor Brew Xmas Rye

Dziś w cyklu piwne święta coś bardziej smakowego. Xmas Rye od Doctor Brew to przyprawowe piwo jednoznacznie kojarzące się z klimatem świąt Bożego Narodzenia. Jak wypadła degustacja?

Doctor Brew znany jest z bardziej luzackiego podejścia do tematu piwowarstwa. Kreuje się na nieco zawadiacki browar z rockandrollowym zacięciem. Ich piwa trzymają zazwyczaj wysoki poziom i na kolejne premiery birofilski światek zawsze czeka z niecierpliwością.

Jak każdy poważny browar Doctor Brew nie mógł odpuścić świąt. W tym roku postawił na żytnie piwo świąteczne z dużą ilością przypraw. Tych jest naprawdę sporo: curacaco, cynamon, goździk, kardamon, anyż i gałka muszkatołowa. Oczywiście przyprawy nie są najważniejszym składnikiem piwa, ale jak się zaraz przekonacie w tym piwie mają wielkie znaczenie.

Do uwarzenia piwa użyto słodu pilzneńskiego, żytniego, karmelowego i czekoladowego. Nachmielono je australijskimi chmielami: Ella i Galaxy. Co ciekawe po krótkim researchu w internecie dowiedziałem się, że istnieją dwa rodzaje tego piwa – jeden z nich jest chmielony na zimno. Rozpoznać to można właściwie tylko po dacie ważności. Mi trafiła się wersja chmielona na zimno. Xmas Rye ma 7, 5 % alkoholu z 18 % ekstraktu. Goryczka na poziomie 48 IBU.



Piwo – jak na doktorów przystało – jest lekko mętne. Xmas Rye ma ciemnobrązowy, brunatny kolor. Piana jest beżowa, drobnopęcherzykowa, jednak nie ma jej zbyt wiele i po krótkim czasie staje się tylko symboliczna.

Po otwarciu butelki od razu daje się wyczuć mocny aromat przyprawowy – oczywiście jak na piwo świąteczne złożony skład przypraw przywodzi na myśl piernik. Najmocniej wyczułem zapach kardamonu i gałki muszkatołowej. Dalej wyczuwam ziołowe aromaty wywodzące się z chmielu. Trzeba przyznać, że ta mieszanka robi wrażenie. Zwłaszcza ta ostatnia dodaje piwu nieco ostrości. Dalej przebijają zapachy goździku. Słód jest zaledwie wyczuwalny a szkoda, bo aż chciałoby się poczuć czekoladowość i karmelowość.

Smak powala już przy pierwszych łykach. Silne nuty przyprawowe dają o sobie znać już od razu. Przede wszystkim goździk, który mile łechce podniebienie. Gałka muszkatołowa dodaje piwu ostrości, które pozostaje pewien posmaczek na języku.  Do tego wszystkiego dochodzi chmielowa goryczka, która w tej wersji jest bardzo dobrze wyczuwalna. Przyprawy są faktycznie bardzo agresywne i dla niektórych mogą być zbyt nachalne. Na dalszym planie pojawia się dziwny smak, którego nie mogę zbytnio zidentyfikować. Nie był on jednak najprzyjemniejszy. Być może jest to efekt eksperymentowania z anyżem. Da się też wyczuć aksamitność żytniego słodu. 

Xmas Rye w wersji chmielonej na zimno jest piwem bardzo bogatym w smaku. Na „świąteczną bazę” nachodzi tutaj jeszcze „chmielowa nadbudowa”. Silne nuty przypraw i całkiem konkretna goryczka sprawia, że piwo jest bardzo ciekawe i niecodzienne – nawet jak na piwo świąteczne. Taki mariaż chmielu i przypraw nie każdemu może się spodobać – przyznaję, że przez kilka pierwszych łyków ciężko mi było się przyzwyczaić do tego połączenia. Jednak z czasem było już coraz lepiej. Resztę wypiłem już z dużą przyjemnością. Xmas Rye na pewno jest piwem godnym polecenia na świąteczny czas. Jeśli więc zdążycie jeszcze dzisiaj do sklepu to bez zbędnego zastanawiania się możecie je brać.   

środa, 19 listopada 2014

Mosaic/Centennial IPA - inwazja single hopów

Dziś wyjątkowo zrecenzuję dwa piwa, niby bardzo podobne, a jednak nieco się różniące. Tym co będzie je od siebie odróżniać jest użyty chmiel. W szranki stają amerykańskie odmiany, które nieodłącznie związane są z piwną rewolucją - Mosaic i Centennial.

Doctor Brew wykonał bardzo ciekawy eksperyment. Uwarzył dwa piwa o jednakowych parametrach ekstraktu (16% wag.) oraz IBU (71). W obu przypadkach użyto również wyłącznie słodu Pale Ale, identyczna jest również zawartość alkoholu, która wynosi 6,2% obj. Piwa należą do kategorii tak zwanych single hopów, które przyprawiane są tylko jedną odmianą chmielu. W większości stylów amerykańskich typowe jest używanie wielu chmieli, z których jedne są odpowiedzialne za aromaty, a inne za charakterystyczną goryczkę.

Piwosze, którzy znają poprzednie piwa Doctora Brew z pewnością przypomną sobie, że taki sam skład, z wyjątkiem oczywiście chmielu, zawierało jedno poprzednich piw tego browaru - dobrze odebrane Kinky Ale. Moim zdaniem, użycie identycznych proporcji surowców to dobry wybór, pozwalający skoncentrować się na aromatach i smakach wnoszonych przez intensywnie aromatyczne chmiele.

W obu przypadkach mamy do czynienia z typową dla doktorów, prostą i charakterystyczną oprawą graficzną etykiet. Na kontretykietach, oprócz danych dotyczących piwa, mamy także bardzo interesujące opowiastki, których treści zdradzać nie będę. Zachęcam jednak do zapoznania się z nimi samodzielnie. Oba piwa mają miedzianą, ciemnobursztynową barwę i białą, drobną pianę która długo się utrzymuje i pięknie zdobi szkło. Co do wyglądu nie mam więc nic do zarzucenia.


Centennial IPA charakteryzuje się przyjemnym zapachem o charakterze owocowo-cytrusowym. Z kolei w piwie chmielonym odmianą Mosaic, wyczuwam zdecydowane nuty nie tylko cytrusów i owoców, takich jak mango, ale również akcenty kwiatowe i żywiczne. Zapach obu piw zdecydowanie zachęca do ich spróbowania, jest wyraźny i zdecydowany.

Największym zaskoczeniem jest to, jak oba piwa różnią się w smaku. Mimo użycia tego samego słodu oraz nachmielenia na identyczny poziom goryczki, różnica ta jest łatwo wyczuwalna. Chmiel Centennial nadał piwu zdecydowanej goryczki o ziołowym, nieco alkoholowym charakterze. Są tu obecne nuty owocowe, jednak to goryczka zajmuje pozycję dominującą. Mosaic IPA odznacza się za to smakiem bardzo złożonym, w którym początkowo pierwsze skrzypce grają akcenty słodkich owoców i cytrusów, a finiszem rządzi ziołowa goryczka, jednak nie aż tak zdecydowana jak w drugim z piw Doctora Brew.


Obie propozycje to interesujące ciekawostki dla fanów amerykańskich chmieli lub osób, które chcą poznać w praktyce cechy odróżniające ich poszczególne odmiany. Choć oba piwa są zdecydowanie warte spróbowania, to bardziej zasmakowało mi Mosaic IPA, gdyż jego smak jest ciekawszy, a goryczkowość Centenniala może być na dłuższą metę męcząca. Można jednak śmiało powiedzieć, że piwowarzy Doctora Brew udowodnili, że na amerykańskich chmielach znają się jak mało kto w Polsce, a ich eksperyment zakończył się pełnym sukcesem. Czekam z niecierpliwością na kolejne single hopy z tego browaru.