poniedziałek, 11 maja 2015

Trzech Kumpli Califia - wybawienie alergika


Trochę musieliśmy się naczekać, ale wreszcie przyszła wiosna z prawdziwego zdarzenia. Dla jednych utęskniony czas ciepła, zieleni i kwiatów. Dla mnie przerażający znak nadchodzącego ataku alergii, a więc i wymuszonej przerwy od piwa.

Dawniej pierwsze dni maja stanowiły dla mnie prawdziwą katorgę. Dość powiedzieć, że miałem wybór między zatkanym nosem i atakami duszności, a chodzeniem cały dzień otępiałym przez mocne lekarstwa. Przez kilka ostatnich lat sytuacja nieco się poprawiła, ale w tym roku natura znów upomniała się o swoje i początek maja upłynął dla mnie pod znakiem Zyrtecu, czerwonego nosa i chusteczek higienicznych.

Oczywiście katar skutecznie uniemożliwił mi jakiekolwiek picie piwa, nie mówiąc już o sensownych degustacjach, stąd nieco mniejszy ruch na blogu w ostatnich dniach. Niby taka przerwa to nic złego, wręcz powinna być całkiem zdrowa, ale jednocześnie nie mogłem też wybrać się pobiegać, ani pójść na siłownię. Ciężkie jest życie alergika.

Organizm już na szczęście powoli przyzwyczaja się do wiosennego klimatu, nie bez znaczenia jest też pogoda panująca ostatnio za oknem. Moim zdaniem deszcz to największy przyjaciel alergika. W każdym razie, nos już odetkany, lekarstwa odstawione, można brać się za degustowanie. A że koniec alergii przypadł akurat na wieczór wyborczy, w który bez czegoś z procentami ani rusz...

Wybrałem nowe piwo z browaru Trzech Kumpli. We wpisie dotyczącym piw na WFP pisałem, że moje dotychczasowe spotkania z tą inicjatywą nie kończyły się zbyt dobrze. I faktycznie, zarówno Brownie, jak i Simple Mosaic były piwami po prostu nieudanymi, które chyba nigdy nie powinny były pojawić się w takiej formie na rynku. Po tym słabym starcie browar zaczął się jednak rozkręcać. A jako że nie jestem osobą pamiętliwą i potrafię wybaczyć bliźnim wiele uczynionych krzywd (słabe piwo niewątpliwie się do nich zalicza), postanowiłem na WFP dać Trzem Kumplom kolejną szansę. PanIPAni było świetnym piwem, więc przy kolejnej wizycie w sklepie nie zastanawiałem się długo i sięgnąłem po, zamknięte w klasycznym "bączku", Califia - West Coast IPA.

Piwo ma dość jasny, złocisty kolor, a piana która je otula, jest gęsta i kremowa niczym bita śmietana. Wykazuje się też znaczną trwałością, bo została ze mną aż do końca picia. Spod piany wydobywa się zdecydowany aromat owoców tropikalnych i cytrusowych, a gdzieś w tle pałętały się też nuty agrestu. Zapach to bardzo ładny i intensywny, z pewnością zachęcający do picia.


W smaku, jak to w łest kołstach być powinno, dominuje chmielowy aspekt piwa. Cytrusy i owoce są tu na pierwszym planie, a karmelowe nuty słodowe tylko w nieznaczny sposób dają o sobie znać. Goryczka jest wyraźna, grejpfrutowa, a wysycenie dość wysokie. Sprawia to, że piwo jest bardzo lekkie i orzeźwiające. Właściwie jedynym mankamentem jest lekkie zaleganie goryczki w przełyku, co nie zmieniło jednak faktu, że piwo ze szklanki zniknęło niemal błyskawicznie. Doskonała odtrutka na ciężkie dni alergii i polityczne brednie na ekranie telewizora.

Początki były trudne, ale jeśli browar Trzech Kumpli pójdzie dalej drogą wyznaczoną przez Califia oraz PanIPAni, to wróżę mu niemały sukces. Pozostaje więc życzyć powodzenia!

czwartek, 7 maja 2015

De Molen Wal & Schip (Wild Turkey B.A.) - czy piwo leżakowane w beczce zawsze porywa?


Wobec Russian Imperial Stoutu leżakowanego w beczce po bourbonie, w dodatku pochodzącego z tak znanego i szanowanego browaru jak De Molen, można mieć wielkie oczekiwania. Ale jak Wal & Schip ma zachwycać, skoro nie zachwyca?

Nawiązania do przedwojennej powieści spędzającej sen z powiek uczniom liceum nie są w tym wypadku przypadkowe. Zalakowaną buteleczkę otworzyłem akurat na rozpoczęcie swojej pierwszej od wielu lat kampanii w doskonałą, a niemłodą już przecież grę RPG - Wampir Maskarda. W dodatku pierwszej kampanii w tym systemie, którą będę miał okazję prowadzić - do tej pory zawsze siedziałem po drugiej stronie stołu. Swoich graczy rzucę właśnie w schyłkowe czasy międzywojnia, kiedy widmo konfliktu niczym ciemne chmury krąży już nad Europą.

W gry RPG gram, z mniejszymi i większymi przerwami, już od bardzo dawna. Przez lata ekipy się zmieniały, jedni gracze przychodzili, a inni z różnych powodów odchodzili. Obecnie gramy w stałej drużynie już od kilku lat i po bardzo długiej, choć niezwykle satysfakcjonującej kampanii w drugą (i najlepszą) edycję Warhammera, przyszła pora na jakąś odmianę. A więc na mrocznego, poważnego Wampira. Nie mogłem doczekać się rozpoczęcia tej rozgrywki również z innego powodu. W szafie już od dłuższego czasu czekała na mnie bowiem butelka Wal & Schip, którą trzymałem zachowaną na jakąś specjalną okazję.

Niektórzy zapaleni fani RPG mogliby się teraz oburzyć. No bo jak to? Alkohol na sesji RPG? Wielu Mistrzów Gry nie toleruje żadnych napojów wyskokowych na swoich sesjach, twierdząc że rozweseleni gracze nie będą w stanie wczuć się w klimat opowieści. Moje podejście jest zdecydowanie bardziej liberalne. W końcu gry RPG to nie tylko opowieść, ale też rozrywka i spotkanie ze znajomymi. Dlaczego więc nie napić się przy okazji dobrego piwa, które w dodatku wspomoże zdolności improwizacji ;) Co innego gdy ktoś rzeczywiście przesadza, ale w takiej sytuacji wystarczy po prostu przerwać grę i odłożyć ją na inny termin. Kampania zaczeka. 

Wystarczy już tych dygresji. Moim zdaniem nie ma piwa, które tak dobrze pasowałoby do ponurego świata Maskarady i jego gęstej atmosfery, jak potężny, esencjonalny Russian Imperial Stout. W tym przypadku leżakowany w beczce po Wild Turkey, znanym amerykańskim bourbonie. Piwo zamknięte jest w małej butelce, a kapsel chroni warstwa laku, który na szczęście nie stawiał oporów przy zrywaniu. Etykieta zaś jest w charakterystycznym dla De Molen, skrajnie minimalistycznym stylu. To w końcu tylko tabelka ze składem i parametrami piwa oraz dyskretne logo browaru. Nic więcej. Trzeba jednak przyznać, że taki wygląd wyróżnia piwa De Molen na sklepowych półkach, choć również sprawia, że nie znając nazw poszczególnych piw łatwo je ze sobą pomylić.

Wal & Schip prezentuje się jak na styl perfekcyjnie. Piwo jest koloru ciemnobrunatnego, zbliżającego się wręcz do czarnego. Przez chwilę otula je beżowa, dziurawa piana która, jak to w RISach, szybko zanika. Drobne pęcherzyki gazu bardzo powoli suną przez gęsty jak smoła trunek.

W aromacie można wyczuć zdecydowane nuty drewna i wanilii skąpane w mocnym alkoholu. Pojawia się też wyraźny aromat jabłek, a nuty ciemnych słodów, czyli kawa i czekolada, zostały zepchnięte na dalszy plan. Mam wrażenie jakbym wąchał mocno owocową whiskey z wrzuconą do środka pralinką, a nie piwo, które jedynie leżakowało w beczce po destylacie. 

Po takim wstępie spodziewałem się, że również w smaku Wal & Schip alkohol będzie bardzo wyraźny. Moje obawy niestety się potwierdziły, bo to właśnie smak bourbona, obok charakterystycznej, drewnianej "beczkowości" gra pierwsze skrzypce w smaku piwa. Mimo potężnego ekstraktu, ciemne słody nie zdołały zrównoważyć tych aspektów, a czekolada i kawa jedynie pałęta się gdzieś w tle. Finisz jest zaś wyraźnie wytrawny i goryczkowy, przy czym posmak whiskey pozostaje jeszcze na długo w ustach. Mam wrażenie, że smak Wal & Schip jest przechylony zdecydowanie w stronę bourbona, brak w nim złożoności i bogactwa typowego dla stylu. Wraz z niskim nagazowaniem sprawia to wrażenie, że piwo jest mocno alkoholowe, płaskie i zwyczajnie niezbyt ciekawe.

Moje oczekiwania wobec Wal & Schip były spore i nie zostały do końca zaspokojone. Wiele dostępnych na naszym rynku RISów, również z browaru De Molen, naprawdę potrafi zachwycić. To piwo zaś nikogo na kolana nie powali.

poniedziałek, 4 maja 2015

Artezan Cymbopogon - uroki grillowania


Majówka - tradycyjne rozpoczęcie sezonu grillowego. Czas, kiedy po działkach niesie się siwy, ogniskowy dym, radiowa muzyka miesza się i przenika z gwarem głośnych rozmów, a w gardła piwnych januszy wlewają się hektolitry koncernowych eurolagerów...

Na szczęście da się jeszcze znaleźć miejsca spokojne, w miarę ciche i na tyle odludne, aby sąsiedzi za bardzo nie przeszkadzali w tym wypoczynku na łonie natury. W takiej konfiguracji grill to jeden z moich ulubionych sposobów spędzania ciepłych wieczorów, nie tylko majowych. W końcu kto nie lubi świeżo przypieczonego, soczystego mięska? Ślinka cieknie aż na samą myśl.

A pyszne mięso wypadałoby czymś popić. I tu zawsze miałem dylemat, bo z jednej strony często mam ochotę wziąć ze sobą nie tylko kilka niezłych lagerów (Warmińskie Rewolucje FTW!), ale również coś innego i bardziej "rewolucyjnego". Z pomocą przychodzi browar Artezan, którego wyroby już od jakiegoś czasu można spotkać nie tylko w knajpach, ale i w butelkach. Tym razem zdecydowałem się na piwo o wdzięcznej nazwie Cymbopogon.


A cóż to słowo znaczy? Otóż cymbopogon citratus to inaczej palczatka cytrynowa, powszechnie znana jako trawa cytrynowa, która to stanowi dodatek do tego piwa.  Nie jest to jedyny przypadek użycia takiej przyprawy przez polskie browary. Nie tak dawno trafiła ona choćby do kraftwerkowego piwa M16, które swego czasu zrecenzowaliśmy. Oprócz wspomnianej trawy do piwa trafiły również chmiele pochodzące z odległej Nowej Zelandii.

Czas przelać piwo z butelki, okraszonej etykietą z zabawnym stworzonkiem, do doskonałego pod względem sensorycznym plasTeku (no przecież nawet na konkursach takich używają!) i dokładniej przyjrzeć się temu, co uwarzył dla nas Artezan. Piwo jest bardzo jasnej, wręcz słomkowej barwy. Jest również mętne i zupełnie nieprzejrzyste, zwieńczone białą, drobną i długo utrzymującą się pianą.

Ta trawa cytrynowa to nie tylko chwyt marketingowy, co łatwo wyczuć, nawet niespecjalnie mocno wwąchując się w piwo. Aromat cytrusów, ziół i trawy jest tu zdecydowanie na pierwszym planie. W tle pojawia się też nutka kwiatów i słodkich owoców. 

W pierwszej chwili piwo wydaje się nieco słodkie, jednak szybko do głosu dochodzi kwaskowatość, trochę cytrynowa, a trochę podobna do piw pszenicznych. Tu również pojawiają się nuty kwiatowe i owocowe. Cymbopogon jest przy tym bardzo lekki, wręcz nieco wodnisty. Wysycenie jest na niezbyt wysokim poziomie, a goryczka - delikatna i o ziołowym charakterze, co dobrze koresponduje z całością tego bardzo rześkiego, orzeźwiającego piwa.

Cymbopogon świetnie sprawdzi się w roli napoju gaszącego pragnienie w czasie upałów czy do niezobowiązującego picia. Nie ma w żadnych subtelnych nut, których wykrycie wymaga długotrwałej i uważnej degustacji. To piwo dość proste w swojej konstrukcji, a przy tym bardzo lekkie, cytrusowo orzeźwiające i przyjemne w piciu. Oj, coś czuję, że latem często będę się w nie zaopatrywał. 

A na zakończenie kilka ujęć przyrody, która po kilku ciepłych dniach zupełnie się rozszalała.




piątek, 1 maja 2015

Dobre piwo na stadionie? - rzecz o piwach na II edycji WFP


Co jest najważniejsze na piwnym festiwalu? Odpowiedź raczej nikogo nie zaskoczy - piwo! Zobaczmy, co też browary zaserwowały nam podczas II edycji warszawskiego festiwalu.

Wiadomo, że piwo najlepiej spożywa się w przyjemnych, dobrze zorganizowanych okolicznościach. Nieco więcej o technicznej stronie kwietniowej odsłony WFP możecie przeczytać tutaj, a nasze odczucia co do oferty i stanowisk poszczególnych browarów - tu. Przy okazji możecie też zobaczyć kilka zdjęć prezentujących, jak to wszystko wyglądało.

Na stadionie Legii zameldowaliśmy się w piątkowe popołudnie, o godzinie na tyle wczesnej, że do barów nie formowały się jeszcze kolejki. Z miejsca skierowaliśmy się do stanowiska browaru Pinta, który w swojej ofercie miał dwa premierowe i kooperacyjne piwa. Kwas Alfa, uwarzony wspólnie z browarem To Øl może nie zachęcał aromatem ("śmierdzi skarpetą piwowara" stwierdziły arbitralnie dziewczęta), ale w smaku był niezwykle orzeźwiający, z ewidentnym posmakiem kwasku cytrynowego. Princesse de Printemps, będący dzieckiem kooperacji z Brasserie du Pays Flamand, okazało się przyjemnym piwem, lekkim w piciu i o drożdżowo-przyprawowym smaku. Może jedynie zabrakło nieco rześkości.

Po odwiedzeniu Pinty, kierujemy się w stronę świetnego stanowiska browaru Perun w celu spróbowania kolejnej premiery. Po drodze dostaliśmy jeszcze po łyku Nigredo, czyli alchemicznego wywaru wrocławskiego Browaru Stu Mostów. Kojarzycie czekoladki After Eight? No to już wiecie mniej więcej jak smakuje to nietypowe połączenie stoutu i mięty. Co ciekawe nie było to ostatnie piwo z miętą próbowane przez nas na WFP. Wróćmy jednak do premiery Peruna. Trzy Zorze to amber ale, na zimno doprawiony polskimi odmianami chmielu, które po raz kolejny pokazują swój potencjał. Piwo pachnie owocami i żywicą, sporo chmielu pojawia się również w smaku, który przecież w bursztynowych ejlach często bywa zdominowany przez słody. 

Po chwili odpoczynku na trybunach, udaliśmy się sprawdzić co też kryje się na najwyższym piętrze festiwalu. Oczywiście znaleźliśmy tam kolejne premiery... No cóż, blogerski obowiązek nakazał sięgnąć po portfel i sprawdzić jak wypadły. Na początek Doctor Brew i Azacca IPA, a więc piwo oparte na eksperymentalnej odmianie chmielu, która wniosła do piwa aromat melona, winogron, ananasa, a więc całej gamy różnych owoców. Szkoda, że niezbyt intensywny i z występującym w tle zapaszkiem puszkowanej kukurydzy. Dużo lepiej, bo bardzo owocowo, jest na szczęście w smaku. 

Na piętrze urządził się również browar Waszczukowe, który wspólnie z będą ostatnio na fali Radugą, uwarzył piwo Wit-amina CH. Połączenie witbiera i IPA ma spory potencjał orzeźwiający, a to piwo doskonale go wykorzystuje. W okolicy swoją premierę miała także Califia, dzieło browaru Trzech Kumpli. Nasze dotychczasowe doświadczenia z tą inicjatywą były delikatnie mówiąc nieudane, ale akurat o tym piwie słyszeliśmy wiele dobrego, więc postanowiliśmy dać kolejną szansę browarowi. West Coast IPA zaskoczyła rześkością i goryczką. Wszystkie składniki były tutaj na miejscu, trzeba przyznać, że to piwo o kalifornijskim rodowodzie wyszło Trzem Kumplom bardzo dobrze. W sam raz, żeby się lekko zresetować i odprężyć przed wyrobami nieco cięższego kalibru.

A na dużo większe działa przyszła właśnie pora. Wraz z wybiciem 19.00 przed stoiskiem Artezana ustawiła się spora kolejka. Nic dziwnego, leżakowany w beczce owsiany stout brzmi bardzo zachęcająco. W Star Cysternie aromat drewna i wanilii mieszał się z wyraźnym zapachem czekolady. Skojarzenie z pralinkami z dodatkiem whiskey nasuwało się samo. Według nas było to jedno z lepszych piw festiwalowych.

Innym, równie świetnym i interesującym piwem, choć przecież w zupełnie innym stylu, był Mandarin z browaru Kingpin. Nazwa wbrew pozorom nie odnosi się do mandarynek, a do dalekiej Azji, skąd pochodzi herbata sencha, będąca dodatkiem do tego mocno chmielowego IPA. W aromacie faktycznie można wyczuć lekki aromat herbaciany, choć dominują w nim owoce cytrusowe i żywica. Herbata daje jednak o sobie znać w goryczce i posmaku, który jednoznacznie kojarzy się z mocnym, esencjonalnym wywarem. Niezwykłe i bardzo udane połączenie.

Kiedy pisaliśmy, że piw z miętą przyjdzie nam jeszcze próbować, chodziło oczywiście o Magic Dragon z browaru Pracownia Piwa. W aromacie pojawiają się również przyprawy, a w smaku nieco porzeczki i ziół. Świetne piwo, bardzo nietypowe i interesujące, a jednocześnie niezwykle przyjemne w piciu. Gdyby tylko było w butelkach kupowalibyśmy na skrzynki. Chcąc spróbować też czegoś nowego skusiliśmy się również na Urodzinowe 2015, hefe-weizena chmielonego Nelson Sauvin. Niemieckie pszeniczniaki nie są na naszej kraftowej scenie zbyt popularne, dlatego tym bardziej warto było spróbować. Trochę obawialiśmy się co narobi tam ten nowozelandzki chmiel (złe wspomnienia po single hopie od Birbanta), jednak piwo było przede wszystkim bananowe - a więc in plus. Przy Pracowni Piwa  pozostaliśmy już z resztą do końca wieczoru - późna pora i stan umysłu nie pozwalały już na degustacje, a piwa z tego browaru świetnie nadają się także do mniej absorbującego picia. No chyba, że jesteś kolegą Łukaszem, który przy tym stanowisku wybór miał zawsze jeden - doskonały Mr Hard. Po kilku kolejnych piwach i długich dyskusjach o nadchodzących wyborach, szybkim krokiem skierowaliśmy się na ostatnie dzienne autobusy.

Po ciężkim poranku przyszła pora na drugi dzień zmagań z rzemieślniczymi piwami. Nie ma to jak zacząć od czegoś lekkiego i orzeźwiającego, a więc na start wybraliśmy dwa grodzisze - Sophia z browaru Olimp, które było klasycznym przedstawicielem tego polskiego stylu, a także Grodziskie uwarzone przez browar Nepomucen. To drugie okazało się być piwem nieco mocniejszym ("aż" 10 BLG) i zdecydowanie bardziej wędzonym. Jak widać nawet w tak lekkim stylu można uwarzyć dwa zupełnie różne piwa.

     

Bardzo intrygowało nas nowe piwo browaru Lubrow. Ten trójmiejski browar restauracyjny nie cieszy się wielką popularnością i piwną ofertą też nie zwala z nóg, więc na WFP postanowili przygotować coś zupełnie nowego - piwo z dodatkiem suszonych liści ostrokrzewu paragwajskiego - czyli yerba mate. Mate Nayerbane to piwo w stylu yerba mate IPA, gdzie nuty "yerbopodobne" są nieźle wyczuwalne. Jak na IPA piwo ma jednak trochę za mało goryczki.

Swoje kroki skierowaliśmy następnie do stanowiska browaru Dukla, z którym do tej pory nie mieliśmy jeszcze okazji się zmierzyć. Wybraliśmy dwa przeciwieństwa: piwo Mała Czarna, a więc cream stout o wyraźnym aromacie i smaku czekolady, palonych słodów i kawy, oraz Bawidamek, imperial IPA o konkretnej goryczce ale też miłej słodyczy poziomek i malin wywodzącej się z chmielu Equinox. Oba piwa były bardzo dobrymi klasycznymi przedstawicielami swoich stylów. Pisząc o Dukli, nie sposób nie wspomnieć o bardzo ładnym stanowisku, przyozdobionym postaciami z genialnych etykiet tego browaru.

A jeśli o stoutach mowa, to nie można zapomnieć o pieprzowym stoucie 5, czyli efekcie kooperacji Pracowni Piwa i poznańskiego Szałpiw. Pieprz faktycznie jest wyczuwalny i nadaje wyraźnie drapiącego, pikantnego posmaku. Na szczęście ostrość nie zdominowała piwa, jest raczej miłym, wyczuwalnym dodatkiem. Z Pracowni piliśmy także Hey Now Saison. Niejeden browar ma mniej piw niż było wersji tego tego jednego wyrobu. Krótko mówiąc - drożdże zrobiły robotę.

     

Czas przenieść się na stanowisko Birbanta, który również (a jakżeby inaczej) oferował sporo nowości. Na pierwszy ogień poszło Old Ale leżakowane z płatkami dębowymi. Łatwo było wyniuchać nuty drewniane, podobnie jak ciemne owoce, głównie śliwki i rodzynki. W smaku piwo przypominało nieco klasyczne barley wine, choć było nieco lżejsze od typowych reprezentantów tego stylu. Niby angielska nuda, ale piło się bardzo dobrze.

Bardzo dziki RIS

Chwila oddechu i ponownie kierujemy się do kolejki, tym razem po Wild Wild East. Jest to RIS kompletnie szalony - z dodatkiem jagód goji (podobno zdrowe, więc mamy wymówkę), przefermentowany zarówno dzikimi drożdżami, jak i bakteriami kwasu mlekowego. RIS to potężny styl, ale w tym przypadku przegrał on w walce z drożdżami, które sprawiły, że piwo nabrało zdecydowanie kwaśnego i dzikiego charakteru. Już w aromacie pojawia się nuta skórzanego paska, wiśni, a nawet odrobinę octu. Piwo w smaku również jest kwaśne i nadspodziewanie lekkie jak na RIS. Kompletnie niewyczuwalny jest również alkohol. Ciekawy trunek, ale zdecydowanie nie dla każdego. Mateuszowi nie zasmakował, a Maciek stwierdził, że więcej niż 0,3 trudno byłoby mu wypić. A kolega Bartosz wypił pół litra i bardzo sobie chwalił.

Po tak mocnych piwach czas na coś lżejszego. Maciek zdecydował się na piwo PanIPAni z browaru Trzech Kumpli. Było warto, bo to wheat IPA okazało się doskonałym wyborem - bardzo orzeźwiającym, o cytrusowym smaku, z lekką kwaśnością piw pszenicznych. Zdecydowanie warte polecenia. 


Na tapetę poszło też piwo z browaru Piwne Podziemie. Browar ten utrzymuje stale bardzo dobry poziom. Tym razem postawiliśmy na coś mniej egzotycznego. Wybór padł na Brown IPA. Jak sama nazwa wskazuje jest to połączenie brown ale i india pale ale. To połączenie bardzo dobrze widać w piwie. Nuty karmelowe dobrze łączą się z owocowością i goryczką stylu IPA. 

W międzyczasie, w ręce wpadła nam również kolejna nowość z Artezana, czyli Mera IPA. Czy kolejne IPA w amerykańskim stylu może czymś zaskoczyć? Ano może, głównie doskonałym zbalansowaniem i świetnym smakiem owoców tropikalnych i cytrusowych. Co do smaku nasz komentarz był zgodny - mango w płynie.

To tym dziewczętom Kwas Alfa pachniał skarpetami :C

Do długiej listy zalet II edycji WFP trzeba dopisać jeszcze jedną. Ogromną różnorodność. My nastawiliśmy się na premiery, ale w czym wybierać miały zarówno koleżanki, które decydowały się na nieco "normalniejsze" i lżejsze piwa, jak i Bartosz - wielki fan wędzonek, barley wine i RISów (a także ponoć jeden z ostatnich gości festiwalu w piątkową noc).

Niestety, w sobotę nie mogliśmy zostać na festiwalu tak długo jak byśmy chcieli. Pustki w portfelu i coraz większe zmęczenie przekonały nas, że pora opuścić stadion Legii. Darowaliśmy sobie także niedzielę, zakładając że będzie to raczej dzień spijania resztek i dobijania rannych. Mieliśmy w ten dzień zresztą zupełnie inne plany, których efekt wkrótce ujrzy światło dzienne. Choć to już zupełnie inna historia...

Każdy bierze piwo i robimy fotkę! A jak już się skończyło?

Podsumowując, również pod względem piwnym II edycja WFP wypadła bardzo korzystnie. Mimo, że skupiliśmy się niemal wyłącznie na premierach i zarówno w piątek, jak i w sobotę doprowadziliśmy się do stanu doskonale korespondującego z nazwą bloga, to i tak nie udało nam się spróbować wszystkiego, co sobie pierwotnie założyliśmy. Po raz pierwszy, ale mamy nadzieję nie ostatni, na stadionie warszawskiej Legii pojawiło się tyle dobrego piwa. My już nie możemy się doczekać października!

środa, 29 kwietnia 2015

WFP II ed. - biegiem przez stoiska


Na Warszawskim Festiwalu Piwa zaprezentował się cały szereg polskich browarów rzemieślniczych. Tych najbardziej znanych i zupełnych debiutantów. Oferty niektórych były bogatsze o premiery. Jak wyglądały stanowiska?

Nie będę się tutaj silił na dokładną ocenę, ale raczej na to jak browary przygotowały się do festiwalu. Trzeba pamiętać, że niektóre z nich były dostępne tylko na stoiskach multitapów lub dostawców piwa. Byliśmy przy większości stanowisk i prawie na każdym było coś ciekawego, przy czym warto było się zatrzymać. 

AleBrowar - premiera Kiss the Beast odbyła się tydzień wcześniej, więc ekipa AleBrowaru nie miała na warszawski festiwal żadnej premiery. Mimo to do stanowiska browaru ustawiały się kolejki. Mnie raczej niczym nie przyciągnął zwłaszcza, że oferta była raczej standardowa.

Artezan - warszawski browar największą popularnością cieszył się podczas premiery, świetnej skądinąd, Star Cysterny. Poza tym w ofercie Artezana również raczej standardowo. Wraz z Artzanem wystawił się też browar Inne Beczki.

Chmielarnia - na stanowisku Chmielarni zagościły piwa browaru Bednary. Jednak o wiele większym zainteresowaniem cieszyły się duńskie Mikkellery. W końcu była okazja posmakować słynnego Blacka czy Schwarzbiera. Nie można również zapomnieć o doskonałej kuchni, znaku rozpoznawczym Chmielarni, która i tym razem znalazła wielu amatorów.

Doctor Brew - stanowisko w zeszłym roku oblegane, teraz cieszyło się mniejszym zainteresowaniem. Nawet pomimo premiery single hopa na eksperymentalnym chmielu Azacca. Pewnie z powodu umiejscowienia na, dość kameralnym, ostatnim piętrze strefy VIP. Być może również monotonna oferta doktorów znudziła się szerszej publiczności. Nawet dziewczyny sprzedające piwo nie był przebrane w stroje pielęgniarek. Smuteczek.

Dukla - debiutant i browar o którym tak naprawdę wiadomo było niewiele. Pewnie to przyciągało wielu ciekawskich. Oferta raczej standardowa, ale ze względu na to, że wcześniej ich piwa były niedostępne, zyskiwała na świeżości.

Kraina Piwa - stanowisko również chętnie odwiedzane, zwłaszcza ze względu na premiery Birbanta, ale nie tylko. Na stanowisku znanej hurtowni można też było posmakować Kingpina, Wrężela i Solipiwko. Taka oferta sprawiła, że beergeekowie nie przechodzili obok Krainy obojętnie.

Lambrate - włoski browar miał całe stanowisko tylko dla siebie. W Polsce nieznany, cieszył się na festiwalu bardzo dużym zainteresowaniem. Tym bardziej, że miał bardzo szeroką ofertę bardzo ciekawych piw, a panowie co jakiś czas głośno intonowali jakąś piosenkę.

Lubrow - trójmiejski browar restauracyjny wzbudzał ciekawość gości festiwalu szczególnie ze względu na piwo z dodatkiem yerba mate (o którym będzie jeszcze w kolejnym wpisie). To właściwie wszystko co miał do zaoferowania - inne piwa z tego browaru raczej nas nie porwały.

Nepomucen - kolejny debiutant - mały browar z Wrocławia. Być może ze względu na fakt, że niewielu o nim słyszało, na początku nie cieszył się tak dużym zainteresowaniem. A szkoda, bo piwa miał całkiem dobre, zwłaszcza Grodziskie. Chyba jednak ludzie przekonali się do niego w trakcie festiwalu, bo później klientów było już więcej.

Olimp - browar ma bardzo szeroką ofertę, a na WFP nie przygotował żadnych nowości. Oczywiście nie mogło tutaj też zabraknąć browaru Wąsosz. Zainteresowanie, zwłaszcza tym pierwszym browarem, było spore. Może to nowości, a może robotę zrobiły fantastyczne etykiety dobrze wyeksponowanych butelek.

Perun - z tym browarem zetknąłem się po raz pierwszy na poprzednim WFP. W tym roku Perun seryjnie wypuszczał nowe piwa i zachęcał premierą - Trzema Zorzami. Poza tym ekipa miała bardzo dobre miejsce - tuż przy wejściu, więc nikt kto wchodził nie mógł ich nie zauważyć.

Pinta - Pinta przygotowała dwie premiery na festiwal, na które hajp pompowała już od jakiegoś czasu. Faktycznie piwa robiły wrażenie i ten, chyba najbardziej znany, browar rzemieślniczy cieszył się dużym zainteresowaniem. Dodatkowo można było u nich kupić ostatnie butelki Imperatora Bałtyckiego z czego wielu chętnie skorzystało. Niestety nie było egzotycznego Taka Haka.

Pracownia Piwa - krakowski browar już niedługo wypuści butelki poza gród Kraka, ale póki co musieliśmy nacieszyć się piwem z nalewaka (jo!). Szeroka oferta, ciekawe, nowe piwa i dodatkowo posiłki z browaru Szałpiw sprawiły, że przed stanowiskiem Pracowni zawsze były kolejki.

Reden - górnośląski browar nie przygotował żadnych premier, przywiózł jednak ze sobą kilka sprawdzonych wyrobów, a także wciąż świeże (choć lekko podwędzone) Banany na Rauszu.

Same Krafty - w ofercie warszawskiego multitapu znalazły się piwa Chmielogrodu, Piwnego Podziemia, Profesji i Trzech Kumpli. Oferta całkiem spora, każdy mógł tutaj znaleźć dla siebie coś miłego. Każdy z tych browarów prezentuje niezły poziom, więc nic dziwnego, że chętnych było sporo. Szkoda, że Same Krafty upchnięto na trzecim poziomie gdzie nie wszystkim chciało się wchodzić i było daleko od trybuny.

Spiskowcy Rozkoszy - kolejny z warszawskich multitapów zaoferował piwa browaru Brodacz, Genius Loci, Raduga, Słodowy Dwór i Waszczukowe. Kolejna bogata oferta, premiera jednak tylko u Radugi. Ale zainteresowanie i tak niemałe. Tutaj też kolejny debiutant - Słodowy Dwór. Niestety nie miałem okazji spróbować ich piwa. Mam nadzieję, że będę mógł to szybko nadrobić.

Browar Stu Mostów - wyróżniał się tym, że ich żółte, jaskrawe logo było łatwo dostrzegalne wśród innych. Główną rolę na ich stanowisku odgrywała oczywiście linia piw Salamander. Zainteresowanie było całkiem spore.

To oczywiście nie wszystkie stoiska. Oprócz nich, swoje miejsce na II edycji WFP znalazł również restauracyjny browar Bierhalle, Browamator który serwował między innymi słynne piwa Anderson Valley i Schlenkerli, Browariat z imponującą ofertą między innymi Camba Bavaria, Partizan Brewing i The Kernel. Był również Filip Merynos prezentujący piwa browaru Faktoria i Haust oraz Jan Olbracht, niestety bez nowych piw. Pojawiła się również również Strefa Piwa, gdzie pierwsze skrzypce grały piwa z browaru Podgórz. 

Na koniec wrzucam trochę zdjęć. Od razu uprzedzam - zdjęcia samego piwa zostawiamy na następny wpis ;).

Półki u Dukli
Ogłoszenie wyników konkursu piw domowych
Kolejna kategoria
i kolejna
Patentujemy nowe szkło
Wszyscy wyróżnieni na płycie. Jest też sztandar rewolucji
Też tak pędziłem na trybuny
A tam peruńskie piwa
Niestety urodziwa Pani z Pinty schowała się za nalewakiem :(
Browar Stu Mostów
Oferta Słodowego Dworu
Perun zwarty i gotowy
Trybuna VIP na Legii - pewnie pierwszy i ostatni raz
Kto w ogóle robi zdjęcia słodu?! Nikt, chyba, że to Weyermann
Na stadionie faktycznie tłumy
Tu Reden, w czym mogę pomóc?
Trzech Kumpli
Te Kinky Ale tylko czekają, żeby je wypić 
Niestety nie było wejścia dla blogerów
Degustuje? ;)
W Pracowni Piwa praca wre!
Podobnie jak przy Lubrowie

poniedziałek, 27 kwietnia 2015

WFP II ed. - pełne trybuny


Festiwal, festiwal i po festiwalu - można by rzec parafrazując znane powiedzenie. Druga edycja Warszawskiego Festiwalu Piwa przechodzi do historii, czas więc zabrać się za podsumowanie tej imprezy.

Festiwalowi doskonale zrobiła przeprowadzka z hali na stadion Legii, a dokładniej do strefy vipowskiej, w której na co dzień rezydują wąsaci działacze. Rozwiązało to ogromny problem pierwszej edycji festiwalu, a więc brak klimatyzacji i spory tłok w godzinach wieczornych. Strefa okazała się całkiem spora, a rozłożenie imprezy na piętra sprawiało, że tłum był jakby nieco mniejszy. Spora część festiwalowych gości rozsiadała się również w strefie foodtrucków i na trybunie. 

Wspomniana trybuna była ogromną zaletą tej edycji festiwalu. Jesienią był problem z małą ilością miejsc siedzących, a po kilku godzinach chodzenia i picia piwa jedyną rzeczą o jakiej marzyłem był wygodny fotel. Tym razem można było rozsiąść się na miękkich krzesełkach i zająć degustacją, konsumpcją czy rozmową. Przy trybunach znalazło się też miejsce dla tanków z wodą do przepłukania szkła.

Zmiana lokalizacji była więc strzałem w dziesiątkę. Można nawet bez przesady stwierdzić, że przeniosła festiwal na zupełnie nowy poziom. Bardzo dobrym krokiem było również otwarcie się na "normalsów", którzy niekoniecznie są brodatymi hipsterami popijającymi RISy do obiadu. Ta edycja festiwalu była zdecydowanie lepiej rozreklamowana i rozpromowana, a stadion dał szansę na przyjęcie liczby gości, którzy w poprzedniej lokalizacji po prostu by się nie zmieścili. W sobotę pojawiła się nawet kolejka do kas, na szczęście posuwała się dość szybko.

Na festiwalu najważniejsze było oczywiście piwo, ale wrażeń mam tyle, że pozwolę je sobie opisać w odrębnym tekście. Powróciły również foodtrucki, które zgłodniałym oferowały szerokie menu - od sushi po pizzę. Były też obowiązkowe burgery. W okolicy foodtrucków także znajdowało się sporo miejsc, w których można było spokojnie usiąść. Niestety, albo oferujących jedzenie było zbyt mało, albo głodnych zbyt wielu, ponieważ w sobotnie popołudnie oczekiwanie na posiłek nie należało do najkrótszych. 

Na plus trzeba także zaliczyć możliwość płacenia kartą na stanowiskach wielu browarów. Niektóre z nich dysponowały również własnymi myjkami do szkła. Fani gadżetów mogli obkupić się w koszulki, szklanki i wszystko czego tylko dusza zapragnie. Jeśli ktoś nie chciał się wykosztowywać na szkło festiwalowe (notabene wyjątkowo urodziwe) lub firmowe, wszystkie stanowiska dysponowały również plastikowymi kubeczkami. Trzeba przyznać, że miały one bardzo duże wzięcie.

Drugą edycję Warszawskiego Festiwalu Piwa można więc ogłosić dużym sukcesem i zdecydowanym krokiem naprzód. Dowodem niech będzie ogromna frekwencja, ale i wiele doskonałych piw, które opiszemy już wkrótce. Tyle mojego podsumowania, a teraz zostawiam Was z krótką fotorelacją.

Cały panteon

Piwo im skwaśniało, a jak za dobre liczą!

Peruńsko dobre stoisko

Obowiązkowe zdjęcie z festiwalu

Pielęgniarek nie było, ale narzekać nie można

Tu można było wypić jedynie Same Krafty

Spiskowcy fotografowani z ukradka

Im później tym jakby więcej ludzi

Nie, to nie ta Fortuna ;)

Na zdrowie!

Gdyby takie piwo lano na meczach...

Goście z Wrocławia również się zameldowali

Kolejka do wejścia...

... i po hamburgera

Piwo lało się strumieniami

A najwygodniej piło się je na trybunach

Obowiązkowe zdjęcie z festiwalu vol. 2

Piwo niejeden ma kolor...

...oraz niejedno imię

Szkło festiwalowe - ładne i poręczne

Niektórzy nawet w kurtkach, czyli klima działa

I jeszcze raz Perun wieczorową porą

Wsparcie zza granicy

I kto to wszystko wypije?