środa, 10 grudnia 2014

Skąd wzięła się piwna rewolucja?

Piwna rewolucja jest powodem, dla którego założyliśmy tego bloga. Co to jednak tak właściwie znaczy? Niektórzy mówią, ze jest to pusty slogan, inni, że to bardzo dobre odzwierciedlenie tego, co dzieje się na rynku piwa w Polsce. Skąd wzięła się piwna rewolucja i czy to na pewno odpowiednie określenie – na te pytania postaram się odpowiedzieć w tym felietonie.

O piwnej rewolucji w Polsce możemy mówić już od paru ładnych lat. Jednak na świecie – a przede wszystkim w Stanach Zjednoczonych gdzie wzięła swój początek trwa już od dziesięcioleci. Dlatego nie sposób nie zacząć od tego co działo się kilkadziesiąt lat temu w Kalifornii. 

W Stanach od wielu lat powstaje mnóstwo browarów domowych i rzemieślniczych. Piwowarstwo rzemieślnicze w Stanach nieodmiennie związane jest z Anchor Brewing Company. Ten browar założony w 1895 r. znany był z produkcji piwa w rzadkim stylu california common (nazywanym też steam beer). Jednak popularność lekkich lagerów w latach 50. sprawiła, że browar stanął na krawędzi bankructwa. W 1959 r. podwoje browaru zamknięto. W 1965 r. Anchor Brewing kupił Fritz Maytag. Był on pierwszym prawdziwym piwnym geekiem. Nauczył się od podstaw procesu piwowarstwa i zainwestował w nowy sprzęt. W 1971 r. po poświęceniu dużej części swojego majątku wypuścił pierwsze butelki Anchor Steam Beer. W latach 80. piwo zaczęło zdobywać coraz większą popularność i zwiększono znacząco produkcję. Browar zaczął być znany z produkcji tradycyjnego piwa i gdy ludziom znudziły się amerykańskie lagery zaczęli sięgać po coś innego. W ten sposób trafili na produkty Anchor Brewing i jego następców, którzy pojawili się jak grzyby po deszczu. Jednym z najważniejszych obecnie przedstawicieli piwnej rewolucji jest BrewDog (na zdjęciu), który wprowadził w świat rzemieślniczego piwa nieco nowoczesnego powiewu.

BrewDog - jeden z najważniejszych przedstawicieli piwnej rewolucji / fot. theguardian

Stany Zjednoczone odegrały największą rolę w piwnej rewolucji przede wszystkim dzięki amerykańskim odmianom chmielu, które wprowadziły do aromatu i smaku piwa zupełnie nowe nuty. W piwowarstwie rzemieślniczym używa się znacznie więcej chmielu niż w piwowarstwie przemysłowym i to od razu można wyczuć w aromacie i smaku piwa. Poza tym plantatorzy chmielu zaczęli skupiać się nie tylko na tym, aby wyhodować chmiel z jak największą zawartością alfa-kwasów (odpowiadających za goryczkę), ale też odmian chmielu, które nadadzą piwu odpowiedni aromat. Wszyscy hopheadzi znają dzisiaj bardzo dobrze nazwy Cascade, Citra, Centennial, Simcoe czy Mosaic.

W Polsce rewolucja piwna miała znacznie bardziej krętą drogę do pokonania. Po 1989 r. w Polsce istniało całkiem sporo browarów średniej wielkości. Mimo rozdrobnienia przemysłu wszyscy produkowali prawie to samo – wysoko odfermentowane lagery. Rzadkością były piwa pszeniczne lub ciemne. Z czasem polskie browary zaczęły być skupywane przez międzynarodowe koncerny – SABMiller, Heinekena i Carlsberga. Małe browary, które konkurowały tylko ceną szybko traciły klientów i bankrutowały. Międzynarodowe koncerny zaczęły konsolidować rynek piwa. Wielkie kampanie reklamowe zwiększyły sprzedaż piwa i sprawiły, że jego wizerunek w społeczeństwie uległ polepszeniu. Jednak zapłacono za to cenę, jakości. Wszystkie koncernowe piwa stały się do siebie podobne i mało ciekawe.

Anchor Brewing powiększył swoją ofertę m. in. o portery

Jednak i w Polsce coś się zmieniło. Zaczęło się od browarów regionalnych, które zaczęły zdobywac coraz większą popularność. Należy tutaj wymienić chociażby BRJ (Ciechan), Kormoran i Fortunę. Wraz z rozwojem tych browarów pojawiła się w Polsce moda na lokalizm. Niedługo później poszła ona jeszcze dalej. Zaczęły powstawać pierwsze browary kontraktowe (Pinta, AleBrowar). Wkrótce pasjonaci piwa zaczęli otwierać własne minibrowary z zakupionego z różnych stron świata sprzętu lub samemu produkując potrzebne wyposażenie. W ten sposób rozpoczął działalność chociażby browar Artezan.

Przede wszystkim poszerzyła się jednak gama dostępnych piw. Browary rzemieślnicze odkryły przed nami bogactwo smaków i aromatów, o którym w piwach koncernowych możemy, co najwyżej pomarzyć. Browary rzemieślnicze postawiły na rzadsze style piwne, dzięki którym ich oferta znacząco różni się od browarów koncernowych. Na nowo odkryto piwa górnej fermentacji, (ale), które w odmianie angielskiej, a przede wszystkim amerykańskiej są sztandarowym przykładem piwa nowej fali. Wiele browarów zaczęło tez eksperymenty z różnymi rodzajami słodów i chmieli i różnymi metodami warzenia i fermentacji. Dzięki temu możemy spróbować różnych piw ze wszystkich stron świata – od japońskich piw ryżowych do fińskich sahti.

Czy zatem piwna rewolucja odnosi się tylko do zajawki na amerykańskie chmiele i uwarzone na ich podstawie piwa czy to może coś więcej? Według mnie do rewolucji piwnej możemy zdecydowanie zaliczyć też renesans zapomnianych lub mniej znanych stylów piwnych i pojawienie się ich reprezentantów na sklepowych półkach i na kranach w barach. Biech świadczy o tym chociażby próba powrotu do uwarzenia jak najlepszego piwa grodziskiego - unikatowego, polskiego piwa dymionego. Widać, że wśród Polaków wzrasta świadomość tego, jakie piwo piją i coraz częściej zwracają na to uwagę. Amerykańskie piwo nowofalowe walnie się do tego przyczyniło, ale jest tylko jednym z elementów, (być może nawet najważniejszym) piwnego renesansu w Polsce. Nic tylko się cieszyć!

Ciechan AIPA - Umarł król, niech żyje...


Król? Ciechan Grand Prix odchodzi w niesławie. Początkowo było to piwo świetne, ale wraz z kolejnymi warkami forma zaczęła wyraźnie spadać. Doszło też do sporu z Czesławem Dziełakiem, twórcą oryginalnej receptury. Ostatecznie, końcowe warki tego piwa były zupełnie niepijalne i smutno zalegały na sklepowych półkach.

Prawa do warzenia Grand Prix w końcu na szczęście wygasły. Wielu spekulowało na temat rychłego uwarzenia przez Ciechana własnego IPA w amerykańskim stylu i cóż, nie minęło wiele czasu, kiedy takie właśnie piwo pojawiło się w sklepowych półkach. Co bardziej złośliwi wysnuli z tego teorię, jakoby nieprzypadkowo jakość ostatnich warek Grand Prix była aż tak słaba. Ile w tym prawdy? Zapewne tyle co zwykle w teoriach spiskowych.

Chcąc nie chcąc, musiałem więc przyjrzeć się Ciechanowi AIPA w kontekście jego bezpośredniego poprzednika. Moje oczekiwania były duże, w końcu pierwsze warki Grand Prix należały do najlepszych polskich AIPA jakie kiedykolwiek piłem. Niezależnie czy z beczki, czy z butelki, piwo sygnowane nazwiskiem Czesława Dziełaka zawsze spełniało pokładane w nim nadzieje. Jednocześnie obawiałem się, czy Ciechan nie pójdzie na przysłowiowe skróty, po prostu kopiując recepturę Grand Prix, albo czy nie przytrafią się problemy z kontrolą jakości, jak to czasem bywa w browarach Marka Jakubiaka (o kontrowersjach związanych z tą postacią możecie przeczytać tutaj). 

Na pierwszy rzut oka, Ciechan AIPA nie różni się właściwie niczym od swojego poprzednika. Etykieta jest identyczna, zastąpiona została jedynie nazwa! Nie podoba mi się taki krok, sugerujący jawną chęć podczepienia się pod popularność Grand Prix. Na szczęście powtórki nie mamy w przypadku surowców użytych przy warzeniu piwa.

W przypadku AIPA zwiększono ekstrakt początkowy z 15,5% do 16,5% wag. pozostawiając alkohol na tym samym poziomie 5,4% obj. Pamiętacie co to oznacza? Tak jest, teoretycznie piwo powinno być dzięki temu nieco pełniejsze. Użyto nieco innych słodów, a także niektórych chmieli, jednak nie są to zmiany rewolucyjne w stosunku do poprzednika. 


Piwo ma ładną bursztynową barwę i nie jest do końca przejrzyste, czyli jest jak najbardziej zgodne ze stylem. Pozytywnie zaskakuje gruba, gęsta piana która zdobi szkło i w czasie picia opada do niewielkiego kożuszka. Można rzec, że pod względem wizualnym Ciechan AIPA wypada perfekcyjnie.

W zapachu z kolei, piwo charakteryzuje się wyraźnymi aromatami chmielowymi. Dominują tutaj cytrusy, owoce tropikalne, ale też sporo jest nut żywicznych i iglastych. Takie żółto-zielone zapachy są typowe dla AIPY. Na tej ładnej palecie widzę maleńką plamkę, w postaci lekko wyczuwalnej nuty rozpuszczalnika. Trzeba się jej naprawdę długo doszukiwać i kiedy o niej zapomniałem, zupełnie nie przeszkadzała w piciu.

Pierwszy łyk i... nie jest źle! Karmelowa słodycz miesza się z cytrusową kwasowością. Niestety po tym niezłym wstępie atakuje goryczka, może niezbyt intensywna, ale wyraźnie ziołowa i alkoholowa. Nie jestem wrażliwcem i lubię gorzkie piwa, ale zdecydowanie preferuję goryczkę o bardziej cytrusowym odczuciu. Wydaje mi się, że wysycenie jest nieco za niskie, choć być może czepiam się już szczegółów.

Trzeba przyznać uczciwie, że postęp w stosunku do ostatnich warek Grand Prix jest znaczny. Do poprawki jest niezbyt udana goryczka, martwi też obecność wad sygnalizujących kłopoty z kontrolą jakości. Mimo wszystko, po przełknięciu kilku łyków, da się do tego piwa przyzwyczaić i nawet czerpać przyjemność z jego picia. 

Czyżby więc nowy król? Na dzień dzisiejszy - niekoniecznie. Całkiem przyjemna AIPA z szansą na bycie bardzo smacznym i łatwo dostępnym piwem - i owszem.

poniedziałek, 8 grudnia 2014

Deep Love - Love will save you!


Piwo i muzyka rockowa to dwa, bardzo bliskie sobie światy. Nie trzeba do tego chyba nikogo przekonywać. Ostatnio zdarzyło się, że i piwo i pewien koncert zrobiły na mnie ogromne wrażenie. 

Zacznę od muzyki. Już od jakiegoś czasu ostrzyliśmy sobie z Mateuszem zęby na występ Swans w Warszawie i wreszcie się doczekaliśmy. Łabędzie wystąpiły w Basenie, czyli sali koncertowej zbudowanej w pomieszczeniach prawdziwej pływalni wzniesionej w latach 30 ubiegłego wieku. Publiczność stoi na dnie, w miejscu gdzie dawniej znajdowała się woda, co wygląda dość ciekawie.


Ale wróćmy do samego koncertu. Wyrwał mnie z butów. Po prostu. Widziałem w swoim życiu wiele występów muzyków reprezentujących skrajnie odmienne gatunki. Byłem na kilku koncertach black metalowych, widziałem fantastycznego wirtuoza harmonijki ustnej, a także Rammstein, którzy są uznawani za jeden z najlepiej koncertujących zespołów na świecie.

Ale to wszystko nic przy misterium, które urządził Michael Gira i jego zespół. Panowie mocno improwizowali, a poszczególne utwory trwały około 20 minut. Czego tu nie było. Nie zabrakło łączenia dźwięków, zabawy instrumentami czy nagłych przejść od spokojnego, rytmicznego bujania do prawdziwej ściany hałasu. 

Trudno pisać o muzyce, dlatego postaram się jakoś to uczucie zobrazować. Wydawało mi się, jakby Swans budowali filary wielkiej świątyni, a wrażenie to potęgowały transowe rytmy i melodyjne zaśpiewy Giry. W pewnym momencie nadszedł punkt kulminacyjny, a świątynia zwaliła mi się na głowę wraz z potężnym uderzeniem hałasu, które niczym walec przejechało po gruzach i publiczności. A to tylko jeden utwór z trwającego 2 i pół godziny koncertu.

Ale jaki ma to związek z piwem? Zdarzyło mi się ostatnio spróbować piwa które, podobnie jak zespół Swans, doskonale łączyło ze sobą pozornie wykluczające się cechy. Tak jak u Łabędzi nie czuło się żadnego dysonansu między falą hałasu, zaśpiewami wokalisty i, na przykład, brzmieniem trąbki, tak w piwie Deep Love doskonale połączono amerykańskie chmiele, belgijskie drożdże i słód żytni.

Piwo zostało uwarzone wspólnie przez AleBrowar i norweski Nøgne Ø. Znajduje się w fantastycznej butelce, ozdobionej piękną grafiką, która z pewnością wyląduje na mojej półce i jeszcze długo cieszyć będzie oczy. Jest też firmowy kapsel AleBrowaru. Zgodnie z deklaracją, piwo jest w stylu west coast belgian rye IPA, a więc możemy spodziewać się prawdziwie wybuchowej mieszanki. Dla mnie super, widać że piwna rewolucja nie zwalnia.

Piwo jest w kolorze ciemnej pomarańczy i nalewa się z prawdziwie pancerną, gęstą, białą pianą. Nie jest przejrzyste, a delikatnie mętne. Prezentuje się godnie, a jak pachnie?

Chmiele Amarillo, Chinook, Mosaic i Simcoe robią świetną robotę. Zapach jest intensywny, wręcz uderzający, a odnaleźć w nim można brzoskwinie, morele, grejpfruty czy pomarańcze. Łączy się to świetnie z delikatnymi nutami przyprawowymi, tworząc przyjemną dla nosa mieszankę. Zapach zachęca, więc i smak powinien być w porządku, sprawdźmy.

Pierwszy łyk piwa dosłownie wbił mnie w ziemię. Filarem jest przyjemna, żytnia oleistość, na której umieszczono smak owoców tropikalnych i cytrusowych. Wszystko wieńczą przyjemne nuty przypraw korzennych. Te wszystkie elementy jakoś tak zgrabnie łączą się w jedną całość i są naprawdę dobrze wyważone. Ale to nie jest jeszcze koniec. Nagle uderza potężna ale bardzo przyjemna goryczka, która mimo swojej mocy nie zalega ale świetnie dopełnia smak tego piwa. Poczułem się trochę jak na koncercie, kiedy nagle misternie budowana wokół mnie ściana zostaje zburzona przez potężny taran. Tym razem nie był to taran gitarowych dźwięków, a właśnie chmielowa goryczka.



Może zalatuje to trochę "degustacyjnym onanizmem" (pozdrowienia dla Łukasza), ale naprawdę polecam cieszyć się tym piwem w skupieniu. Można naprawdę świetnie się bawić, wyczuwając i analizując poszczególne elementy składające się na Deep Love. A jest czego szukać.

I koncert Swans i piwo Deep Love to prawdziwe majstersztyki w swojej klasie. Złożone, skomplikowane ale niesamowicie satysfakcjonujące, a przypadku piwa - pijalne. Dlatego gdy tylko zespół Michaela Giry wróci do Polski, od razu pobiegnę po bilet. A Deep Love zrobię sobie zapas.

piątek, 5 grudnia 2014

Prawne przygody Marka Jakubiaka


Ledwie przebrzmiały echa afery związanej z wylewaniem Ciechanów, Jakubiak znów pojawia się w mediach, tym razem w kontekście pozwu przeciwko Tomaszowi Lisowi. Jako student przedostatniego roku prawa, przyjrzę się prawnej stronie jego ostatnich działań.


Przeciwko Fundacji Instytut Reportażu

Zacznijmy jednak od sprawy nieco dawniejszej. Pod koniec października gruchnęła wiadomość, że Marek Jakubiak, w imieniu spółki Browary Regionalne Jakubiak, zwraca się do Fundacji Instytutu Reportażu, z wezwaniem do naprawienia szkody, którą miała wyrządzić spółce poprzez czyn nieuczciwej konkurencji. 

Czym jest czyn nieuczciwej konkurencji? Ustawa o zwalczaniu nieuczciwej konkurencji, w artykule 3 definiuje to pojęcie jako "działanie sprzeczne z prawem lub dobrymi obyczajami, jeżeli zagraża lub narusza interes innego przedsiębiorcy lub klienta". Następnie wymienia w szczególności, niektóre czyny nieuczciwej konkurencji. Marek Jakubiak powołuje się zwłaszcza deprecjonowanie produktów i namawianie do niedokonywania ich promocji czy sprzedaży oraz utrudnianie dostępu do rynku. 

I tu pojawia się problem, gdyż wielu prawników uważa, że nie wystarczy aby czynu dokonał jakikolwiek inny przedsiębiorca. Pomiędzy takimi podmiotami powinna zachodzić konkurencja, a więc walka o rynkową pozycję. Trudno mówić o konkurencji między browarami regionalnymi i fundacją, a skoro trudno mówić o konkurencji, to tym bardziej nie można mówić o konkurencji nieuczciwej. Żądania Jakubiaka są tym bardziej bezpodstawne, że ciężko wskazać rolę fundacji w zorganizowaniu całej akcji. Wystarczy, że jej organizatorzy stwierdzą, że działali jako osoby prywatne i wtedy o żadnej konkurencji w ogóle nie może być mowy.

Kolejna kwestia to fakt, że czyn nieuczciwej konkurencji musi być niezgodny z prawem lub dobrymi obyczajami. Wskazanie bezprawności czynu byłoby bardzo karkołomnym zadaniem. Nie ma żadnego przepisu zabraniającego wylewania piwa, bojkot konsumencki również nie jest w żaden sposób zakazany, a nawet staje się pewnego rodzaju zwyczajem w gospodarce rynkowej. Przykładem może być choćby wzywanie do bojkotu sieci sklepów Empik. 

A dobre obyczaje? Ciężko mi wskazać jakiekolwiek, które zostały w tej sytuacji naruszone, zwłaszcza w kontekście słów Marka Jakubiaka, które stały się przyczynkiem całej akcji. Przedsiębiorca wypowiadając się publicznie w mediach, na temat bądź co bądź kontrowersyjny, w dodatku wyrażając swoje poglądy w dość wulgarny sposób, nie może dziwić się, że jego słowa stają się obiektem krytyki i zdecydowanego sprzeciwu.

Nawet gdyby sąd zakwalifikował akcję wylewania piwa jako czyn nieuczciwej konkurencji, Marek Jakubiak sam dał swoim przeciwnikom broń do ręki, przyznając że sprzedaż piw Browarów Regionalnych Jakubiak, na skutek całego zamieszania, wzrosła. Jak w tym wypadku mówić o naruszeniu interesu przedsiębiorcy, który musiałby się wiązać ze stratami, choćby potencjalnymi?


fot. portalspozywczy.pl
Złośliwi mogliby stwierdzić, że wobec tylu argumentów, których można użyć przeciwko treści wezwania, cała akcja miała jedynie na celu zwiększenie zainteresowania Markiem Jakubiakiem i markami jego piw. Zwłaszcza, że o pozwie na razie cicho.


Przeciwko Tomaszowi Lisowi

Głośno za to o pozwie o naruszenie dóbr osobistych przeciwko Tomaszowi Lisowi, redaktorowi naczelnemu tygodnika "Newsweek", który według medialnych doniesień miał trafić do Sądu Okręgowego w Warszawie. Marek Jakubiak ma domagać się 100 tyś. złotych, usunięcia artykułu ze stron internetowych i przeprosin za informację o jego rzekomych związkach ze światem przestępczym.
W artykule pt. "Dygotki husarza" tygodnik zasugerował, jakoby przedsiębiorcy miały pomagać na początku kariery osoby związane z gdańskimi przestępcami. Nie wnikając w treść artykułu (gdyż i tak mój wpis będzie bardzo długi), Marek Jakubiak argumentuje, że prokuratura badała majątek spółki, a jemu nie zostało mu udowodnione żadne przestępstwo.
Oskarżenia są poważne, a ich skutki mogą mieć wpływ na przyszłą działalność przedsiębiorcy, trudno więc się dziwić, że Marek Jakubiak zdecydował się wystosować pozew o naruszenie dóbr osobistych. Pozostawienie tej sprawy stawiałoby go przecież w bardzo niekorzystnym świetle. Przedstawiciele Ringier Axel Springer bronią się jednak powołując na prawo do swobody wypowiedzi. Mamy więc starcie dwóch wielkich wartości, które trzeba będzie rozważyć.
Należy pamiętać, że barierą korzystania z wolności słowa przez dziennikarzy jest art. 12 Prawa prasowego, według którego są oni zobowiązani są do zachowania szczególnej staranności i rzetelności przy zbieraniu i wykorzystaniu materiałów prasowych, zwłaszcza sprawdzenia zgodności uzyskanych wiadomości lub podania ich źródła. 
Sąd będzie musiał ocenić czy zachowanie Tomasza Lisa było zgodne z powyższymi wymaganiami. Co więcej, nawet jeśli informacje zawarte w artykule były prawdziwe, wciąż może zachodzić bezprawność działania dziennikarza, znaczenie ma też forma i sposób ujęcia materiału. Nie zawsze chroni go także działanie w imię interesu społecznego, ani tym bardziej dążenie do sensacyjności artykułu. Jak więc widać, wymagania skierowane do dziennikarzy są większe niż wobec innych osób.


fot. se.pl
Sprawy o naruszenie dóbr osobistych są zwykle skomplikowane i z pewnością będziemy musieli długo poczekać na jej rozwiązanie. W tym wypadku trudno jeszcze mówić o jakichkolwiek szansach, zwłaszcza bez dostępu do twierdzeń i dowodów przedstawianych przez strony.


Podsumowanie

Te dwie różne sprawy wskazują, jak kontrowersyjną osobą jest Marek Jakubiak, który bardzo szybko znalazł sobie zarówno wielu przeciwników, jak i sporą rzeszę zwolenników. Nic dziwnego, że dotknęła go też krytyka, w tym ze strony mediów reprezentujących zgoła odmienne od przedsiębiorcy poglądy. Krytyka też powinna mieć jednak swoje granice, nie może być oparta na pomówieniach czy obrazie czci danej osoby. Czy tak się stało, wkrótce zdecyduje sąd.

środa, 3 grudnia 2014

Opactwo Olbrachta - wojna mnichów

Po degustacji Eris przyszedł czas na spróbowanie kolejnego, chmielonego po amerykańsku, belgijskiego IPA. Poprzeczka została ustawiona dość wysoko i zastanawiałem się, czy browar Jan Olbracht zdoła ją przeskoczyć.

Nie wspomniałem ostatnio o tym, że bardzo lubię belgijskie piwa. Odpowiada mi specyficzny aromat i smak wnoszony przez belgijskie drożdże, ciekawa jest też cała otoczka związana z przeszłością i klasztorną tradycją wielu browarów. 

Mam też własną historię z tymi piwami. Belgi kojarzą mi się ze studenckimi, narciarskimi wyjazdami do Francji, gdzie wieczorami po męczącym dniu na stoku siadało się ze znajomymi przy kartach czy planszówkach. Powstawał problem czym gasić pragnienie. Wiadomo, rano trzeba udać się na stok i z ilością wysokoprocentowych alkoholi powinno się uważać. Z resztą były one na miejscu piekielnie drogie i niesmaczne. Wino? Jest to pewien pomysł, ale ja akurat fanem francuskich win nie jestem.


Sytuację ratowało piwo. Oprócz koncernowych lagerów, w turystycznych sklepach dostępne były Hoegaarden, Leffe czy La Chouffe. Dziś można je z powodzeniem dostać także w Polsce, ale mi już zawsze będą kojarzyć się one właśnie z tymi feryjnymi wyjazdami.
  
Przechodzimy już do naszego dzisiejszego piwa, a więc Opactwa Olbrachta. Wita nas prześwietna etykieta, autorstwa oczywiście Andrzeja Mleczki, czyli już chyba znak rozpoznawczy browaru Jan Olbracht. Współpraca z tym rysownikiem to świetny pomysł, etykiety wyróżniają się na półkach i przykuwają wzrok, nawet piwnych laików. Browar dba o estetykę, co widać także po firmowym kapslu. Nie dba za to o informowanie konsumentów o użytych do wytworzenia piwa produktach, za co należy się minus.

Piwo ma kolor ciemnobrązowy, lekko wpadający w rubin i jest dość mętne. Wieńczy je biała, gęsta piana, która okazuje się być dość trwała i ładnie zdobiąca szkło.

W zapachu rządzą fenolowe nuty przypraw i słodkie akcenty kwiatów oraz owoców. Wyczuwalny jest także karmel. Spodziewałem się raczej silnego uderzenia amerykańskich chmieli, ale w zapachu Opactwa Olbrachta cytrusów nie ma zbyt wiele. Widać mnich, który miał dosypać chmielu skończył jak ten z pierwszego planu etykiety.


A jak jest w smaku? Przede wszystkim mamy tu sporo przypraw i korzeni. Piwo jest dość kwaśne, co nadaje mu nieco winnego charakteru. Są tu też wreszcie amerykańskie chmiele, a więc smaki cytrusów i egzotycznych owoców, co w sumie daje bardzo przyjemną dla kubków smakowych mieszankę. Co ciekawe, obecność smaków chmielowych nie przekłada się na wysokość goryczki. Jest ona na dość umiarkowanym poziomie, chyba zbyt niskim dla stylu IPA. Czy gdyby jednak była wyższa, to piwo zyskałoby na smaku? Moim zdaniem nie. Na plus muszę zaliczyć praktycznie niewyczuwalny alkohol.

Ogólne wrażenie jest pozytywne choć nie olśniewające. Piwo jest smaczne, aromatyczne, a także przyjemnie rozgrzewające. W sam raz na chłodny, grudniowy wieczór. 

Czy Opactwo Olbrachta jest lepsze od Eris? Jak się okazuje, te piwa te mocno się od siebie różną. Browar Jan Olbracht uwarzył piwo pełniejsze, o bardziej belgijskim charakterze, a Olimp postawił na lekkość, pijalność i aromatyczne chmiele. Cóż, jak zwykle wybór powinien zależeć od okazji.

poniedziałek, 1 grudnia 2014

Piwna Sprawa - wizytówka Bielan

Bielany to dzielnica, w której coraz łatwiej o dobre piwo. Wyroby browarów rzemieślniczych są tu do dostania nie tylko w niektórych sklepach, nakierowanych raczej na sprzedaż mocniejszych alkoholi, ale także w markecie sieci E.Leclerc. Do niedawna brakowało jedynie pubu który serwowałby polski kraft. Ale i to się zmieniło.

Piwna Sprawa, zlokalizowana w pawilonie pod adresem Wólczyńska 3, nie jest trudna do odnalezienia, ponieważ wejście znajduje się od strony ulicy i jest oznaczone sporych rozmiarów banerem. W momencie mojej wizyty, nad samymi drzwiami znajdowało się jeszcze logo istniejącego tam dawniej baru, jednak ma być ono w najbliższych dniach zastąpione czymś bardziej odpowiednim. Kłopotów nie nastręczy także dojazd, gdyż w pobliżu znajdują się przystanki autobusowe, a nieco dalej tramwajowe.

Godz. 17.00, sobota - w Piwnej Sprawie już ruch

W środku wita nas jeszcze nie do końca wykończone wnętrze, a także około 50 miejsc siedzących, przy kilku stolikach oraz przy barze. Zgodnie z deklaracjami ekipy, pozostałości po poprzednich lokatorach mają wkrótce zniknąć, a pojawią się dekoracje przystające do nowego charakteru lokalu. Coś dla siebie znajdą fani sportowych emocji, gdyż w Piwnej Sprawie znajduje się sporych rozmiarów telewizor.

W takim miejscu najważniejsze jest oczywiście piwo. I pod tym względem nawet najwięksi malkontenci nie będą mieć powodów do narzekania. Można tu wybierać z ośmiu kranów, na których znajdziemy polskie piwa rzemieślnicze, piwa czeskie, a już wkrótce także belgijskie. Wypełniona butelkami ma być też lodówka, w dniu mojej wizyty jeszcze dość pusta. Co istotne, ceny w porównaniu do innych warszawskich multitapów są bardzo konkurencyjne.


Tablica robi wrażenie, a ma być tylko lepiej.
Skąd taka, a nie inna lokalizacja Piwnej Sprawy? Chłopaki z którymi rozmawiałem nie kryli, że mieszkają w okolicy, a do tej pory, aby napić się dobrego piwa, musieli jechać aż do centrum. Stąd też pomysł na otwarcie lokalu w sąsiedztwie bielańskich blokowisk. I wydaje się, że to wypaliło! Mimo dość wczesnej pory, w Piwnej Sprawie nie było pusto, a na niektórych stolikach stały karteczki informujące o rezerwacji. 

Dowiedziałem się też, że przychodzi tu wiele przypadkowych osób, które mają pierwszy raz styczność z rzemieślniczym piwem. Nie jest to w sumie nic dziwnego, jeśli wziąć pod uwagę okolicę. Natomiast cieszy fakt, że klienci, na początku zdziwieni brakiem popularnych koncerniaków, po spróbowaniu chętnie sięgają po serwowane tu piwo. To świetna okazja do promowania polskiego kraftu i tę misję ekipa Piwnej Sprawy wypełnia wzorowo.

Gacie po Tacie - świetny stout z browaru Podgórz
Nie muszę chyba mówić, że ogromnie kibicuję temu projektowi i życzę całej ekipie wielkich sukcesów. Widząc ich entuzjazm i zaangażowanie nie mam większych wątpliwości, że Piwna Sprawa na stałe zapisze się na piwnej mapie Warszawy. Mnie z pewnością często będziecie mieli okazję tam spotkać. W końcu kto by nie chciał mieć pubu ze świetnym, rzemieślniczym piwem 200 metrów od domu.

sobota, 29 listopada 2014

Eris - olimpijska próba

Piwna rewolucja nie oszczędza także klasycznych, belgijskich stylów. Tym razem za sprawą browaru Olimp, który podjął próbę pogodzenia smaków wynikających z fermentacji belgijskich drożdży z nutami wnoszonymi przez amerykański chmiel Simcoe. W ten sposób powstało Eris - Belgian India Ale.

Tytuł tej recenzji nadany jest nie bez powodu. Olimp w przeszłości kilkukrotnie nadszarpnął moje zaufanie, przede wszystkim niepijalnym i bardzo mocno alkoholowym Kentaurosem. W odbudowaniu go nie pomogła następnie słaba warka Prometeusza, na którą się natknąłem, a także kilka piw dość nijakich, na przykład Hera czy Nyks. 

Jest to zjawisko o tyle niepokojące, że dawniej miewałem dobre wspomnienia z piwami tego browaru, zwłaszcza z Hadesem, który w swojej klasie nie mógł się niczego powstydzić. Nie najgorzej zapisał mi się w pamięci także Zeus, którego jednak od dawna nie miałem okazji próbować. W związku z tak znaczącym spadkiem jakości, Eris było ostatnią szansą jaką dałem temu browarowi. 




Trzeba przyznać, że w jednym Olimp nie zawodzi chyba nigdy. Etykiety piw tego browaru są bardzo spójnie i ciekawie zaprojektowane, a grafikę Eris uważam za jedną z lepszych w całym dorobku. Chylę czoła i życzę więcej tak udanych projektów. Cieszy również pełny i szczegółowy skład na kontretykiecie.

Belgian India Ale lub Belgian India Pale Ale to styl bardzo nowofalowy, wciąż rozwijający się i ewoluujący, który jednak wpisuje się w pewien trend panujący obecnie w piwowarstwie rzemieślniczym. Właściwie każdy browar kraftowy uwarzył już kilka piw mocno przyprawionych amerykańskimi, europejskimi czy zupełnie egzotycznymi chmielami. Jest tu jeszcze miejsce na eksperymenty, ale w ramach stylów IPA, APA czy AIPA ciężko zaskoczyć konsumenta jakąś powalającą na kolana nowością. Stąd chęć poszukiwania wciąż nowych, nietypowych miksów. Kuszące wydaje się zwłaszcza połączenie chmieli zza oceanu z pełnymi aromatów przypraw stylami belgijskimi. Połączenie takie z pewnością byłoby świetne, pod warunkiem że byłoby zbalansowane. A o to niezwykle trudno.

Co jak co ale etykiety to Olimp ma fajne

Czas jednak zająć się Eris. Po nalaniu do butelki okazuje się, że mamy tu do czynienia z piwem koloru ciemnej pomarańczy lub bursztynu. Jest ono lekko zmętnione, a biała piana znika niestety dość szybko.

W zapachu Eris dominują owoce, takie jak brzoskwinia czy mango oraz oczywiście cytrusy, które są znakiem rozpoznawczym amerykańskich chmieli. Wyczuwam także żywiczne i "leśne" akcenty chmieli, natomiast przyprawowych nut belgijskich drożdży w zapachu nie można uświadczyć zbyt wiele. W tym piwie aromat chmielu dzieli i rządzi, szkoda nieco zmarnowanego potencjału.

W smaku jest za to zaskakująco dobrze. Mamy tu zarówno owoce cytrusowe, jak i przyprawy, a także delikatny posmak pieprzu. Nie brakuje akcentów ziołowych, a finiszem rządzi goryczka o przyjemnym, grejpfrutowym odczuciu. Mimo tej złożoności piwo jest dość lekkie. Jest także wytrawne i nisko wysycone, a przede wszystkim bardzo przyjemne w piciu. Sam byłem zdziwiony jak szybko dopiłem je, kiedy skończyłem już ocenianie.

Czy warto spróbować Eris? Tak, warto! Tym piwem Olimp nie odkupił może wszystkich swoich grzechów z przeszłości ale pokazał, że umie robić piwa smaczne i pijalne. Czy podążył tą drogą okaże się już niedługo, gdyż na degustację czeka już kolejne piwo z tego browaru - Ares.