sobota, 15 sierpnia 2015

Premiery Hopium - Sherrylock Holmes i Jean-Hop Vam Damm


Wpadłem wczoraj na chwilę do Piwnej Sprawy na premierę dwóch piw z browaru Hopium. Jak miało się okazać, chwila ta znacząco się przedłużyła. 

Zanim jednak przejdziemy do meritum - chciałbym pogratulować chłopakom z Piwnej Sprawy, którzy wygrali ostatnio konkurs na najlepszą miejscówkę organizowaną przez portal naszemiasto.pl. Zwycięstwo nie jest przypadkowe. Moim zdaniem to właśnie tacy ludzie niosą sztandar piwnej rewolucji w Polsce. Nie zamykają swojego lokalu na wąskie grono znawców, piwnych geeków czy hipsterów, a są otwarci na wszystkich, także tych którzy z piwem rzemieślniczym wcześniej nie mieli do czynienia. I to widać, bo do Piwnej Sprawy przychodzi wielu mieszkańców okolicznych osiedli i całej północnej części Warszawy.

A jak wypadła premiera piw z browaru Hopium? No cóż, ściągnęła niemałe tłumy, a gdy przyszedłem w lokalu nie było już zbyt wiele miejsca. W taki upał nie był to na szczęście problem, gdyż można było swobodnie przemieścić się na zewnątrz, by tam w nieco bardziej rześkiej atmosferze, kontynuować rozmowę. 


Same piwa wypadły niezwykle dobrze. Na pierwszy ogień poszedł Sherrylock Holmes czyli pale ale z dodatkiem wiśni. Aromat zaskakuje połączeniem nut słodowych i wiśniowych, piwo pachnie wręcz jak kompot z dodatkiem karmelu. Browar Hopium wyłamał się nieco z mody na warzenie piw kwaśnych, gdyż ich owocowy ejl nie wykręca twarzy kwasem, a jest jak najbardziej "normalnym", choć oczywiście bardzo owocowym i wytrawnym, piwem. Sherrylock Holmes bardzo mi posmakował i to nie tylko dlatego, że akurat przyszedłem z tonących w upale ulic warszawskich Bielan. Chętnie więc do tego piwa przy najbliższej okazji powrócę.


Drugie piwo, które przygotował browar, było nieco bardziej klasyczne. Jean-Hop Vam Damm to bowiem IPA w amerykańskim stylu. Piwo zaskakiwało swoją łagodnością i zrównoważonym połączeniem smaków słodowych i chmielowych. Goryczka była, jak na styl, dość umiarkowana. Jean-Hop Vam Damm mógłby posłużyć wielu polskim browarom rzemieślniczym za przykład, pokazujący że aby zrobić dobre IPA nie wystarczy wrzucić do kadzi wiadra amerykańskiego chmielu. Jedynym mankamentem piwa był niezbyt intensywny aromat, nad którym warto popracować przy okazji kolejnych warek.

A po spróbowaniu nowości... cóż, nie wypada wychodzić w środku imprezy, prawda? Zwłaszcza gdy z kranów (i nie tylko) leją się takie pyszności. Na przykład leżakowane w beczce po whisky Old Ale z browaru Birbant. Pychota!

Ps Wielkie dzięki dla Michała z blogu Kilka Słów o Piwie za prezent. Obiecuję się odwdzięczyć :)























środa, 12 sierpnia 2015

Co tam Panie w wielokranie? #1 - letnie smaki


Jeśli interesujecie się piwem rzemieślniczym jakiś czas, zapewne wiecie, że piwo w multitapie może się nieco różnić od tego z butelki. Ponadto niektórych piw można spróbować tylko w multitapach, niekiedy swojsko nazywanych u nas wielkoranami. Dlatego dziś na blogu rusza nowy cykl krótkich recenzji piw prosto z kranu.

"Żar leje się z nieba" jak mówi jeden z bohaterów Hydrozagadki. Faktycznie upały nie dają o sobie zapomnieć, a na taką pogodę nie ma nic lepszego jak orzeźwiające piwo. Dlatego w pierwszym odcinku nowej serii znajdują się tylko i wyłącznie jasne, rześkie i odświeżające piwa. Ostatnio coraz większą popularnością cieszą się kwasy i to one mają duży udział w tym wpisie. Czyżby "sour is a new hoppy"?
TO ØL/Pinta - Kwas Alfa (sour rye pale ale) – Hoppiness/Warszawa - tego piwa nie trzeba nikomu przedstawiać. Pierwsze z serii kwasów z Pinty cieszy się bardzo dużą popularnością i według mnie zupełnie zasłużoną. Do tego wynalazku dodano bakterie kwasu mlekowego, który nadaje specyficznej kwaśności. Bakterii Lactobacillus Helveticus dodaje się też do produkcji sera Ementaler. Piwo jest chmielone nowozelandzkim chmielem Green Bullet.  O piwie mówiliśmy trochę w czasie Warszawskiego Festiwalu Piwa. Wtedy nasze koleżanki określiły zapach jako „skarpeta piwowara” – cóż, bardzo obrazowo ale raczej mało zachęcająco. ;) Faktycznie w aromacie czuć kwas, jakby lekko mleczny. W smaku również wyczuwalna kwaśność chociaż nie jest tak mocna jak mogłoby się wydawać. Gdzieś tam w tle lekkie akcenty cytrynowe, dobrze wyczuwalna jest też żytnia podbudowa słodowa. Piwo wysoko nasycone i bardzo pijalne. Na gorące dni jest w sam raz.

Artezan – Jam Session (berliner weisse) – Hoppiness/Warszawa – jeżeli się nie mylę to chyba pierwsze piwo w tym stylu uwarzone przez polski browar. Berliner Weisse bywa nazywane szampanem północy jednak o ten zaszczytny tytuł walczy z naszym grodziskim. Jam Session to piwo wiśniowe więc może niektórym skojarzyć się z lambikiem, ale to jednak coś innego. Pachnie przede wszystkim owocami wiśni, a konkretnie jakby nieco sfermentowanym kompotem wiśniowym. Występuje również zapach kwaskowaty. W smaku przyjemnie owocowe i kwaskowe – przede wszystkim wiśniowe. Goryczki tu nie ma żadnej ale nie o to tutaj chodzi. Również wyczuwalne są akcenty taninowe. Wyższe wysycenie i bardzo dobra pijalność gwarantują, że w upalne dni będzie jak znalazł. Piwo świetnie orzeźwia i to się liczy.

Szpunt – Master Exploder (american pale ale) – Same Krafty/Warszawa – co prawda na podwójną premierę nowych piw z browaru Szpunt się nie załapałem, ale wkrótce nadrobiłem chociaż część zaległości. Piwo chmielono po amerykańsku więc wiele sobie obiecywałem po nowym Szpuncie. W aromacie faktycznie czuć było cytrusy i owoce tropikalne. W smaku jednak ujawniła się wada tego piwa – zapach masła wskazujący na diacetyl. Nie dominował bardzo smaku ale był wyczuwalny. Goryczka średnia do wysokiej, jednak była dość nieprzyjemnie zalegająca. Długo utrzymywała się w ustach i zostawiała niemiły posmak. Master Exploder nie należy więc do czołówki piw w stylu APA. Szkoda, że nie posmakowałem drugiego piwa w tym stylu od Szpunta czyli Summer Time. Master Exploder wymaga poprawy i wierzę, że w browarze przyłożą się do kolejnych warek.

Pracownia Piwa – Big Chmielowski (american pale ale) – Degustatornia/Gdańsk - podczas ostatniej wizyty w Gdańsku wpadłem na chwilę do tamtejszej Degustatornii aby sprawdzić jak się mają krafty na Wybrzeżu. Spróbowałem znanego i dostępnego już od długiego czasu american pale ale z Pracowni Piwa. Big Chmielowski ma stały, dobry poziom. W aromacie feria cytrusów, owoców tropikalnych i lekki aromat słodowy. W smaku również przede wszystkim słodycz owoców cytrusowych, mango i grejpfruta. Goryczka nie jest tak wysoka (28 IBU) ale i tak bardzo dobrze komponuje się z walorami smakowymi. Do tego odpowiednio uśrednione wysycenie. Słodycz owoców jest odpowiednio skontrowana wytrawnością słodów. Również dobry wybór na letnie orzeźwienie.

Jak więc widać różne wariacje na temat piw kwaśnych mają wzięcie. American pale ale również nadają się na ten skwar za oknem a trzeba przyznać, że ten styl jest bardziej popularny wśród piwowarów. Ja trafiłem całkiem nieźle - na cztery piwa, trzy były bardzo dobre. Upały nie skończą się chyba tak szybko, więc na pewno będzie jeszcze szansa posmakować tych piw. A ja liczę, że pojawią się nowe - zwłaszcza wśród kwasów.

środa, 5 sierpnia 2015

Olimp Hades - olimpijski mocarz


Chociaż to inny "mocarz" stał się ostatnio bohaterem medialnych doniesień, mnie interesuje jedynie mocarz warzony przez browar Olimp, który powrócił ostatnio na sklepowe półki. Mowa oczywiście o Hadesie - imperialnym stoucie z nietypowymi dodatkami. 

Nawet powrót letnich upałów nie zmniejszył mojej ochoty na spróbowanie tego mocarnego RISa, mimo że w lodówce wciąż czekają piwa, które do gaszenia pragnienia nadałyby się zdecydowanie lepiej (choćby Babie Lato z browaru Artezan). Tym bardziej, że bez przeszkód mogłem zaopatrzyć się w kilka buteleczek tego piwa, co było awykonalne choćby w przypadku ostatniej, w wielu sklepach reglamentowanej, warki Imperatora Bałtyckiego. Tak działa wolny rynek - jak rzekłby nastoletni fan Janusza Korwina-Mikke.

Hadesa otworzyłem sobie jednak już dobrych kilka godzin po zachodzie słońca, kiedy upał nieco zelżał, a ja mogłem rozłożyć się przed telewizorem oglądając najnowszy odcinek Detektywa. Sporo było narzekań na drugą serię tego serialu po kilku początkowych odcinkach, ale z każdym kolejnym epizodem akcja wyraźnie się rozkręca, niebezpieczeństwa wokół głównych bohaterów narastają, a klimat coraz bardziej gęstnieje. Zarysowuje się też intryga, tym razem również nawiązująca do wydarzeń z odległej przeszłości, jednak nie związana z nurtami okultystycznymi, a polityczno-społecznymi. Brakuje też trochę aktorskiego geniuszu Harrelsona i McConaugheya, ale nowa obsada (zwłaszcza Farrell i Vaughn) też dają radę. Fantastyczna jest też ścieżka dźwiękowa.O muzyce wspominając nie moge jednak nie nawiązać do innego serialu, który ostatnimi czasy skradł moje serce - mowa o Peaky Blinders, brytyjskiej produkcji kryminalno-historycznej, przypominającej nieco Zakazane Imperium. Tym co oczarowało mnie w tym serialu (o fabule nie będę się jeszcze wypowiadał) jest właśnie świetna ścieżka dźwiękowa, będąca połączeniem brzmień z czasów dwudziestolecia międzywojennego i utworów współczesnych, oraz niezwykle dynamiczny montaż.



Przyglądając się losom Farrella i spółki otworzyłem więc cobie najnowszą warkę Hadesa. Etykieta piwa, jak przy poprzedniej warce, przedstawia napakowanego władcę podziemi, którego chyba nikt nie chciałby spotkać w ciemnej uliczce. Tym razem Olimp dał sobie spokój z satanistycznymi odniesieniami (66,6 IBU zamieniono na mniej kontrowersyjne 70) i w sumie dobrze, bo chrześcijański szatan z greckim Hadesem niewiele ma wspólnego. Etykieta zawiera również pełen skład piwa, za co Olimpowi należy się respekt. Kapsel chroniony jest eleganckim lakiem, który nie stawia oporu przy otwieraniu, a ochroni piwo przed zbędnym utlenieniem.

Piwo w kieliszku prezentuje się jak rasowy RIS. Jest ciemnobrunatne, z rubinowymi przebłyskami i dość rachityczną pianą, która nie utrzymuje się zbyt długo. Aromat nie jest zbyt intensywny, ale składam to na karb świeżości i nieułożenia piwa. Rokowania na leżakowanie są bardzo dobre, bo w zapachu pojawiają się nuty kojarzące się z kawą, ciastem czekoladowym i likierem. W tle pałętają się również suszone owoce i odrobina popiołowych aromatów palonych słodów.

Biorę łyk i moją pierwszą myślą jest - jakie to piwo jest gęste! Wysoki ekstrakt i niskie wysycenie robią swoje, nadając Hadesowi oleistości i likierowego charakteru. Mimo tej gęstości piwo nie jest przesłodzone, a słodka czekolada pojawia się tylko w pierwszej chwili. Po niej do głosu dochodzi gorzkie kakao, kawa i odrobina kwaśności od palonych słodów. Goryczka jest wyraźna, o posmaku palonej kawy, a papryczki jedynie delikatnie zaznaczają swą obecność w gardle, rozgrzewając je wespół z alkoholem, który jest w Hadesie wyczuwalny, ale pasujący do charakteru piwa. 

Nawet świeży Hades to świetny trunek na dłuższy, leniwy wieczór. Nie obraziłbym się, gdyby było to piwo nieco bardziej charakterne, z wyraźniej zaznaczoną paprykową pikantnością, ale nawet w obecnej, "ugrzecznionej" formie trafia w moje gusta. A po kilku miesiącach leżakowania powinien być naprawdę wyborny.

niedziela, 2 sierpnia 2015

Doctor Brew Black Abbey - stout klasztorny


Z belgijskich piw klasztornych w Polsce znane są przede wszystkim dubbel, tripel i quadrupel. Mało natomiast u nas ciemnych piw klasztornych. Z tym problemem próbuje się Doctor Brew wypuszczając swoją interpretację piwa belgijskiego ciemnego prosto z klasztornej piwniczki.

Ciemne piwo klasztorne nie jest popularne nawet wśród fanów piwa rzemieślniczego. Po parametrach tego piwa można jednak wywnioskować, że będzie to coś na pograniczu dubbla (ekstrakt 16 Blg). W związku z tym, że Doktorzy nigdzie dokładnie nie określili jaki to styl, można więc chyba to piwo określić mianem ciemnego dubbla. Znając ten browar możemy spodziewać się mocnego nachmielenia - pytanie jednak czy w tym stylu będzie to na miejscu. 

Klasyczna etykieta Doctor Brew zawsze mi się podobała. Teraz dodano do niej kontrastujący, rozkwitający, pomarańczowy kwiat. Nieźle to wygląda. Obok zwyczajowych informacji na etykiecie równie zwyczajowy wierszyk. Daruję sobie cytowanie go, żeby nie psuć Wam zabawy.

Piwo uwarzono na słodach: pale ale, monachijskim, karmelowym i czekoladowym. Użyto amerykańskich chmieli: Simcoe, Cascade, Mosaic i Centennial. Robotę mają wykonać drożdże Fermentis Abbaye - jak sama nazwa wskazuje - drożdże dedykowane dla piw klasztornych, które mają zadbać o odpowiednią "belgijskość" w piwie. O ekstrakcie już wspominałem, zawartość alkoholu 6,2 %. Goryczka na poziomie 58 IBU.

Piwo faktycznie jest niemal czarne i oczywiście nieprzejrzyste. Piana średnia, beżowa i drobnopęcherzykowa. Dobrze odkłada się na szkle i zostawia ładną koronkę.

W aromacie wyczuwalne przede wszystkim ciemne słody, czekolada, karmel, nieco nut palonych. Swoje trzy grosze dorzucają też chmiele - są tu więc obecne też nuty cytrusowe i owoców tropikalnych. Brakuje za to trochę aromatów typowo belgijskich,

W smaku podobnie: piwo jest bardzo słodkie na starcie. Czekolada, tropikalne owoce, ale też wciąż obecne nuty palone i cytrusy. Goryczka wzmocniona przez nuty palone jest średnia, średnio-wysoka. Na finiszu wyważa słodycz ciemnych słodów. Po ogrzaniu wydawało mi się, że odkrył się alkohol, bądź co bądź końcówka piwa była już dla mnie nieco męcząca. Wysyceniu nie mogę nic zarzucić. Jednak w piwie brakuje tego co określałoby je jako klasztorne. Praktycznie nie ma tutaj tak charakterystycznych dla piw belgijskich nut estrowych. Cóż, jeżeli ktoś określa swoje piwo mianem klasztornego belgijskiego to wypadałoby żeby coś belgijskiego w tym piwie było. Nie pomogły tutaj nawet nowe drożdże Fermentis Abbaye, które miały dodać piwu trochę "belgijskości". Black Abbey to w praktyce bardziej stout niż dubbel. 



Nie oznacza to, że piwo jest złe. Ba, jako stout jest naprawdę niezłe, ale spodziewałem się czegoś innego. Więc jeśli szukacie typowego piwa belgijskiego to raczej Black Abbey nie spełni Waszych oczekiwań. Natomiast jeśli chcecie dobrze nachmielonego stouta ze średniej półki to nowe piwo Doctor Brew jest w sam raz dla Was.

czwartek, 30 lipca 2015

Rewolucja z dyskontu - przegląd piw Cechowych


Piwna rewolucja w Biedronce? Jeszcze kilka miesięcy temu trudno byłoby w to uwierzyć, a tymczasem na półkach znalazły się piwa w stylu IPA, brown ale i stout. Ale czy warto się po nie schylać?

Wspomniane piwa pojawiły się pod marką Cechowe, co ma zapewne sugerować ich rzemieślnicze pochodzenie i metody produkcji. Nie dajcie się nabrać - warzy je Van Pur odpowiedzialny choćby za piwo Łomża i wiele marek produkowanych specjalnie dla marketów i dyskontów. Opowiastkę o rzemieślniczym pochodzeniu możemy więc bez dłuższych wyjaśnień wsadzić między bajki.

Nie należymy jednak do nieprzejednanych wrogów wszelkich koncernów i nawet ucieszylibyśmy się z wieści, że oto w popularnej sieci sklepów pojawiają się smaczne i niedrogie piwa w ciekawych stylach. Tylko, no właśnie... smaczne. Po piwach Cechowych nie spodziewaliśmy się wiele, ale zdecydowaliśmy się je przetestować. Oczywiście wszystko dla dobra czytelnika.

Warto również wspomnieć o cenie piw Cechowych, która może być wszak pewną wskazówką co do ich jakości. Trzy butelki zakupiliśmy w cenie nieprzekraczającej wartości jednego piwa ze średniej półki polskiego kraftu. 

Cechowe IPA


     

Zaczęliśmy od jedynego jasnego piwa w tym zestawieniu. IPA zostało, według etykiety, nachmielone po amerykańsku - oprócz swojskiej Marynki znajduje się tu też odmiana Cascade, Amarillo, Centennial i Willamette. Brzmi ciekawie? Czar pryska po nalaniu piwa do kieliszka. Wygląda ono bowiem zupełnie jak nieco mocniejszy lager, o wręcz idealnej klarowności. Drugi zawód to praktycznie zerowy udział chmieli w aromacie. W tym "IPA" da się wyczuć jedynie nieco słodu i nieprzyjemny aromat mokrej szmatki. Gdyby jakaś rewolucja nastąpiła w smaku piwa... ale nie, jest słodowo (wręcz landrynkowo), mdło, nudno i lagerowo. W posmaku wyraźnie zaznacza się też alkohol. Jedynym elementem, które odróżnia to piwo od dostępnych w Biedronce lagerów to goryczka, która nieśmiało zaznacza swoją obecność na finiszu. Nie jest to jednak gorycz do której przyzwyczaiły nas piwa rzemieślnicze. Ponadto piwo jest bardzo mocno wysycone, może po to żeby przykryć mało wyrazisty smak? Ogólnie rzecz ujmując Cechowe IPA, mimo niezbyt przyjemnego zapachu, wypić się da. Co prawda Van Pur musiał się chyba bardzo postarać, aby zupełnie położyć potencjał amerykańskiego chmielu, ale w porównaniu z innymi biedronkowymi piwami, IPA i tak wypada nieźle. Amerykańskie chmiele to zawsze jakiś postęp, teraz trzeba tylko dorzucić ich zdecydowanie więcej. Kupować? Można, nada na grilla czy do najebki tanim kosztem.

Cechowe Brown Ale


     

Kolejne piwo rzekomo nachmielone amerykańskim chmielem. Dlaczego rzekomo? Ano dlatego, że odmiany Cascade i Chinook są w tym Brown Ale niemal zupełnie niewyczuwalne. W aromacie piwa, podobnie jak w przypadku IPA, pojawia się jedynie niezbyt intensywna nuta słodów, tym razem ciemnych, a więc kojarzących się głównie z karmelem. Cóż, przynajmniej wyglądowi nie można tym razem aż tak wiele zarzucić. Piwo jest brunatne, zwieńczone kożuszkiem piany, ale ponownie idealnie klarowne. Już po pierwszym łyku okazuje się, że nuty karmelu, toffi czy tostów są wyjątkowo mało intensywne, a piwo jest wodniste i pozbawione jakiejkolwiek goryczki. Kojarzy się trochę z Książęcym Ciemnym Łagodnym, choć jest od niego bardziej wytrawne. Nie sposób się również dopatrzyć jakichkolwiek akcentów chmielowych. Ponownie daje o sobie znać wysokie wysycenie. Brown Ale jest więc nudne i nijakie, nie łechcące niczym naszych kubków smakowych. Z drugiej strony, nie dopatrzyliśmy się żadnych większych wad, a ciemne słody są tam jakoś wyczuwalne. Podobnie jak IPA, piwo nie wpasowuje się więc zupełnie w zakładany styl, ale można wypić je bez bólu zębów. Kupować? Można, ale po co?

Cechowe Stout


     

Na koniec zostawiamy najciemniejsze piwo w zestawie, a więc stout, który już od jakiegoś czasu można było znaleźć na biedronkowych półkach. Piwo wygląda całkiem nieźle - jest ciemne, z beżowymi przebłyskami i zwieńczone jakąśtam pianą. W aromacie - po raz kolejny ogromny zawód. Zero nut palonych, zero kawy i czekolady. Pojawia się za to anyż, lukrecja, czerwone owoce i alkohol, które w kombinacji dają aromat przypominający nieco... tanie wino. Takie spod lady, kosztujące do 5 zł. Naprawdę dawno nie spotkałem się z tak nieprzyjemnym zapachem w piwie, na szczęście był on nieszczególnie intensywny. W smaku Cechowe Stout również w żadnym wypadku nie przypomina deklarowanego stylu. Piwo jest słodkie niczym ciemny lager, a swoją obecność ponownie zaznacza anyż i lukrecja. Goryczka jest praktycznie niezauważalna, wyczuwalne jest za to wysokie nasycenie i nieułożony alkohol. Stout to najgorsze z wszystkich trzech próbowanych piw, nie wylądowało w zlewie tylko dlatego, że podzieliliśmy się butelką. Kupować? Niech Was ręka boska broni!

Tak właśnie prezentują się piwa Cechowe. Wszystkie odchodzą od ram swojego stylu, są mało intensywne, wodniste, nieciekawe i nieszczególnie smaczne. Szczególnie stout, który ze stoutem ma tyle wspólnego co demokracja ludowa z demokracją. Piw Cechowych nie polecamy właściwie nikomu, rozglądać się za nimi można chyba tylko gdy Biedronka jest jedynym sklepem z alkoholem w okolicy. Wtedy od biedy można wypić IPA czy Brown Ale, które przynajmniej pozbawione są większych wad. W pozostałych przypadkach - nie warto. 

środa, 29 lipca 2015

AleBrowar Be Like Mitch - pszeniczny patrol



Panujące tego lata upały zmuszają do poszukiwania ochłody i orzeźwienia. Ale co zrobić, kiedy zamiast wygrzewać się na plaży musimy spędzać wakacje w mieście? Cóż, wtedy trzeba sobie radzić inaczej.

Nie znoszę upałów w miastach. Dużą część dnia spędzam na szczęście w klimatyzowanym biurze, w którym jeszcze jako tako funkcjonuję, ale podróż komunikacją miejską to już prawdziwa katorga. Niestety, lata lecą, a w stolicy wciąż nie wszystkie tramwaje czy składy metra wyposażone są w urządzenia chłodzące. Ogromne masy ludzkie, podróżujące w okolicach godziny 17.00 tylko pogarszają sprawę, a prażące słońce czyni z tramwajów czy autobusów prawdziwe szklarnie.

Po takiej podróży myślę już tylko o jakiejś metodzie ochłodzenia. Można zanurzyć się w wannie pełnej lodowatej wody, można też obsypać się kostkami lodu, a można sięgnąć do lodówki po zimne piwo. I choć zdarza mi się stosować wszystkie te metody, to z racji charakteru bloga, skupię się jedynie na tej ostatniej.

W moje ręce trafiło bowiem piwo, które w założeniu idealnie nadaje się do gaszenia letniego pragnienia. Be Like Mitch uwarzone przez AleBrowar to american wheat, czyli piwo w stylu, który jest spotkaniem w połowie drogi niemieckiego hefeweizena i amerykańskiego pale ale. Z tego pierwszego zapożycza udział słodu pszenicznego, a z drugiego solidne doprawienie amerykańskimi chmielami. Aromaty bananów i goździków nie powinny być jednak tak wyraźne jak w niemieckich pszeniczniakach, a goryczka powinna pozostawać na dużo niższym poziomie niż w APA. Rezultat takiego połączenia w założeniach jest więc być lekki, chmielowy i rześki. Pozostaje tylko odpowiedzieć na pytanie, czy piwo inspirowane postacią graną przez Davida Hasselhoffa w pamiętnym serialu "Słoneczny Patrol" spełnia te wymogi.

Be Like Mitch ozdobione jest charakterystyczną dla AleBrowaru, "foliową" etykietą, na której podane są również wszystkie składniki piwa. Przyczepić się można właściwie jedynie do nazwy, która nieco odbiega od dotychczasowego zwyczaju. W końcu na nazwy poprzednich piw AleBrowaru zwykle składało się "imię" postaci i jakieś jej określenie, tym razem mamy zaś do czynienia z dłuższym sformułowaniem. Ale to detale, które nie popsują przecież smaku piwa.

Be Like Mitch wygląda jak typowy american wheat. Trunek jest jasnego, wręcz złotego koloru, nieprzejrzysty i mętny. Wieńcząca go piana w pierwszej chwili buduje się ładnie, ale bardzo szybko opada do zaledwie kożuszka. Nad piwem unosi się rześki, owocowo-cytrusowy aromat amerykańskich chmieli i pozostający w tle delikatny, zbożowy zapach pszenicy. Całkiem przyjemny ten zapach, a już na pewno lekki i orzeźwiający.

Rześko i lekko jest też w smaku piwa. Pojawiają się w nim zarówno kwaśne akcenty wynikające z dodatku słodu pszenicznego, jak i owocowość amerykańskich chmieli. Wyczuwalna jest między innymi cytryna i czerwone grejpfruty oraz nieco słodkiego posmak owoców tropikalnych. Słodyczy jednak nie ma zbyt wiele, a Be Like Mitch jest piwem zdecydowanie wytrawnym i co za tym idzie bardzo dobrze orzeźwiającym. Niewiele jest tu słodowego ciała, co w stylu american wheat akurat bardzo mi odpowiada. Wysycenie jest na średnim, aczkolwiek wyczuwalnym poziomie, a goryczka jest niewysoka i przyjemnie owocowa.

Podsumowując, Be Like Mitch nie jest piwem, nad którym można by deliberować godzinami, a lekki trunek, który w mgnieniu oka znika ze szklanki. Jest stylowy, smaczny i pozbawiony wad, ale też niewyróżniający się szczególnie spomiędzy innych piw w tym gatunku dostępnych na półkach sklepowych. 

sobota, 25 lipca 2015

Czy w Warszawie wolno pić piwo nad Wisłą?

fot. Robert Parma (na licencji CC)

Kwestia zakazu picia alkoholu nad Wisłą, zwłaszcza na bulwarach wiślanych, jest od dłuższego czasu przedmiotem ożywionej dyskusji. Oto mój, poparty analizą kilku przepisów, głos w tej sprawie.

W ciepłe, letnie wieczory nad Wisłą pojawiają się prawdziwe tłumy ludzi, którzy chcą odpocząć nad rzeką. Na praskiej stronie rzeki rozpalane są grille i ogniska, a na schodkach po drugiej stronie wody czasem trudno jest znaleźć wolne miejsce. Wielu nad Wisłę zabiera ze sobą piwo, wino lub inny alkohol i to właśnie staje się przyczyną problemów. Bo o ile wszyscy wiedzą, że na miejskich plażach pić wolno, tak już spożywanie alkoholu na bulwarach wiślanych może się skończyć i nierzadko kończy się mandatem.

Dlaczego tak jest? Podstawą prawną, którą stosuje policja i straż miejska jest Ustawa z dnia 26 października 1982 r. o wychowaniu w trzeźwości i przeciwdziałaniu alkoholizmowi. Co prawda ten akt prawny powstał w najmroczniejszych czasach stanu wojennego, ale interesujący nas przepis, art. 14 ust. 2a, zakazujący "spożywania napojów alkoholowych na ulicach, placach i w parkach, z wyjątkiem miejsc przeznaczonych do ich spożycia na miejscu, w punktach sprzedaży tych napojów" został wprowadzony dopiero nowelizacją z roku... 2001! Sporo wcześniej, bo już w 1996 roku wprowadzono za to ust. 6 tego artykułu, stanowiący że: "w innych niewymienionych miejscach, obiektach lub na określonych obszarach gminy, ze względu na ich charakter, rada gminy może wprowadzić czasowy lub stały zakaz sprzedaży, podawania, spożywania oraz wnoszenia napojów alkoholowych".

Zajmijmy się na początek ustępem 2a. Jak widać, ustawa wcale nie zakazuje spożywania alkoholu w miejscach publicznych, a jedynie na ulicach, placach i parkach. W tym przypadku, określenie "miejsce publiczne" pozostaje (podobnie z resztą jak "cisza nocna") terminem stosowanym potocznie, a nie występującym w treści aktu prawnego. W przypadku nadwiślańskiego bulwaru kłopotem jest interpretacja słowa "ulica", którego ustawa po prostu nie definiuje. Pozostaje sięgnąć do innych aktów prawnych. Pewnych informacji może dostarczyć na przykład Ustawa o drogach publicznych, która definiuje ulicę jako drogę na terenie zabudowy lub przeznaczonym do zabudowy zgodnie z przepisami o planowaniu i zagospodarowaniu przestrzennym, w której ciągu może być zlokalizowane torowisko tramwajowe. 

Cóż, ta definicja niewiele wyjaśnia, prawda? Jest w niej jednak zawarte określenie "droga", które możemy odnaleźć w Ustawie o ruchu drogowym. Stanowi ona, że drogą jest wydzielony pas terenu składający się z jezdni, pobocza, chodnika, drogi dla pieszych lub drogi dla rowerów, łącznie z torowiskiem pojazdów szynowych znajdującym się w obrębie tego pasa, przeznaczony do ruchu lub postoju pojazdów, ruchu pieszych, jazdy wierzchem lub pędzenia zwierząt. Tutaj sytuacja jest już nieco jaśniejsza i to właśnie ta ustawa jest podstawą do uznawania bulwarów wiślanych za część ulicy, na której spożywać alkoholu nie wolno. Ponoć policja przy interpretacji bulwaru jako ulicy podpiera się również internetowym słownikiem. Dobitnie to świadczy o polskich służbach mundurowych.

Jest to jednak interpretacja dość wątpliwa - bulwary ciągną się bowiem dobrych kilka metrów poniżej jezdni, a i ich funkcja wyraźnie odróżnia się od roli standardowego chodnika, co w mojej opinii powinno przesądzać o ich całkowitej odrębności od jakiejkolwiek ulicy. Niestety, mimo poszukiwań nie odnalazłem żadnych komentarzy lub orzeczeń sądowych, które mógłbym w tym temacie przywołać, pozostaje więc zdać się na zdrowy rozsądek. 

fot. Aktron/Wikimedia Commons (na licencji CC)

Pozostaje jeszcze kwestia art. 14 ust. 6 Ustawy o wychowaniu w trzeźwości i przeciwdziałaniu alkoholizmowi, który nadaje gminom uprawnienie, między innymi, do wprowadzania czasowych lub stałych zakazów spożywania alkoholu w określonych miejscach i obszarach. Na szczęście nie jest to kwestia istotna w przypadku Warszawy - nie istnieje żaden akt prawa miejscowego, który regulowałby obszary czy miejsca gdzie spożywanie alkoholu jest zakazane. Z tego powodu, w Warszawie pić piwo można choćby na dziedzińcu kamienicy czy na klatce schodowej. Warto również wskazać, że ustawa zezwala radzie gminy na wprowadzenie takiego zakazu jedynie ze względu na szczególny charakter danego obszaru lub miejsca, gminy nie mają więc prawa wprowadzać zakazów nazbyt ogólnych albo nie wynikających z charakteru określonego miejsca. Ogólnie rzecz biorąc, w orzecznictwie sądów administracyjnych widać wyraźną tendencję do ograniczania swobody gmin w ustanawianiu miejsc i sytuacji, gdzie i kiedy spożywanie alkoholu jest zakazane.

Przepisy powodujące całe zamieszanie już znamy, pora na artykuł będący bezpośrednią przyczyną karania mandatem picia piwa na nadwiślańskich bulwarach. Zgodnie z art. 43(1) ust. 1 ustawy "Kto spożywa napoje alkoholowe wbrew zakazom określonym w art. 14 ust. 1 i 2a-6 albo nabywa lub spożywa napoje alkoholowe w miejscach nielegalnej sprzedaży, albo spożywa napoje alkoholowe przyniesione przez siebie lub inną osobę w miejscach wyznaczonych do ich sprzedaży lub podawania, podlega karze grzywny". Ponadto ust. 2 nakazuje karać również usiłowanie popełnienia tego wykroczenia, co jest normą o tyle dziwną, co powodującą w praktyce niemało sporów. Czym bowiem owo "usiłowanie" jest? Nie sposób ocenić nie znając konkretnej sytuacji.

Na koniec kilka moich wniosków i przemyśleń. Nie mogę oprzeć się wrażeniu, że picie alkoholu na bulwarach wiślanych (i nie tylko) nie czyni nikomu żadnej krzywdy i nie powinno być uznawane za wykroczenie. Budynki mieszkalne są położone ładny kawałek od bulwarów, hałas więc nie powinien być tutaj argumentem. Co więcej, nad Wisłą zlokalizowanych jest też kilka legalnie działających klubów, puszczających muzykę o poziomie głośności zdecydowanie większym niż jest w stanie wygenerować nawet duża grupa rozmawiających ludzi. Bezsens tego zakazu jest tym większy, że legalnie pić alkohol można nie tylko po drugiej stronie rzeki, ale i na terenach lewobrzeżnej Warszawy poza samym centrum miasta. Prohibicja w tym właśnie rejonie jest więc zupełnie bezcelowa. 

Uważam ponadto, największym problemem ze spożywaniem alkoholu nad Wisłą nie jest sam fakt jego spożywania, a śmiecenie, hałas czy bójki, które można przecież wyeliminować bez tworzenia strefy zakazu picia napojów procentowych. Z moich obserwacji wynika również, że praktyka często odbiega od literalnego brzmienia przepisów - zwłaszcza gdy na bulwarach zgromadzi się prawdziwy tłum, policyjne patrole ignorują pijących alkohol i interweniują jedynie w przypadkach łamania innych przepisów. Dobrze by było, gdyby nie zależało to jedynie od dobrej woli funkcjonariuszy, a wynikało z przepisów jasnych, wyraźnych i nie pozwalających na naciągane interpretacje.